Witajcie!
Znów się spóźniam z publikacją, ale jak zawsze rzeczywistość weryfikuje plany...
Przepraszam. Część z was zlinczuje mnie za pewien moment z tego rozdziału, ale musiałam przez czysty sentymentalizm.
Zagięłam trochę czasoprzestrzeń, ale na potrzeby tego rozdziału myślę, że będzie to do wybaczenia;)
Życzę samych sukcesów, pogody ducha i obżarstwa kochani ;)
Spojrzała w piękne, ogromne oczy i znów się uśmiechnęła. Nie sądziła, że ktokolwiek może mieć tak wspaniałe, mądre oczy, sprawiające wrażenie, jakby widziały już wszystko. Zreflektowała się, że przecież zna taką osobę. Kocha tę osobę. Westchnęła i wytarła strużkę śliny, która kapała z jego policzka. Tak, Albus Potter strasznie się ślinił, a ona wciąż nie potrafiła sobie z tym poradzić. Uważała go za jedną z najpiękniejszych, najciekawszych istot, ale równocześnie za najbardziej przerażającą. Chłopiec miał już prawie miesiąc, a jego rodzice robili wszystko, byleby tylko dostać choć pół godzinki dziennie dla siebie. Z tego powodu wmanewrowali Hermionę w opiekę nad nim, mimo iż wzbraniała się rękami i nogami. W końcu jednak Ginny postawiła sprawę jasno. Albo Hermiona przełamie się i choć będzie udawała, że chce poznać ich syna, albo pożałuje tego i wiele jej sekretów dotrze do Mistrza Eliksirów.
A więc była tutaj - w Norze, i każdego wieczora kiedy państwo Potterowie brali kąpiel, czytali czy siedzieli i patrzyli w sufit bez obawy o życie syna, ona próbowała go nie zepsuć i nie oszaleć. Każdy z domowników traktował jej próby z przymrużeniem oka, sumując, że przecież tak mądra czarownica jak Hermiona musi wiedzieć jak opiekować się dziećmi, ale Harry i Ginny znali prawdę. Panna Granger nie lubiła dzieci. Nie tolerowała ich, nie chciała o nich słyszeć, a jedyny moment kiedy akceptowała dziecko w swoim otoczeniu, to wtedy kiedy śpi i nie może zrobić jej i sobie krzywdy.
Dlatego właśnie świeżo upieczeni rodzice zatrudnili ją w charakterze niańki mimo woli. Pragnęli by przełamała swoje obawy, nabrała trochę wprawy i pokochała ich synka. Początki były toporne. Wpierw musieli nauczyć ją trzymać noworodka tak, by on sam czuł się bezpiecznie w jej ramionach. Było to o tyle ciężkie doświadczenie, że nauczycielka nie mogła przeczytać instrukcji w książce. Musiała próbować. Kiedy tylko wzięła różowego, zaspanego Albuska na ręce, chłopiec zaczął krzyczeć tak rozdzierająco, że profesorka prawie upuściła go na ziemię, co z kolei spowodowało, że Harry zemdlał. Już prawie tracili nadzieję, że ich ukochana przyjaciółka i najcudowniejszy syn nie zapałają do siebie sympatią, kiedy w końcu po kilku próbach przytuliła go do piersi, a on zakwilił cichutko i w końcu usnął kołysany lekkimi, delikatnymi ruchami rąk ciotki. Tak właśnie zawiązali wrażliwy i łatwy do zerwania sojusz. Doglądała go, karmiła mlekiem odciąganym z piersi Ginny, raz na jakiś czas nawet zdarzyło jej się usypiać go na rękach, ale w większości po prostu patrzyła na niego. Patrzyła, a jej serce łamało się, bo wiedziała, że sama nigdy nie zdobyłaby się na coś takiego. Kochała Ginny, kochała Harrego, ale nie rozumiała, jak mogli ot tak zdobyć się, a w jej mniemaniu skazać, na życie w cieniu przez kolejne 30 lat.
Od teraz ich życie będzie jednym wielkim " jak się ma wielki Albus Potter? " - pokręciła głową, gdyż jej myśli znów zaczynały zbaczać w dziwnych kierunkach. Chwyciła delikatną, cieplutką rączkę, a gdy dwa paluszki zacisnęły się na jej kciuku, poczuła jakby stanęło jej serce. Od razu poczuła potrzebę zawołania kogoś jeszcze, by podzielił jej radość i konsternację. Zaraz jednak oklapła. Była w domu sama. To znaczy byli w domu tylko oni. Albus Potter i Hermiona Granger próbująca nie zezłościć swojej przyjaciółki. Wszyscy inni tłoczyli się teraz w sali konferencyjnej Ministerstwa Magii, gdzie Harry Potter dostał jakieś bzdurne odznaczenie najwyższej wagi, oczywiście od Ministra Magii. Cała jego rodzina była z nim, a Hermiona została zmanipulowana, by nie iść. Gdy w zaufaniu powiedziała Fredowi i George' owi , że uważa takie imprezy za dno, a największe osiągnięcie Harry ma już za sobą, bliźniacy zrobili wszystko, by te słowa doszły do solenizanta. Wbrew pozorom auror nie zrobił afery, wręcz przeciwnie, utarł jej nosa tłumacząc, że skoro uważa, że nie zasłużył na jakieś bzdurne odznaczenie, to nie musi iść, zajmie się Albusem, skoro i tak wszyscy inni będą zajęci. Na tak postawiony ukryty zarzut nie mogła odpowiedzieć inaczej jak uśmiechem i zapewnieniem, że ona i Albus będą mieli prawdziwą zabawę. Sami przez prawie 5 godzin. Nauczycielka po raz kolejny przeklinała swój niewyparzony jęzor. Gdyby wtedy nie wypaplała co sądzi, byłaby teraz na imprezie, piłaby za darmo i przez chwilę mogłaby nacieszyć oko Severusiem w galowej szacie. A tak to ciągle musiała się stresować, czy nie oddycha za głośno.
Podeszła do okna, co chwilę odwracając się, by sprawdzić czy mały się nie poruszył. Zdawała sobie sprawę, że zachowuje się jak paranoiczka, ale nic nie mogła na to poradzić. Noworodek ją przerażał i sprawiał, że czuła się głupia, niedoświadczona, ale przede wszystkim sprawiał, że nie mogła oddychać. Wystarczyło, że dotknęła jego miękkiej maleńkiej główki, by przyłożyła ucho do jego brzuszka, lub by rozszerzył usta w bezzębnym niby uśmieszku, a pod Hermioną uginały się nogi. Gdy była z nim sama, a on nie spał i nie płakał, tylko był cichutką maleńką laleczką, brała go na ręce, przytulała i pragnęła by jego delikatny oddech wymazał wszystko co złe było w jej życiu. Wiedziała, że dziecko i to czyjeś, nie rozwiąże jej problemów, ale w jakiś dziwny irracjonalny sposób - chciała w to wierzyć. Chciała by te 2-3 razy w tygodniu gdy go pilnowała były nowym początkiem nie tylko jego życia, ale także życia samej Hermiony.
Poczuła się niebywale zmęczona, ale wiedziała, że jeszcze przynajmniej dwie godziny będzie musiała ścierpieć. Takie przyjęcia nie kończą się wcześniej jak koło drugiej w nocy. Choć dziecko leżało spokojnie i nie wymagało od niej żadnego ruchu, cały czas czuła, że musi mu coś zapewnić, coś zrobić. Może właśnie dlatego Albus nie spał już od dwóch godzin, mimo iż nie był głodny. Może denerwował się tak samo jak ona i przez to nie mógł usnąć? Pokręciła głową i podeszła do kołyski. Wiedziała co ją czeka. Jakby dotykała kolejnego Horkruksa chwyciła brzeg body. Odpięła guziczki i nie mogąc się powstrzymać pogładziła jedwabisty brzuszek brzdąca. Wbrew sobie uśmiechnęła się, gdy jego zielone oczy rozbłysły, zupełnie jak oczy jego ojca, gdy usłyszy jeden z dennych żartów Rona. Pieluszka okazała się pusta i sucha co opiekunka przyjęła z niemałą ulgą. Dotychczas tylko 3 razy dotknął jej ten zaszczyt i za każdym razem Albus narobił takiego rabanu, że od razu powinni się zlecieć czarodzieje z całego kraju, pewni, że ktoś w tym domu znęca się nad dzieckiem. Ponieważ jednak Ginny uprzedziła ją, że pierworodny nie znosi przebierania i najchętniej paradowałby na golaska przez cały czas, wiedziała, że nikt nie przyjdzie jej na pomoc, bo wszyscy chętnie ją pognębią.
Przysiadła na brzegu fotela i rytmicznie ruszyła kołyską. Chłopiec nie zareagował, uznała to za dobry omen i ruszyła jeszcze kilka razy. Po pięciu minutach miała dosyć, ale dziecko się widocznie spodobało, bo patrzył na nią szeroko otwartymi oczami, co jakiś czas wydając nieartykułowane dźwięki. Idylla jednak nie trwała długo, widocznie wszyscy Potterowie szybko się nudzą. Najpierw lekko zakwilił. Potem zaczął wyrzucać przed siebie rączki, na tyle na ile w ogóle miesięczne dziecko jest w stanie to zrobić, a potem widząc jej bezradną minę wytoczył największe działo i rozdarł się na całe swoje maleńkie gardełko. Przerażona gryfonka zamachała mu przed twarzą grzechotką, misiem, butelką, ale nic to nie dawało. Mały patrzył na nią rozżalony, jakby nie rozumiał, dlaczego jeszcze pozwala mu płakać, zamiast zaradzić wszelkiemu złu tego świata, dziewczyna też tego nie rozumiała.
W końcu w akcie desperacji wsunęła rękę pod jego główkę, od razu poddając się uczuciu zdenerwowania, drugą ręką obejmując go w okolicy pupy. Uniosła go lekko, licząc, że to wystarczy, ale gdy krzyknął jeszcze głośniej, już się nie zastanawiała, tylko z całej siły przytuliła go do swojego ciała, na głos błagając cały magiczny świat by to pomogło. Przez kilka sekund miała wrażenie, że jego naprężone wściekłe ciałko się rozluźnia i uspokaja, zaraz jednak dotarło do niej, że się pomyliła. To byłoby za łatwe. Spojrzała na swojego podopiecznego, a on zdawał się dławić własnym smutkiem i rozżaleniem. Kolejny raz spróbowała i podała mu dzióbek butelki pod maleńkie usta. Zassał łapczywie, a ona wciąż zdenerwowana odetchnęła głośno. Gdy chłopiec odrzucił główkę, w napięciu nasłuchiwała czy znów odbędzie się kanonada dźwięków, ale nic się nie rozległo. Starała się odwzorować pozycję, w której dziecku miało się odbić, ale nie miała pewności, czy dobrze ułożyła malucha, więc wyczarowała lustro i przejrzała się w nim. Tak, pozycja z pewnością była właściwa. Z resztą, czy ona kiedykolwiek robiła coś nie właściwie? Kiedyś pewnie zniesmaczona by zaprzeczyła, ale biorąc ostatni rok pod uwagę...Patrzyła na odbicie lustrzane z dziwnym uczuciem niepokoju w sercu. Chłopiec ułożył się na jej ramieniu i cichutko posapywał szczęśliwy i najedzony.
Za bardzo podobało jej się to co widziała. Dziecko pasowało do niej. Ona pasowała do tego dziecka. Mogła kłamać ile chciała, ale...przywiązała się do tej małej nerwowej kreaturki. Obróciła się z Albusem w ramionach i tanecznym krokiem podeszła do kanapy. Odczekała jeszcze chwilę, a gdy usłyszała charakterystyczny dźwięk, chwyciła chłopca pod paszkami unosząc go nad własną twarz, a gdy znów się do niej uśmiechnął ucałowała jego zmarszczone czółko i śmiejąc się z siebie szepnęła:
- Jesteś okropny Potter.
- Pomyśleć, że musiałem czekać prawie 20 lat, by usłyszeć te słowa ponownie.
Spojrzała w stronę z której nadeszły słowa i zamarła z dzieckiem na ręku. Stał tam i uśmiechał się krzywo. Wyglądał tak wspaniale jak myślała. Ciemnozielona szata, ładne błyszczące buty i te cholerne oczy wwiercające się w jej sylwetkę. Skarciła się za te myśli. Choćby nie wiem jak wspaniale się prezentował, nie mogła znów dać mu wygrać.Wciąż doskonale pamiętała, że z ich poważnej rozmowy nic nie wyszło, bo miała zbyt dużego kaca, a później wolała nie myśleć...
- Chciałeś czegoś? Czy zabawa ci się znudziła? - Siliła się na lekki ton, ale wiedziała, że akurat jego nie oszuka. Wprawiał ja w zakłopotanie i cieszył się tym. Na domiar złego, akurat ten moment wybrał sobie potomek Ginny by zacząć się ślinić i co chwilę musiała mu ocierać usta. Po chwili spojrzała na miejsce gdzie stał jej gość, ale znalazła go o wiele bliżej. Przysiadł na fotelu i patrzył na nią intensywnie. Jego spojrzenie wyrażało dziwną troskę i...ból?
- Dobrze wiesz, że nie takie...zabawy preferuję. - Uniósł brew w iście Snape' owskim geście i zmierzył ją od góry do dołu.
- Wszystko mogło się zmienić, kiedy mnie nie było - odpowiedziała tak sucho jak tylko potrafiła.
- Nic się nie zmieniło - odparł twardo i szybko, przez co kobieta zaczęła się obawiać, że jej modlitwy o możliwość odbycia poważnej rozmowy zostały wysłuchane w najmniej odpowiednim momencie i zaraz Albus Potter wysłucha pierwszej kłótni w swoim życiu.
- Skoro tak twierdzisz.
- Tak twierdzę. - Poprawiła dziecko na ręku i spojrzała na nie, jakby szukając ratunku. Niestety dziś Merlin chyba wyjątkowo jej nie lubił, bo Albus właśnie zaczął usypiać. Westchnęła zrezygnowana i poczęła delikatnie go kołysać. Spojrzenie Severusa prześlizgnęło się po maluszku i po raz kolejny w życiu zaskoczył swoją rozmówczynię wyciągając ręce w stronę dziecka. Spojrzała na niego, jakby właśnie oznajmił, że Voldemort wrócił, ale gdy nie opuścił rąk, podała mu chłopca. Z wprawą ułożył go sobie w zgięciu ręki i tak samo jak ona przedtem, ucałował jego cieplutkie czółko. Odwrócił się tyłem i szepnął coś do maleńkiego uszka, ale kobieta nie dosłyszała co. Wstała nerwowo, bojąc się, że Severus może nieumyślnie zrobić mu krzywdę. Gdy jednak znów się odwrócił i zobaczyła, że twarz brzdąca jest odprężona, oczka zamknięte a on sam oddycha miarowo, poczuła się jak idiotka. Oczywiście, że Mistrz Eliksirów wiedział jak trzymać i jak uśpić dziecko. Każdy głupi to wiedział, prócz ciebie idiotko - pomyślała. Podeszła do Severusa rozczulona widokiem. Nie patrzył na nią, ale miała pewność, że zdawał sobie sprawę jak blisko siebie się znaleźli. Nie udawała, że podeszła ot tak. Chciała by ją przytulił, pocałował, cokolwiek, byle tylko przywrócił jej nadzieję na wspólne jutro. Mężczyzna odłożył śpiące dziecko do kołyski i spojrzał łagodnie na brązowowłosą. Stała nieporadnie, obejmując się rękami jakby było jej zimno. Nie mógł tego znieść, ta nowa, niepewna siebie i zdenerwowana Hermiona denerwowała go.
- Wolfgang za tobą tęskni. - Przestąpił krok do przodu i spojrzał jej w oczy.
- Ja...też za nim tęsknie. Kocham go - również się zbliżyła i opuściła ręce wzdłuż ciała. Głos drżał jej z emocji, ale nie dbała o to. Jeśli kiedyś miała zawalczyć o Severusa, równie dobrze może to być dziś.
- On - spojrzał na nią uważnie - on też cię kocha. - Znajdowali się o krok od siebie, ale wiedziała, że to jeszcze nie czas, by ten krok zrobić. Nie kiedy o tylu rzeczach jeszcze nie porozmawiali. Severus odchrząknął i cofnął się, jakby nagle sobie coś przypomniał. Usiadł w fotelu i spojrzał na dziecko, wysyłając jasny sygnał, że magiczna chwila minęła. Rozczarowana Hermiona usiadła na kanapie, ale zaraz wstała i przeprosiła. Udała się do łazienki i zamykając drzwi zdusiła szloch. Nie sądziła, że przebywając z nim będzie musiała tak się pilnować. Gdyby to od niej zależało, wróciłaby do lochów, gdzie jej miejsce. Niestety mężczyzna jej życia miał zgoła inne zdanie. Może nie mówił tego wprost, ale mieszkanie razem było ostatnim czego teraz chciał. W zasadzie zdziwiła się widząc go tutaj. Unikał jej jak ognia przez ostatnie tygodnie, a wcale nie było to takie łatwe. Jako ojciec chrzestny miał obowiązek bywać w Norze jeszcze częściej niż normalnie. To że wpadli na siebie tylko raz było imponujące. Prawie jakby ktoś to zaplanował...
Nie panując nad sobą wybiegła z toalety i skierowała się do salonu. Zaraz jednak zatrzymała się w progu i stanęła jak wryta. Mały musiał się przebudzić, widocznie nie było jej dłużej niż sądziła. Mistrz Eliksirów trzymał młodego Pottera niczym największy skarb i szeptał mu delikatnie do uszka, cały czas uśmiechając się z czułością. Gładził go po główce, która w jego mocnych spracowanych dłoniach wydawała się jeszcze bardziej krucha. Chłopiec leżał na kolanach swojego opiekuna i chwilowo był zajęty badaniem jego kciuka. Włosy mężczyzny opadły, ale nie przysłoniły jego oblicza do końca. Widziała bezbrzeżną czułość i radość. Poczuła jakby dostała obuchem. Dotarło do niej, że Severus kłamał. Albo okłamywał nie tylko ją, ale i siebie. Chciał mieć dziecko. Chciał być ojcem. Zobaczyła to w jego oczach, gdy sekundę później podniósł na nią wzrok i ich spojrzenia się skrzyżowały. Wyglądał jakby został złapany na gorącym uczynku, a dodatkowo na całą jego twarz wystąpił rumieniec wstydu. Przez chwilę zastanawiała się, czy nie odrzuci dziecka niczym szmacianej lalki i nie ucieknie, ale aż prychnęła na tę żałosną myśl. Nauczyciel kochał tego chłopca i chyba była ślepa, że nie zauważyła tego wcześniej.Severus odłożył noworodka do kołyski jakimś cudem sprawiając, że nie zaczął płakać. Sam z kolei skierował się w stronę wyjścia, posławszy Hermionie przeciągłe zawstydzone spojrzenie. Nie zatrzymała go, bo po krótkim wewnętrznym głosowaniu doszła do wniosku, że nie wyszłoby z tego nic dobrego.
Gdy domownicy wrócili, wszyscy w dobrych humorach, nie miała serca zaprzątać im głowy swoim problemem, tym bardziej, że dopiero co zaczęli ją traktować normalnie. Nie jakby była zraniona, śmiertelnie chora, lub z innej planety. Właściwie powinna być wdzięczna małemu Alowi, odciągnął uwagę wszystkich od niej i jej problemów, przez co w zasadzie wszyscy znów traktowali ją jak upierdliwą wiem - to - wszystko.
Gdy tylko matka położyła dziecko w pokoju dziecinnym, a sobie nalała kieliszek szampana rozsiedli się z Harrym w salonie, patrząc na nią uważnie. Hermiona słusznie sądziła, że coś tu śmierdzi. Normalnie już dawno by ją wygonili.
- Więc?
- Severus wyglądał dziś bardzo szykownie.- Starsza czarownica przewróciła oczami.
- Nie zaczynaj Ginn. Dobrze wiesz, że nietoperz i ja to przeszłość. - Jej rozmówczyni wyglądała jakby spodziewała się wszystkiego, ale nie takiej deklaracji.
- Czyli...nie było go tu dzisiaj? - Spojrzała na nią uważnie, usiłując wyłapać, czy mówi prawdę.
- Nie.
- Daj spokój. Nie musisz nam kłamać. Prawda kochanie? - Harry uśmiechnął się nieporadnie i posłał dziewczynie pokrzepiające spojrzenie.
- Kochana, nie potrafiłabyś uśpić Albusa choćby od tego zależało twoje życie a ty, nie dość, że to zrobiłaś, nie dość, że go nakarmiłaś, to jeszcze miałaś takie spokojne spojrzenie, wręcz melancholijne. Wierz mi...widziałam jak wyglądasz trzymając naszego synka na rękach przez 5 minut. Uratowałaś świat podczas wojny, a przy dziecku zachowujesz się jak największa łamaga. Potrafię poznać, czy to ty zajmowałaś się nim cały wieczór. - Uśmiechnęła się do przyjaciółki wrednie.
- Hej! Snape był tu raptem 10 minut! Świetnie dawałam sobie bez niego radę.
- Czyli jednak tu był, no popatrz.- Ginny spojrzała na męża i uśmiechnęła się do niego, gładząc jego dłoń. Potter wstał bez słowa i zniknął w kuchni jakby mieli to wcześniej przećwiczone. Nauczycielka patrzyła na nich zmieszana.
- Co się dzieje?
- Co ci powiedział? Gadaj póki jesteśmy same.
- Nic, że kot za mną tęskni.
- Tchórz - mruknęła pod nosem.
- Co to znaczy?
- Powiedzmy, że wymogłam na nim obietnicę, że powie ci jak się czuje i razem zastanowicie się czy jest dla was przyszłość. Skoro jednak ty jesteś tu, a on cholera wie gdzie, to znaczy, że nic z tego nie wyszło.
- Powinnam...?
- Powinnaś.
Gdy znalazła się w zamku nie była już taka pewna czy dobrze robi. Podążała schodami w dół, prawie nie zauważając co robi. Zdziwiła się gdy stanęła przed drzwiami do jego komnat i obleciał ją strach. A co jeśli Ginny nadinterpretowała i on wcale nie chciał jej z powrotem? Może miał na myśli tylko zaprzestanie uników i koegzystencję na najbardziej podstawowym poziomie? Nie dowie się, póki nie porozmawiają.
Drzwi oczywiście były zamknięte, więc zapukała. Chwilę trwało nim usłyszała zaklęcia odbezpieczające. Stał przed nią w zwykłym podkoszulku i dresowych spodniach. Nie wyglądał na ani trochę zaspanego. Wręcz przeciwnie, był pobudzony, jeśli ktoś pytałby ją o zdanie.
- Już myślałem, że nie przyjdziesz.- Rozpromieniła się na jego słowa i zrobiła krok do przodu, ale zaraz ją zgasił.
- W sensie, że wydawało mi się, że rzucałem jasne wskazówki i nawet taka idiotka jak ty, powinna się domyśleć. - Zbyła jego uwagę milczeniem i rozejrzała się po wnętrzu. Zbyt wiele się nie zmieniło od jej ostatniej wizyty, ale na pewno panował większy rozgardiasz. Gdy mieszkali razem, dbała o wszystko z pedantyczną uwagą, nie chcąc mu dać powodu do powrotu. I tak stoczyli wielki bój o to, czy w ogóle wypada by się wprowadziła skoro oboje należą do kadry.
Chcąc zrobić cokolwiek przysiadła w fotelu, który kiedyś kojarzył jej się tylko z jednym. Teraz powodował niemal fizyczny ból, w końcu skąd mogła wiedzieć, że ten szalony szybki numerek kilka miesięcy temu, będzie ich ostatnim?
Spojrzeli na siebie, mierząc się od stóp do głów. Żadne się nie odezwało. W końcu Snape wyczarował dwie szklaneczki i stuknęli się nimi jak za dawnych czasów. Chwilę pili w ciszy, a gdy pierwsze łyki zaszumiały im w głowach znów na siebie spojrzeli.
- Przyszłam tu, by porozmawiać. Na spokojnie, bez ciśnienia.
- Dobrze więc, mów. - Zaplótł ręce na piersi i spojrzał na nią kpiarsko, przez co od razu pożałowała impulsywności.
- Nie jestem pewna, czy to dobry pomysł.
- To po co tu przyszłaś?- Znów to szydercze spojrzenie.
- Kiedy miałeś zamiar mi powiedzieć?- Skoro on grał nieczysto, ona też będzie. Czarnowłosy wyglądał jakby połknął nóż.
- O czym?
- O tym, że kochasz dzieci, że chcesz mieć dziecko! - Sama nie wiedziała dlaczego już teraz o tym wspomina, a widząc minę Severusa, od razu pożałowała. Wyglądał jak zaszczute zwierze złapane i prowadzone na rzeź.
- Nie bądź śmieszna. Bachory nie są dla mnie.
- Nie kłam! - Jej słowa podziałały jak policzek. Spojrzał na nią i przerażony spostrzegł, że w jej oczach zalśniły łzy. Zrozumiał, że nie ma wyjścia. Musi powiedzieć prawdę. Nawet jeśli złamie im obojgu serca.
- Zawsze.Zawsze chciałem dziecka. Zawsze chciałem poczuć co to znaczy kochać kogoś bezwarunkowo. - Kobieta prychnęła, pociągając mocno nosem.
- I przez ten cały czas kiedy bawiliśmy się w kotka i myszkę nie zająknąłeś się o tym ani słowem. Dlaczego? Severusie?
Na początku pomyślała, że wyobraziła sobie jego odpowiedź, ale zaraz zrozumiała, że taki dramatyzm, to dokładnie w stylu jej ukochanego.
- Bo ciebie kochałem bardziej. - Nie udawała już, że jest dzielna i nie płacze. Szlochała, a gdy wreszcie była w stanie się odezwać, przemówiła słabym głosem.
- Co to ma kurwa znaczyć?
- Ile to razy wspólnie wyśmiewaliśmy się z Potterów i ich irracjonalnego pragnienia zaludnienia świata tak szybko jak tylko się da. Za każdym razem twój głos brzmiał tak twardo. Tak bardzo, jakbyś gardziła takim podejściem. Cóż, jestem prawie pewien, że nadal gardzisz. To, że twoja najlepsza przyjaciółka przepuściła przez swój kanał rodny małego słonia chyba cię nie złamało co?
- Nie.
- Tak myślałem - uśmiechnął się smutno - więc już wiesz.
- Co wiem? - Spojrzała na niego jak na idiotę.
- Znając twój stosunek do dzieci, do macierzyństwa i małżeństwa, nie mogłem...być do końca szczery.
- Bo?
- Hermiono! Nie każ mi tego mówić, doskonale wiesz co chce powiedzieć.
- Nie Snape, nie wiem! Więc bądź łaskaw.
- Wiedziałem, że mnie kochasz, wiedziałem, że zrobiłabyś dla mnie prawie wszystko.
- Ale nie dałabym ci dziecka - szepnęła ze zgrozą.
- Nie. A ja nie mógłbym żyć z twoim poczuciem winy, więc milczałem.
- Więc wolałeś...popieprzone życie ze mną? Codzienne kłótnie? Rzucanie talerzami?- Pewnie wyliczałaby dalej, gdyby jej zdecydowanie nie przerwał.
- Nie kłóciliśmy się aż tak często, nie przesadzaj. Zresztą , później godziliśmy się wspaniale, to musisz przyznać. - Mrugnął do niej, jakby starał się ją udobruchać w jakimś błahym konflikcie.
- Wciąż nie rozumiem. Jeśli tak ci zależało na życiu rodzinnym i tym by posmakować ojcostwa, dlaczego w ogóle wszedłeś w związek ze mną? Przecież proponowałam ci przygodny seks.
- Nie wiem czy tylko udajesz, ale to najgłupsze pytanie. I najłatwiejsze. Kochałem cię jak wariat i nic więcej się nie liczyło.Seks mogłem znaleźć wszędzie. Myślisz, że połączyło nas pożądanie i pewnie tak było, ale to co nas scaliło, to twoja dobroć, cierpliwość, mądrość i empatia. Byłem w stanie zrezygnować z chęci posiadania dziecka, jeśli tylko wiedziałbym, że będziesz dzielić ze mną życie. Uczyniłaś mnie szczęśliwym, tylko to się liczyło. - Jego oczy nabrały szczególnego blasku i czułości i poznała, że mówi szczerze. Naraz zapragnęła go pocałować. Wstała bardzo powoli, dając mu czas na ochłonięcie i zareagowanie. Nie poruszył się, tylko patrzył na nią tym maślanym wzrokiem.
Gdy znalazła się przed nim, a jej oddech przyspieszył, mężczyzna podniósł się z krzesła i patrząc sobie w oczy stali bez ruchu. Nachylił się w jej stronę. Patrzyła na jego zapraszające usta, nie mogąc doczekać się, aż znów ich posmakuje. Czuła jego oddech, drażnił ją i podniecał. Mistrz Eliksirów czekał na jej niemą zgodę, a gdy wydawało mu się, że ją otrzymał nachylił się, by połączyć ich usta. O dziwo jednak, dziewczyna odsunęła się stanowczo i spojrzała na niego jakby z przestrachem.
Nie rozumiał co się stało, ale ona wcale nie wyglądała jakby wiedziała co robi.
- Co...?
- Dlaczego cały czas mówiłeś, że kochałeś?
- Co? - Wyglądał jakby był rozczarowany, że zmieniła tor w jakim zmierzała ta akcja.
- Ciągle mówiłeś, że mnie kochałeś, nie że kochasz...
- Daj spokój Hermiono - spróbował ją pocałować, ale znów go odepchnęła.
- Tak. Właśnie dałam sobie spokój.- Odparła hardo. Pociągnęła łyka ze szklanki, spojrzała na niego z zawodem i ruszyła do drzwi. Gdy je otworzyła, zatrzymała się, jakby wahając, ale koniec końców trzasnęła nimi i ruszyła w kierunku schodów na piętro. Nie zdążyła jednak wejść na schody bo Severus ją dogonił i złapał za dłoń, by obrócić gryfonkę twarzą do siebie. Nie próbowała się wyrywać, wiedziała, że nie ma szans.
- Kocham. Cały czas powinienem to mówić w taki sposób, ale nie chciałem...bałem się, że ty już mnie nie kochasz i wtedy wyszedłbym na idiotę. Więc specjalnie używałem czasu przeszłego.
Patrzyła na niego jak na kosmitę, a gdy już myślał, że straciła głos, lub, że zupełnie nie wie co powiedzieć, odezwała się. Jej głos był słaby i niepewny, ale to wystarczyło, by porwał ją w ramiona i pocałował namiętnie.
- Idiota.
niedziela, 16 kwietnia 2017
wtorek, 21 marca 2017
Rozdzał 25
Notka delikatnie 18+
Od jej powrotu minął tydzień. Przebywała na obserwacji w Skrzydle Szpitalnym. Jej siły witalne odnawiały się w nadzwyczajnym tempie, magia zdawała się również wracać. Nie opuściła Hogwartu ani razu, prócz jednej tylko wizyty u Ollivandera. Jej różdżka została złamana przez Wiktora Kruma tuż po tym, jak ją uwięził. Nowa oczywiście nie działała tak jak stara, ale powoli przyzwyczajała się do jej właściwości. Powoli też przyzwyczajała się do tego, że nie musi już bać się o swoje życie, spać czujnie niczym pies i budzić co pół godziny. Każdego dnia zastępy gości wparowywały do jej pokoju i zalegały przy jej łóżku do późnych godzin popołudniowych, lub dopóki pielęgniarka nie nakazała ewakuacji. Przychodzili wszyscy, prócz Snape'a . Nie widziała go ani razu od wydarzeń w parku. Zaczynała przyzwyczajać się do samotności i ciągłego poczucia winy. Przez cały czas więzienia wyparła te uczucia na rzecz strachu, ale teraz uderzały w nią z całą mocą. Jej twarz znaczyły ślady łez, głos był jakby zdławiony, a błyszcząca zawsze twarz, miała niezdrowy matowy odcień. Oczywiście Pani Weasley wraz z całą rodziną zrzucała to na karb niedożywienia i życia w trudnych warunkach, ale w jej oczach widziała, że doskonale wie, dlaczego jej zdrowie nie wraca do normy tak szybko jak powinno.
Ostatniego dnia jej pobytu w szpitalu leżała jak zawsze czekając aż eliksir Słodkiego Snu zacznie działać, gdy usłyszała coś niepokojącego. Chwyciła różdżkę mocniej i napięła ciało gotowa się bronić. W półmroku nie była zdolna dostrzec co lub kto składa jej wizytę, ale dźwięk kroków rozchodzący się w ciemnościach rozpoznałaby wszędzie. Przymknęła oczy i zwolniła oddech, próbując udawać, że śpi. Gdy mężczyzna podszedł bliżej, jej serce waliło tak mocno, że była pewna, że je słyszy. Poczuła jego lodowatą dłoń na swoim policzku i tylko siłą woli zmusiła się, by się w nią nie wtulić. Gdy zabrał rękę poczuła się tak rozczarowana, że o mało nie jęknęła. Tyle czasu nie czuła jego dotyku na sobie, że z miejsca zrobiło jej się gorąco w podbrzuszu. Delikatnie przesunęła dłoń po prześcieradle i dotknęła jego drugiej dłoni, którą musiał opierać się o łóżko. Przesunęła się dalej i natrafiła na brzeg jego szaty. Usłyszała jego oddech, teraz jakby szybszy i głośniejszy. Nim zrozumiała co się dzieje, usłyszała jego szept, tuż przy uchu.
- Tak bardzo za tobą tęsknie.
Gorący oddech dotarł do jej policzka i znów poczuła uderzenie gorąca. Jego usta delikatnie musnęły policzek i już go nie było. Ciężar zniknął z powierzchni łóżka, a kroki rozbrzmiewały już w połowie drogi do wyjścia, gdy drzwi znów się otworzyły. Usłyszała tylko zdenerwowany głos Minerwy i ktoś z trzaskiem zamknął drzwi.
- Nie możesz przychodzić tu co noc! Porozmawiaj z nią!
Niestety odpowiedzi Severusa nie dane jej było wysłuchać. Przełknęła głośno ślinę i dotknęła miejsca, które pieścił ustami. Było jej gorąco, serce biło nienaturalnie szybko. Bardziej jednak przejmowała się tym, co usłyszała. Więc nie zmienił się na jotę. Nadal był upartym dupkiem z lochów. Nadal ją kochał i tęsknił, ale stać go było jedynie na odwiedziny, kiedy nie była w stanie się zorientować. Dobrze, że tym razem leki nie zadziałały tak szybko jak zazwyczaj. Z nowymi pokładami nadziei Hermiona zapadła w sen niezdolna dłużej opierać się działaniu eliksiru.
Jej rekonwalescencja przebiegała w normie, ale to nie przeszkodziło wszystkim chuchać i dmuchać nad nią. Znosiła to dzielnie, gdyż tak bardzo tęskniła za przyjaciółmi, swoją rodziną i ludźmi ze szkoły, że wręcz z radością przyjmowała ich zaniepokojone głosy narzekania iż nadal jest za chuda.
Dyrektor nawet nie chciał słyszeć, że wróci do pracy przed wakacjami, ale ona uparła się, by chociaż częściowo wrócić do obowiązków. Tłumaczyła się czym tylko się dało, ale wszyscy wiedzieli, że powrót do lochów oznacza bycie bliżej Severusa, a tego pragnęła najbardziej. Oczywiście oficjalnie nikt nie pytał co jak i dlaczego, ale plotka głosiła iż sam Teodor Nott porwał ją i więził.
Hermiona wiedziała, że w końcu będzie musiała podać oficjalną, ale i prawdziwą wersję wydarzeń. Nie była na to jeszcze gotowa. Nie była gotowa przed wszystkimi na kim jej zależy przyznać się, że zachowała się jak tchórz i uciekła, bo tak było łatwiej, a Krum był tylko małym elementem tej układanki.
Większość czasu spędzała w Norze razem z Harrym i Ginny, której brzuszek z każdym dniem wydawał się być większy. Przyjaciele patrzyli na nią z miłością, ale i lekką rezerwą, jakby się spodziewali, że w końcu się załamie na ich oczach. Nic takiego się nie wydarzyło. Przebywała w domu Weasley' ów od dwóch dni i wreszcie zaczynała przypominać istotę ludzką. Krzątała się po kuchni, gdy poczuła czyjąś obecność. Odwróciła się, zachowując coś ze swojej nerwowości w sposobie trzymania nowej różdżki, ale zaraz odetchnęła z ulgą, gdy zobaczyła kto ją odwiedził. Mężczyzna podszedł bliżej i chwycił ją w objęcia mocno i pewnie. Wspięła się na palce, gdyż nie wiedzieć kiedy, zaczął przewyższać ją o ładne kilkanaście centymetrów.
- Tęskniłem jak wariat - wyszeptał do jej ucha.
Niby te same słowa, niby wydźwięk ten sam, a jednak zupełnie co innego. Odsunęła się zmieszana i spojrzała mu w oczy, zaraz jednak wtuliła się znów z zawstydzeniem, że mogła poczuć się niepewnie po takiej deklaracji. Chuck był jej przyjacielem, kumplem i kompanem od wielu wielu tygodni, a to, że kiedyś kochał się w niej zdawało się nie mieć żadnego znaczenia. Tak samo jak fakt, że podczas jej nieobecności wyprzystojniał jak cholera. Przygryzła wargę i znów spojrzała na niego. Lekko przydługie włosy nadawały mu jakiegoś dzikiego pierwotnego wyglądu, oczy śmiejące się i piękne jak zawsze. Lekko zarośnięta, prosta szczęka. Taaak Chuck Newborn złamie niejedno serce tego lata. Westchnęła i ścisnęła jego dłoń niezdolna jeszcze wypowiedzieć ni słowa. Przeszli do salonu i usiedli obok siebie na kanapie, gdzie przyjaciel znów ją objął. Poczuła łzy pod powiekami. Nawet nie spodziewała się, że aż tak za nim tęskniła. Większość jej myśli poświęcała rodzinie Weasley' ów i Severusowi, ale widocznie Chuck też cały czas tam był. Podświadomie, cały czas miała go w sercu.
Był dobrym, wręcz wspaniałym mężczyzną, a teraz był tu i tulił ją do siebie. Nie sądziła, że jeszcze kiedykolwiek dane jej będzie tego doświadczyć, ale oto właśnie się to dzieje. Pociągnęła nosem, a zaalarmowany tym dźwiękiem blondyn uniósł jej podbródek i spojrzał jej w oczy.
- Coś nie tak Hermiono?
- Tyle...tyle czasu minęło, że zapomniałam już jaki jesteś przystojny - zaśmiała się głupio, w myślach dając sobie w twarz za tak durny tekst. Gdy spojrzała na jego rozanieloną twarz pogratulowała sobie głupoty roku.
- Nie są to chyba najlepsze pierwsze słowa, po miesiącach rozłąki co?
- Mnie się podobały - uśmiechnął się do niej szczerze i zrozumiała, że wie, że nie to miała na myśli.
- Dobrze być znów wśród przyjaciół.
- Taaak, my też cieszymy się, że wreszcie jesteś z nami. Ginny, nawet w swoim stanie wkurzająca jak nie wiem co, przechodziła samą siebie tym biadoleniem.
- Opowiedz.
Spędzili cały ranek wspominając co się działo przez ten cały czas, pod koniec opowieści nastrój Hermiony był już prawie dobry, nie mogła jednak zrelaksować się do końca. Wiedziała, że nawet z całym swoim pakietem Charles jest w końcu ślizgonem, a ślizgoni lubią wiedzieć. On nie stanowi wyjątku i w końcu zapyta. Westchnęła zrezygnowana, klepnęła się w uda i udała nagle bardzo zaaferowaną i spóźnioną. Oczywiście nie oszukała go nawet przez sekundę. Zrozumiał jednak, że jeszcze nie jest gotowa, przytulił ją ponownie i wyszedł, obiecując, że pojawi się na uroczystej kolacji następnego dnia. Kobieta przeklinała swoją impulsywność i nerwowość, ale nic nie mogła na to poradzić. Postanowiła zrobić porządek w swoim dawnym pokoju. Weszła na górę i z rozmachem otworzyła drzwi. Stanęła jednak jak wryta. Ściany pomalowano na brzoskwiniowy kolor, w rogu stało łóżeczko dziecięce i kołyska. Komoda ozdobiona była malutkimi misiami i uśmiechającymi się księżycami, ale okropnego widoku dopełniał wielki, ponad dwumetrowy miś przytulanka, który zajmował pozostałą część pokoju. Zrobiony był jakimś koślawym ściegiem na gigantyczny szydełku, a jedno z uszu było ewidentnie doszyte później i odstawało pod zbyt dużym kątem. Jej łóżka i szafy nie było. Książki i pergaminy zostały zastąpione przewijakiem, talkiem i pudełkami z mlekiem w proszku. Hermiona złapała się za głowę i wybiegła z pokoju wpadając prosto na Harrego. Przytrzymał ją i pogładził po plecach. Spojrzał na nią, by mieć pewność, że dobrze go zrozumie.
- Nie chcieliśmy, żebyś sama to znalazła. Twoje rzeczy są w dawnym pokoju Rona. Przepraszam Hermiono. Powinniśmy cię uprzedzić.
- Daj spokój Harry - otarła łzy z oczu i zeszli razem po schodach.- Pięknie urządziliście pokój dziecka. Jestem tylko bardzo zaskoczona. - Jej nerwowy chichot przerodził się w łkanie i Potter znów ją przytulił.
- Jeśli chcesz, możemy wrócić ci twój pokój, a dziecięcy urządzimy w pokoju Rona, żaden problem.
- Nie nie, tak jest dobrze. Czekaj, a gdzie będzie spał Ron? - złapała Wybrańca za rękę, żądając odpowiedzi.
- Ron tu nie mieszka - Harry był tak zakłopotany, że Hermionie prawie minęła złość.
- Jak to nie mieszka? Od kiedy?
- Od kiedy... - przełknął nerwowo ślinę i spojrzał w bok.
- Od kiedy co Harry Potterze?
- Widzisz?! Wróciłaś, wreszcie brzmisz jak dawna Hermiona!
- Nie zmieniaj tematu!
- On i Luna spodziewają się dziecka trzy miesiące po nas - wypuścił głośno powietrze i nie patrząc jej w oczy nalał herbaty do dwóch filiżanek. Hermiona jednak zignorowała jego gesty, patrzyła tylko nieruchomo w dal.
- Powiesz coś? Proszę...
- Moi dwaj najlepsi przyjaciele na świecie będą ojcami, Chuck stał się mężczyzną, a Hagrid nagle odnalazł pasję w szydełkowaniu? - Potter parsknął śmiechem, ale zaraz spoważniał i chwycił przyjaciółkę za rękę.
- Nie było cię tak długo...
- I dlatego cały świat stanął na głowie?! - podniosła się i zaczęła krążyć po pokoju, podnosząc losowe przedmioty jak lampa, książka czy choćby filiżanka.
- Nie pamiętam tych rzeczy, tego wszystkiego tu nie było! Czy jest coś co się nie zmieniło?!
- Wszyscy nadal cię kochamy, wariatko - do pokoju wtoczyła się ciężko dysząc Ginny, podtrzymując brzuszek i uśmiechnęła się zadziornie do przyjaciółki. - Chodź tu.
Tamta posłusznie podeszła do ciężarnej, ale uścisnęła ją sztywno i krótko. Odsunęła się, z trudem hamując płacz.
- Wyjdę się przewietrzyć, dobrze?
- Kiedy tylko będziesz gotowa kochanie. - Hermiona stanęła w drzwiach i obejrzała się, akurat w momencie by być świadkiem jak szczęśliwy pan Potter podchodzi do swojej żony i z czułością kładzie dłoń na jej brzuchu, zapominając, że ona patrzy.
Wiedziała, że popełnia błąd, ale i tak nie mogła się powstrzymać. Co jakiś czas przystawała by pogawędzić chwilę z uczniami, wszyscy życzyli jej szybkiego powrotu i zapewniali, że tęsknili.
Ona jednak marzyła już tylko o jednym. Znaleźć się w lochach i tworzyć. Cokolwiek, nawet głupi eliksir na kaszel, byle tylko zająć czymś ręce. Zanim jednak dotarła do klasy eliksirów, znów znalazła się oko w oko z Chuckiem. Blondyn spojrzał na nią z troską, a gdy chciała go wyminąć, złapał ją za rękę. Jego dotyk działał na nią dziwnie kojąco, ale nie przydawała temu jakiegoś drugiego dna. Była spragniona ludzkich uczuć i uwagi. Tyle. Popatrzyła na niego z nadzieją, że odgadnie jej myśli i da jej spokój, ale widocznie zbyt długo jej nie było - pomyślała ze smutkiem, gdy próbował ją zatrzymać.
- Chuck puść mnie.
- Poczekaj! Nie rób tego...nie jesteś jeszcze gotowa na tę rozmowę.
- Jaką rozmowę?
- Nie planowałaś iść do Snape'a i błagać go, byście znów byli razem? - spojrzał na nią sceptycznie.
- Nie! - krzyknęła. - To znaczy nie, skądże. Szłam zrobić jakiś eliksir - dodała już spokojniej.
- Ja ci nie wierze, mogłaś bardziej się postarać. Zresztą nie ważne, chcesz się oszukiwać, dla mnie spoko. Nie rób jednak czegoś na co nie jesteś gotowa! Daj mu trochę czasu, pozwól oswoić się z myślą, że znów jesteś obecna w jego życiu. Nie było cię tyle czasu, że ciężko będzie znów wrócić do dawnych stosunków.
- Dzięki - odparła z przekąsem. - Zauważyłam, że życie toczyło się dalej, beze mnie, ale sądziłam, że akurat ty mi o tym nie przypomnisz.
- Robię to, bo się o ciebie martwię.
- Martw się o siebie, dzięki.
- Hej! Nie odtrącaj mnie dobrze? - znów złapał za jej dłoń. Gryfonka spojrzała na ich splecione dłonie i poczuła gorąco oblewające jej twarz.
- Słuchaj Chuck nie masz jakiejś dziewczyny, z którą powinieneś teraz być, jednej albo kilku? - Jego twarz diametralnie się zmieniła, spostrzegła zakłopotanie i jakby poczucie winy. Powiedziała to w żartach, ale nie sądziła, że trafiła w sedno.
- Poważnie? Kim ona jest? Znam ją? - Nie mogła nic poradzić, że brzmiała jak jakaś matka, której pisklę chce wydostać się spod opiekuńczych skrzydeł.
- To Carol. Jesteśmy parą od kilku miesięcy. - Po jej minie od razu spostrzegł, że lepiej było na razie skłamać.
- Zane? Ta....! Och Chuck powiedz, że jak mnie nie było, jakaś inna Carol zaczęła się uczyć w Hogwarcie? - Milczał patrząc na nią zszokowany jej wybuchem.
- Tylko nie ona! Przecież to pustak, sam mówiłeś, że jest dziwna...
- Pomogła mi, kiedy...
- Ha! Więc to nagroda pocieszenia? Tak nie można!
- Nie to nie tak! Zbliżyliśmy się, a w miarę jak zacząłem ją poznawać, zrozumiałem, jaka jest wspaniała. Zakochałem się, szybciej niż byłbym w stanie przyznać. - Spojrzał w jej brązowe oczy, pełne niedowierzania. Gdy tak na niego patrzyła, czuł się jak zdrajca i ogarnęła go złość.
- Przecież to ty mnie nie chciałaś! - krzyknął. - Nie oczekiwałaś chyba, że będę wiecznie czekał, aż przejrzysz na oczy i wybierzesz mnie, zamiast Snape'a! To niedorzeczne Hermiono!
Ona jednak nie miała zamiaru mu odpowiadać. Ruszyła schodami w dół ignorując wołającego ją przyjaciela. Była tak zrozpaczona, że łzy przesłoniły jej widok. Machinalnie otworzyła wrota klasy eliksirów, wparowała na zaplecze i zaczęła przygotowywać stanowisko pracy. Nie zauważała upływającego czasu i nawet gdy pojedyncze głosy rozbrzmiewały, gdy Severus prosił kogoś o odpowiedź, ona pracowała dalej. Po 40 minutach nie była jednak w stanie ignorować jego głębokiego, seksownego głosu, który wdzierał się w jej wkurzone myśli. Podniosła głowę z zamiarem zwrócenia mu uwagi, że przeszkadza jej w pracy, ale stanęła jak wryta twarzą w twarz z Severusem. Mierzył ją spokojnym na pozór spojrzeniem, ale widziała, że ledwo nad sobą panuje. Podszedł bliżej i specjalnie nadając głosowi głębie jaką uwielbiała, zaczął ją pouczać.
- Kiedy nauczyciel prowadzi zajęcia, nie należy mu przeszkadzać. Ty zaś zachowywałaś się, jakby ta pracownia należała tylko do ciebie. Wiem, że nie było cię długo, ale nawet Gryfon jak ty, nie powinien zapominać zasad, które obowiązują nas wszystkich. - Spojrzał na nią przelotnie. Oddychała głęboko, był pewien, że nie usłyszała ani słowa z jego małej mowy. Skupiała się tylko na jego bliskości i głębi głosu. Uwielbiał w niej to, jak zatracała się w takich niecodziennych doznaniach. Kiedyś wyznała mu, że jego głos działa na nią prawie tak dobrze, jak jego penis. Wziął to za żart, ale patrząc na jej zaczerwienione policzki i unoszącą się klatkę piersiową, zaczął zdawać sobie sprawę, że nie żartowała wtedy. Poczuł się równocześnie zły i podniecony. Przeniósł spojrzenie z jej piersi na usta i głośno przełknął ślinę. Dopiero po kilku sekundach dotarło do niego, że się odezwała.
- Przepraszam, Severusie. Powinnam wiedzieć, że będziesz miał teraz zajęcia. Pójdę już. - Próbowała go wyminąć, ale zatrzymał ją, sam nie wiedział czemu. Wreszcie spojrzała mu w twarz. Głodne, pożądliwe, stęsknione spojrzenie czarnych jak smoła oczu przesunęło się po jej twarzy, ustach i spoczęło na piersiach. Zmieszana spojrzała na jego dłoń i znów przełknęła ślinę. Przypomniała sobie scenę w parku i to jak ją zostawił.
- Coś jeszcze? Czy mogę już odejść?
- Nie posprzątasz tu? - za wszelką cenę próbował ją zatrzymać, choć na kilka minut. Nie mógł tego przyznać, ale tęsknota była silniejsza niż złość. I wcale nie miało to nic wspólnego z prądem, który przebiegał po jego skórze od momentu jak jej dotknął.
- Wrócę, gdy wszyscy będą na kolacji, wtedy nie będę ci przeszkadzać. - Mówiła cicho, jakby bała się jego reakcji. Nie podobało mu się to. Pragnął by była swobodna, śmiała i zdecydowana jak zawsze. Nie był fanem tej nowej wycofanej i niepewnej Hermiony. Nie mógłby powiedzieć, że straciła swój seksapil, ale to nie była jego Hermiona, jego kotka i kokietka. Ta dziewczyna już nie wróci. Ona przeżyła koszmar i cudem wróciła do domu, a ty martwisz się, że nie próbuje cię uwieść przy pierwszym spotkaniu. Snape! Ty durniu - skarcił się w myślach. Cofnął się i przepuścił ją, ale Granger przylgnęła do niego w jakimś rozpaczliwym geście i wtuliła się tak mocno, że nie miał innego wyjścia jak tylko przytulić ją równie mocno i oprzeć brodę na jej karku. Wciągnął jej zapach głęboko w płuca i rozkoszował się nim. Palce mocno wczepiła w skórę na łopatkach, tym samym przylegając do niego biodrami. Usiłował utrzymać równowagę, ale było to coraz trudniejsze. W końcu oparł ją o blat stołu i tulił głaszcząc jej chude plecy. Był pewien, że dziwny skrzekliwy dźwięk to jej płacz, ale nie mógł jeszcze skonfrontować się z jej łzami. Jeszcze nie. Była tu, cała i zdrowa, choć nie do końca. Tak rozpaczliwie go trzymała, jakby był jedyną niezmienną rzeczą w jej życiu. Gdy go olśniło, poczuł pot na plecach. Nie było jej tyle czasu, życie toczyło się dalej. Wszystkie te zmiany na pewno dały jej w kość i dlatego tak się zachowuje. Przecież dał jej jasno do zrozumienia, że między nimi skończone, a ona i tak tu przyszła i tak go sprowokowała. Chciała czegoś, co znała sprzed porwania. Sprzed jej ucieczki - poprawił się w myślach.
Puścił ją i odważnie spojrzał w jej oczy. Opuściła twarz i pociągnęła nosem. Stali tak blisko, twarz przy twarzy, biodro przy biodrze. Jej rozchylone w zaproszeniu usta, prawie nie widoczne piegi na lekko zadartym nosku, mądre orzechowe oczy, cała jej twarz tak boleśnie przypominała mu, jak bardzo za nią tęsknił, jak bardzo ją kochał i jak bardzo go zraniła. Potrząsnął głową i otarł jej policzek mokry od łez. Chusteczka, którą jej podał, miała zapobiec ponownemu zetknięciu się jego dłoni z jej policzkami, czuł bowiem, że może więcej nie wytrzymać. Gryfonka nieporadnie otarła oczy i wysiąkała nos, zakłopotana i niepewna.
- Dziękuję - wychrypiała.
- Myślę, że powinnaś już iść. Molly zapewne wysłała Harrego, by cię szukał.
- Myślisz?
- Zapewne. Ledwo cię odzyskaliśmy.. - podniosła na niego wzrok - to znaczy Weasley' owie cię odzyskali. Nie mogliby pozwolić sobie na kolejne...zaginięcie. - Dodał niepewnie, zbolałym głosem, zachrypłym od emocji i jej bliskości. Próbowała wyplątać się do końca z jego objęć, ale robiła to jakoś bez przekonania, więc nie przesunął się ani o milimetr. Byli kłębkiem nerwów i sami nie wiedzieli dlaczego dopuścili do tak dziwnej sytuacji, ale nie chcieli jeszcze przerywać kontaktu. Tyle tygodni osobno działało na nich lepiej niż jakikolwiek afrodyzjak i nim Snape się spostrzegł, już trzymał lewą dłoń na jej obojczyku i gładził go w tak dobrze znanej pieszczocie prowadzącej już tylko do pocałunku. Hermiona zadarła głowę do góry, by spojrzeć w jego roziskrzone oczy. Oddychał z trudem. Przymknęła oczy w oczekiwaniu. Przytulił rozgrzany policzek do jej policzka, a sekundę później poczuła gorący oddech na swoich ustach. Nadal jednak jej nie dotykał. Lekko przesunęła wargami po jego chropowatym policzku, a gdy mruknął zadowolony, przycisnęła usta do jego warg. Czas się zatrzymał. Oboje wstrzymali oddech, otworzyli oczy i spojrzeli na siebie. Ich złączone w nieporadnym pocałunku usta, były niczym magnes spajający ich w jedno. Równocześnie rozchylili usta i pogłębili pocałunek, zamykając oczy. Gdy ich języki połączyły się z ust Snape'a wbrew jemu samemu wydobył się gardłowy jęk, dzięki któremu pod Hermioną ugięły się kolana. Podtrzymał ją, wsuwając ręce pod jej pośladki i zupełnie jak kiedyś posadził ją na blacie. Zaraz jednak zabrał ręce i delikatnie odsunął od siebie kobietę. Nie chciał by poczuła rosnącego penisa. Był już twardy i gotowy, ale nie musiała o tym wiedzieć. Zaraz jednak jego ciało oszukało go i otarł się o jej biodra, wywołując swoją wielkością jęk rozkoszy. Granger przygryzła jego język i pogładziła swoim kojąco, nie przestając ocierać się biodrami o jego stojącego penisa. Chwyciła twarz ukochanego w dłonie i natarła na jego usta mocniej, wpychając język z całej siły. Równocześnie odjęła jedną rękę od jego twarzy i przeniosła ją na jego pas. Gorączkowo gładziła gruby kształt rysujący się pod szatą, spazmatycznie łapiąc powietrze pomiędzy pocałunkami. Severus doskonale znając jej potrzeby przeniósł usta na szyję, łapczywie ją kąsając i śliniąc. Gdy syknęła dość głośno na początku nie zrozumiał dlaczego, jednak gdy powtórzył gest i znów usłyszał jej zdławiony głos, a jej ręką uniosła się by go powstrzymać, otworzył oczy zaniepokojony. Spojrzał na nią, a następnie na miejsce, które tak zapamiętale pieścił. Wzdłuż jej karku, znikając za kołnierzem szaty, ciągnęła się pozszywana dość płytka rana, która teraz pod wpływem ruchu i jego ust musiała od nowa ją zaboleć. Niestety podziałała jak kubeł zimnej wody i Severus od razu odsunął się starając się nie patrzeć jej w oczy.
- Wybacz - wybełkotał.
- Severusie...- złapała go za przód szaty próbując przyciągnąć do siebie na nowo.
- Muszę... spieszę się na kolację.
- Jest 14 - dodała swoim zrzędliwym tonem.
- Więc na obiad.- Przyciągnęła go do siebie, ale nie na tyle blisko by znów go poczuć.
- Nie rób tego, proszę - wyszeptała.
- Czego? - odpowiedział równie cicho.
- Nie zostawiaj mnie.
- Ty zostawiłaś mnie, pamiętasz?
Gdy wreszcie pozbierała się i opanowała rozszalałe serce, ruszyła do góry, by dołączyć do kadry przy obiedzie. Minęła siedzącego na początku Severusa, spojrzała ze smutkiem, ale i złością na miejsce zwykle zajmowane przez Wiktora i usiadła o wiele dalej, koło Hagrida. Gajowy, wielce wzruszony chciał ją wypytywać, zbyła go jednak delikatnie i zjedli w milczeniu. Postanowiła wstąpić do swoich komnat i zabrać do Nory coś lekkiego do czytania, po drodze jednak natknęła się na Minerwę McGonagall. Nie potrafiła jej odmówić i już po kilku minutach rozmowy, siedziały nad filiżankami z herbatą w gabinecie Profesorki. Opiekunka Gryffindoru oczywiście była nadopiekuńcza, ale Hermiona ze śmiechem przyznała, że bardzo jej tego brakowało. Gdy jednak rozmowa zeszła na poważne tematy, próbowała się ewakuować.
- Będę już lecieć.
- Powiem ci jeszcze tylko jedno. Daj mi skończyć. - Usadziła pupilkę z powrotem na krześle, patrząc na nią ostro.- W życiu nie widziałam Severusa w takim stanie. A znam go całe życie. Nie pozwolę skrzywdzić go jeszcze raz. Zapamiętaj moje słowa.
- Nie bardzo rozumiem...
- Wiem, że mnie rozumiesz. Ten chłopak przeszedł w życiu już tyle...wycierpiał więcej niż ktokolwiek kogo znam, ale ty...ty złamałaś jego serce, możliwe że bezpowrotnie. Jeśli go nie kochasz, jeśli nie masz zamiaru być z nim na dobre i na złe, to daj mu spokój.
- Minerwo...dlaczego tak mówisz - nawet nie wiedziała, że płacze, ale spojrzenie mądrych kocich oczu powiedziało jej, że to akurat argument łagodzący w tym procesie.
- Możesz mówić, że Krum cię porwał, nie twierdze, że nie, ale wiem, że to ty uciekłaś od Severusa. To ty, Gryfonka, zostawiłaś go i wolałaś schować głowę w piasek niż stawić czoła problemom.
- Skąd wiesz?
- Nieistotne. Wiesz co on zrobił? Wynajął ekipę poszukiwaczy. Nie spał, nie jadł, dniem i nocą przetrząsał świat, by tylko cię znaleźć. Nie spoczął w swoich wysiłkach, dopóki Pan Newborn łaskawie nie unaocznił mu...że nie wrócisz. To że się mylił, jest nie ważne - dodała wesoło.- Chcesz wiedzieć, co potem działo się z naszym kochanym Sevem? Zaczął pić. Przestał pojawiać się na wykładach i posiłkach, aż w końcu w ogóle zniknął w tych swoich lochach. Gdy go odwiedziłam wgapiał się w tę fotografię ze ślubu Potterów, powiedział tylko jedno zdanie. Cytuję: Nie wierzę, że ona odeszła, nie moja Hermiona.Koniec cytatu. Rozumiesz już co chcę ci powiedzieć dziecko?
- Twarz Granger była mokra od łez. Nie odezwała się, jej głos ugrzązł w gardle, które paliło niczym ogień.
Na chwiejnych nogach wyszła z gabinetu i udała się do swoich komnat. Padła na łóżko i płakała nad własną beznadziejnością i głupotą. Zdzierała sobie gardło, niemal żałując, że znów nie jest w niewoli u Kruma. Severus kochał ją, najprawdziwszą miłością, a ona wyrzuciła to uczucie do kosza. Jak jakaś szmata. Nie zasługiwała na jego uczucie, na przebaczenie i na nowy start. Nie zasługiwała na nic. Chciała choć na chwilę zapomnieć, jak ją całował, jak pieścił. Transmutowała lusterko w butelkę bursztynowego trunku i przysiadła na fotelu. Gdy wreszcie była w stanie złapać oddech bez spazmatycznego szlochu, przełknęła łyk alkoholu i roześmiała się cicho. Przynajmniej to mieli wspólne - upijanie się w obliczu końca świata. Rozważała przeproszenie Severusa z całego serca, a potem zniknięcie z powierzchni ziemi, gdy ktoś zapukał do drzwi.
Na progu znalazła Mistrza Eliksirów, który wyglądał jeśli to w ogóle możliwe, jeszcze gorzej niż ona. Popatrzył na nią i dostrzegła w jego oczach cień pożądania, ale i jakby urazy. Skinęła mu głową, zbyt pijana, by się odezwać, bez ryzyka bełkotania bezsensu.
- Zapytałbym cię, czemu urżnęłaś się beze mnie, ale nie ma czasu, zbieraj się. Chwycił ją za ramię i wypchnął za drzwi.
- Co my robimy?
- Trzeba szybko dotrzeć do szpitala, Ginny zaczęła rodzić.
Zbiegali po dwa stopnie na raz, w milczeniu pokonując drogę do bram Hogwartu. Gdy wreszcie przekroczyli magiczną granicę, Severus chwycił jej ciepłą dłoń i przeniósł ich na chodnik przed bramą szpitala. Chwycił Hermionę za ramiona i spojrzał jej w oczy. Przełknął głośno ślinę, a jego twarz ozdobił grymas przypominający uśmiech, o którym myślała, że już nigdy go nie zobaczy. Znów ogarnęła ją chęć pocałowania go i całowania, do końca świata. Musiał zobaczyć to w jej oczach, bo odchrząknął.
- Cokolwiek jest, bądź nie jest między nami, jest teraz nie ważne. Teraz liczy się tylko Ginny, a ja jako ojciec chrzestny zobowiązałem się, dostarczyć cię w jednym kawałku. Postaraj się więc nie histeryzować. - Potarł jej ramiona w pocieszającym geście.
- A gdy już będzie po wszystkim, to sobie porozmawiamy. Teraz chodź. - dodał już swoim zwykłym zrzędliwym tonem.
Od jej powrotu minął tydzień. Przebywała na obserwacji w Skrzydle Szpitalnym. Jej siły witalne odnawiały się w nadzwyczajnym tempie, magia zdawała się również wracać. Nie opuściła Hogwartu ani razu, prócz jednej tylko wizyty u Ollivandera. Jej różdżka została złamana przez Wiktora Kruma tuż po tym, jak ją uwięził. Nowa oczywiście nie działała tak jak stara, ale powoli przyzwyczajała się do jej właściwości. Powoli też przyzwyczajała się do tego, że nie musi już bać się o swoje życie, spać czujnie niczym pies i budzić co pół godziny. Każdego dnia zastępy gości wparowywały do jej pokoju i zalegały przy jej łóżku do późnych godzin popołudniowych, lub dopóki pielęgniarka nie nakazała ewakuacji. Przychodzili wszyscy, prócz Snape'a . Nie widziała go ani razu od wydarzeń w parku. Zaczynała przyzwyczajać się do samotności i ciągłego poczucia winy. Przez cały czas więzienia wyparła te uczucia na rzecz strachu, ale teraz uderzały w nią z całą mocą. Jej twarz znaczyły ślady łez, głos był jakby zdławiony, a błyszcząca zawsze twarz, miała niezdrowy matowy odcień. Oczywiście Pani Weasley wraz z całą rodziną zrzucała to na karb niedożywienia i życia w trudnych warunkach, ale w jej oczach widziała, że doskonale wie, dlaczego jej zdrowie nie wraca do normy tak szybko jak powinno.
Ostatniego dnia jej pobytu w szpitalu leżała jak zawsze czekając aż eliksir Słodkiego Snu zacznie działać, gdy usłyszała coś niepokojącego. Chwyciła różdżkę mocniej i napięła ciało gotowa się bronić. W półmroku nie była zdolna dostrzec co lub kto składa jej wizytę, ale dźwięk kroków rozchodzący się w ciemnościach rozpoznałaby wszędzie. Przymknęła oczy i zwolniła oddech, próbując udawać, że śpi. Gdy mężczyzna podszedł bliżej, jej serce waliło tak mocno, że była pewna, że je słyszy. Poczuła jego lodowatą dłoń na swoim policzku i tylko siłą woli zmusiła się, by się w nią nie wtulić. Gdy zabrał rękę poczuła się tak rozczarowana, że o mało nie jęknęła. Tyle czasu nie czuła jego dotyku na sobie, że z miejsca zrobiło jej się gorąco w podbrzuszu. Delikatnie przesunęła dłoń po prześcieradle i dotknęła jego drugiej dłoni, którą musiał opierać się o łóżko. Przesunęła się dalej i natrafiła na brzeg jego szaty. Usłyszała jego oddech, teraz jakby szybszy i głośniejszy. Nim zrozumiała co się dzieje, usłyszała jego szept, tuż przy uchu.
- Tak bardzo za tobą tęsknie.
Gorący oddech dotarł do jej policzka i znów poczuła uderzenie gorąca. Jego usta delikatnie musnęły policzek i już go nie było. Ciężar zniknął z powierzchni łóżka, a kroki rozbrzmiewały już w połowie drogi do wyjścia, gdy drzwi znów się otworzyły. Usłyszała tylko zdenerwowany głos Minerwy i ktoś z trzaskiem zamknął drzwi.
- Nie możesz przychodzić tu co noc! Porozmawiaj z nią!
Niestety odpowiedzi Severusa nie dane jej było wysłuchać. Przełknęła głośno ślinę i dotknęła miejsca, które pieścił ustami. Było jej gorąco, serce biło nienaturalnie szybko. Bardziej jednak przejmowała się tym, co usłyszała. Więc nie zmienił się na jotę. Nadal był upartym dupkiem z lochów. Nadal ją kochał i tęsknił, ale stać go było jedynie na odwiedziny, kiedy nie była w stanie się zorientować. Dobrze, że tym razem leki nie zadziałały tak szybko jak zazwyczaj. Z nowymi pokładami nadziei Hermiona zapadła w sen niezdolna dłużej opierać się działaniu eliksiru.
Jej rekonwalescencja przebiegała w normie, ale to nie przeszkodziło wszystkim chuchać i dmuchać nad nią. Znosiła to dzielnie, gdyż tak bardzo tęskniła za przyjaciółmi, swoją rodziną i ludźmi ze szkoły, że wręcz z radością przyjmowała ich zaniepokojone głosy narzekania iż nadal jest za chuda.
Dyrektor nawet nie chciał słyszeć, że wróci do pracy przed wakacjami, ale ona uparła się, by chociaż częściowo wrócić do obowiązków. Tłumaczyła się czym tylko się dało, ale wszyscy wiedzieli, że powrót do lochów oznacza bycie bliżej Severusa, a tego pragnęła najbardziej. Oczywiście oficjalnie nikt nie pytał co jak i dlaczego, ale plotka głosiła iż sam Teodor Nott porwał ją i więził.
Hermiona wiedziała, że w końcu będzie musiała podać oficjalną, ale i prawdziwą wersję wydarzeń. Nie była na to jeszcze gotowa. Nie była gotowa przed wszystkimi na kim jej zależy przyznać się, że zachowała się jak tchórz i uciekła, bo tak było łatwiej, a Krum był tylko małym elementem tej układanki.
Większość czasu spędzała w Norze razem z Harrym i Ginny, której brzuszek z każdym dniem wydawał się być większy. Przyjaciele patrzyli na nią z miłością, ale i lekką rezerwą, jakby się spodziewali, że w końcu się załamie na ich oczach. Nic takiego się nie wydarzyło. Przebywała w domu Weasley' ów od dwóch dni i wreszcie zaczynała przypominać istotę ludzką. Krzątała się po kuchni, gdy poczuła czyjąś obecność. Odwróciła się, zachowując coś ze swojej nerwowości w sposobie trzymania nowej różdżki, ale zaraz odetchnęła z ulgą, gdy zobaczyła kto ją odwiedził. Mężczyzna podszedł bliżej i chwycił ją w objęcia mocno i pewnie. Wspięła się na palce, gdyż nie wiedzieć kiedy, zaczął przewyższać ją o ładne kilkanaście centymetrów.
- Tęskniłem jak wariat - wyszeptał do jej ucha.
Niby te same słowa, niby wydźwięk ten sam, a jednak zupełnie co innego. Odsunęła się zmieszana i spojrzała mu w oczy, zaraz jednak wtuliła się znów z zawstydzeniem, że mogła poczuć się niepewnie po takiej deklaracji. Chuck był jej przyjacielem, kumplem i kompanem od wielu wielu tygodni, a to, że kiedyś kochał się w niej zdawało się nie mieć żadnego znaczenia. Tak samo jak fakt, że podczas jej nieobecności wyprzystojniał jak cholera. Przygryzła wargę i znów spojrzała na niego. Lekko przydługie włosy nadawały mu jakiegoś dzikiego pierwotnego wyglądu, oczy śmiejące się i piękne jak zawsze. Lekko zarośnięta, prosta szczęka. Taaak Chuck Newborn złamie niejedno serce tego lata. Westchnęła i ścisnęła jego dłoń niezdolna jeszcze wypowiedzieć ni słowa. Przeszli do salonu i usiedli obok siebie na kanapie, gdzie przyjaciel znów ją objął. Poczuła łzy pod powiekami. Nawet nie spodziewała się, że aż tak za nim tęskniła. Większość jej myśli poświęcała rodzinie Weasley' ów i Severusowi, ale widocznie Chuck też cały czas tam był. Podświadomie, cały czas miała go w sercu.
Był dobrym, wręcz wspaniałym mężczyzną, a teraz był tu i tulił ją do siebie. Nie sądziła, że jeszcze kiedykolwiek dane jej będzie tego doświadczyć, ale oto właśnie się to dzieje. Pociągnęła nosem, a zaalarmowany tym dźwiękiem blondyn uniósł jej podbródek i spojrzał jej w oczy.
- Coś nie tak Hermiono?
- Tyle...tyle czasu minęło, że zapomniałam już jaki jesteś przystojny - zaśmiała się głupio, w myślach dając sobie w twarz za tak durny tekst. Gdy spojrzała na jego rozanieloną twarz pogratulowała sobie głupoty roku.
- Nie są to chyba najlepsze pierwsze słowa, po miesiącach rozłąki co?
- Mnie się podobały - uśmiechnął się do niej szczerze i zrozumiała, że wie, że nie to miała na myśli.
- Dobrze być znów wśród przyjaciół.
- Taaak, my też cieszymy się, że wreszcie jesteś z nami. Ginny, nawet w swoim stanie wkurzająca jak nie wiem co, przechodziła samą siebie tym biadoleniem.
- Opowiedz.
Spędzili cały ranek wspominając co się działo przez ten cały czas, pod koniec opowieści nastrój Hermiony był już prawie dobry, nie mogła jednak zrelaksować się do końca. Wiedziała, że nawet z całym swoim pakietem Charles jest w końcu ślizgonem, a ślizgoni lubią wiedzieć. On nie stanowi wyjątku i w końcu zapyta. Westchnęła zrezygnowana, klepnęła się w uda i udała nagle bardzo zaaferowaną i spóźnioną. Oczywiście nie oszukała go nawet przez sekundę. Zrozumiał jednak, że jeszcze nie jest gotowa, przytulił ją ponownie i wyszedł, obiecując, że pojawi się na uroczystej kolacji następnego dnia. Kobieta przeklinała swoją impulsywność i nerwowość, ale nic nie mogła na to poradzić. Postanowiła zrobić porządek w swoim dawnym pokoju. Weszła na górę i z rozmachem otworzyła drzwi. Stanęła jednak jak wryta. Ściany pomalowano na brzoskwiniowy kolor, w rogu stało łóżeczko dziecięce i kołyska. Komoda ozdobiona była malutkimi misiami i uśmiechającymi się księżycami, ale okropnego widoku dopełniał wielki, ponad dwumetrowy miś przytulanka, który zajmował pozostałą część pokoju. Zrobiony był jakimś koślawym ściegiem na gigantyczny szydełku, a jedno z uszu było ewidentnie doszyte później i odstawało pod zbyt dużym kątem. Jej łóżka i szafy nie było. Książki i pergaminy zostały zastąpione przewijakiem, talkiem i pudełkami z mlekiem w proszku. Hermiona złapała się za głowę i wybiegła z pokoju wpadając prosto na Harrego. Przytrzymał ją i pogładził po plecach. Spojrzał na nią, by mieć pewność, że dobrze go zrozumie.
- Nie chcieliśmy, żebyś sama to znalazła. Twoje rzeczy są w dawnym pokoju Rona. Przepraszam Hermiono. Powinniśmy cię uprzedzić.
- Daj spokój Harry - otarła łzy z oczu i zeszli razem po schodach.- Pięknie urządziliście pokój dziecka. Jestem tylko bardzo zaskoczona. - Jej nerwowy chichot przerodził się w łkanie i Potter znów ją przytulił.
- Jeśli chcesz, możemy wrócić ci twój pokój, a dziecięcy urządzimy w pokoju Rona, żaden problem.
- Nie nie, tak jest dobrze. Czekaj, a gdzie będzie spał Ron? - złapała Wybrańca za rękę, żądając odpowiedzi.
- Ron tu nie mieszka - Harry był tak zakłopotany, że Hermionie prawie minęła złość.
- Jak to nie mieszka? Od kiedy?
- Od kiedy... - przełknął nerwowo ślinę i spojrzał w bok.
- Od kiedy co Harry Potterze?
- Widzisz?! Wróciłaś, wreszcie brzmisz jak dawna Hermiona!
- Nie zmieniaj tematu!
- On i Luna spodziewają się dziecka trzy miesiące po nas - wypuścił głośno powietrze i nie patrząc jej w oczy nalał herbaty do dwóch filiżanek. Hermiona jednak zignorowała jego gesty, patrzyła tylko nieruchomo w dal.
- Powiesz coś? Proszę...
- Moi dwaj najlepsi przyjaciele na świecie będą ojcami, Chuck stał się mężczyzną, a Hagrid nagle odnalazł pasję w szydełkowaniu? - Potter parsknął śmiechem, ale zaraz spoważniał i chwycił przyjaciółkę za rękę.
- Nie było cię tak długo...
- I dlatego cały świat stanął na głowie?! - podniosła się i zaczęła krążyć po pokoju, podnosząc losowe przedmioty jak lampa, książka czy choćby filiżanka.
- Nie pamiętam tych rzeczy, tego wszystkiego tu nie było! Czy jest coś co się nie zmieniło?!
- Wszyscy nadal cię kochamy, wariatko - do pokoju wtoczyła się ciężko dysząc Ginny, podtrzymując brzuszek i uśmiechnęła się zadziornie do przyjaciółki. - Chodź tu.
Tamta posłusznie podeszła do ciężarnej, ale uścisnęła ją sztywno i krótko. Odsunęła się, z trudem hamując płacz.
- Wyjdę się przewietrzyć, dobrze?
- Kiedy tylko będziesz gotowa kochanie. - Hermiona stanęła w drzwiach i obejrzała się, akurat w momencie by być świadkiem jak szczęśliwy pan Potter podchodzi do swojej żony i z czułością kładzie dłoń na jej brzuchu, zapominając, że ona patrzy.
Wiedziała, że popełnia błąd, ale i tak nie mogła się powstrzymać. Co jakiś czas przystawała by pogawędzić chwilę z uczniami, wszyscy życzyli jej szybkiego powrotu i zapewniali, że tęsknili.
Ona jednak marzyła już tylko o jednym. Znaleźć się w lochach i tworzyć. Cokolwiek, nawet głupi eliksir na kaszel, byle tylko zająć czymś ręce. Zanim jednak dotarła do klasy eliksirów, znów znalazła się oko w oko z Chuckiem. Blondyn spojrzał na nią z troską, a gdy chciała go wyminąć, złapał ją za rękę. Jego dotyk działał na nią dziwnie kojąco, ale nie przydawała temu jakiegoś drugiego dna. Była spragniona ludzkich uczuć i uwagi. Tyle. Popatrzyła na niego z nadzieją, że odgadnie jej myśli i da jej spokój, ale widocznie zbyt długo jej nie było - pomyślała ze smutkiem, gdy próbował ją zatrzymać.
- Chuck puść mnie.
- Poczekaj! Nie rób tego...nie jesteś jeszcze gotowa na tę rozmowę.
- Jaką rozmowę?
- Nie planowałaś iść do Snape'a i błagać go, byście znów byli razem? - spojrzał na nią sceptycznie.
- Nie! - krzyknęła. - To znaczy nie, skądże. Szłam zrobić jakiś eliksir - dodała już spokojniej.
- Ja ci nie wierze, mogłaś bardziej się postarać. Zresztą nie ważne, chcesz się oszukiwać, dla mnie spoko. Nie rób jednak czegoś na co nie jesteś gotowa! Daj mu trochę czasu, pozwól oswoić się z myślą, że znów jesteś obecna w jego życiu. Nie było cię tyle czasu, że ciężko będzie znów wrócić do dawnych stosunków.
- Dzięki - odparła z przekąsem. - Zauważyłam, że życie toczyło się dalej, beze mnie, ale sądziłam, że akurat ty mi o tym nie przypomnisz.
- Robię to, bo się o ciebie martwię.
- Martw się o siebie, dzięki.
- Hej! Nie odtrącaj mnie dobrze? - znów złapał za jej dłoń. Gryfonka spojrzała na ich splecione dłonie i poczuła gorąco oblewające jej twarz.
- Słuchaj Chuck nie masz jakiejś dziewczyny, z którą powinieneś teraz być, jednej albo kilku? - Jego twarz diametralnie się zmieniła, spostrzegła zakłopotanie i jakby poczucie winy. Powiedziała to w żartach, ale nie sądziła, że trafiła w sedno.
- Poważnie? Kim ona jest? Znam ją? - Nie mogła nic poradzić, że brzmiała jak jakaś matka, której pisklę chce wydostać się spod opiekuńczych skrzydeł.
- To Carol. Jesteśmy parą od kilku miesięcy. - Po jej minie od razu spostrzegł, że lepiej było na razie skłamać.
- Zane? Ta....! Och Chuck powiedz, że jak mnie nie było, jakaś inna Carol zaczęła się uczyć w Hogwarcie? - Milczał patrząc na nią zszokowany jej wybuchem.
- Tylko nie ona! Przecież to pustak, sam mówiłeś, że jest dziwna...
- Pomogła mi, kiedy...
- Ha! Więc to nagroda pocieszenia? Tak nie można!
- Nie to nie tak! Zbliżyliśmy się, a w miarę jak zacząłem ją poznawać, zrozumiałem, jaka jest wspaniała. Zakochałem się, szybciej niż byłbym w stanie przyznać. - Spojrzał w jej brązowe oczy, pełne niedowierzania. Gdy tak na niego patrzyła, czuł się jak zdrajca i ogarnęła go złość.
- Przecież to ty mnie nie chciałaś! - krzyknął. - Nie oczekiwałaś chyba, że będę wiecznie czekał, aż przejrzysz na oczy i wybierzesz mnie, zamiast Snape'a! To niedorzeczne Hermiono!
Ona jednak nie miała zamiaru mu odpowiadać. Ruszyła schodami w dół ignorując wołającego ją przyjaciela. Była tak zrozpaczona, że łzy przesłoniły jej widok. Machinalnie otworzyła wrota klasy eliksirów, wparowała na zaplecze i zaczęła przygotowywać stanowisko pracy. Nie zauważała upływającego czasu i nawet gdy pojedyncze głosy rozbrzmiewały, gdy Severus prosił kogoś o odpowiedź, ona pracowała dalej. Po 40 minutach nie była jednak w stanie ignorować jego głębokiego, seksownego głosu, który wdzierał się w jej wkurzone myśli. Podniosła głowę z zamiarem zwrócenia mu uwagi, że przeszkadza jej w pracy, ale stanęła jak wryta twarzą w twarz z Severusem. Mierzył ją spokojnym na pozór spojrzeniem, ale widziała, że ledwo nad sobą panuje. Podszedł bliżej i specjalnie nadając głosowi głębie jaką uwielbiała, zaczął ją pouczać.
- Kiedy nauczyciel prowadzi zajęcia, nie należy mu przeszkadzać. Ty zaś zachowywałaś się, jakby ta pracownia należała tylko do ciebie. Wiem, że nie było cię długo, ale nawet Gryfon jak ty, nie powinien zapominać zasad, które obowiązują nas wszystkich. - Spojrzał na nią przelotnie. Oddychała głęboko, był pewien, że nie usłyszała ani słowa z jego małej mowy. Skupiała się tylko na jego bliskości i głębi głosu. Uwielbiał w niej to, jak zatracała się w takich niecodziennych doznaniach. Kiedyś wyznała mu, że jego głos działa na nią prawie tak dobrze, jak jego penis. Wziął to za żart, ale patrząc na jej zaczerwienione policzki i unoszącą się klatkę piersiową, zaczął zdawać sobie sprawę, że nie żartowała wtedy. Poczuł się równocześnie zły i podniecony. Przeniósł spojrzenie z jej piersi na usta i głośno przełknął ślinę. Dopiero po kilku sekundach dotarło do niego, że się odezwała.
- Przepraszam, Severusie. Powinnam wiedzieć, że będziesz miał teraz zajęcia. Pójdę już. - Próbowała go wyminąć, ale zatrzymał ją, sam nie wiedział czemu. Wreszcie spojrzała mu w twarz. Głodne, pożądliwe, stęsknione spojrzenie czarnych jak smoła oczu przesunęło się po jej twarzy, ustach i spoczęło na piersiach. Zmieszana spojrzała na jego dłoń i znów przełknęła ślinę. Przypomniała sobie scenę w parku i to jak ją zostawił.
- Coś jeszcze? Czy mogę już odejść?
- Nie posprzątasz tu? - za wszelką cenę próbował ją zatrzymać, choć na kilka minut. Nie mógł tego przyznać, ale tęsknota była silniejsza niż złość. I wcale nie miało to nic wspólnego z prądem, który przebiegał po jego skórze od momentu jak jej dotknął.
- Wrócę, gdy wszyscy będą na kolacji, wtedy nie będę ci przeszkadzać. - Mówiła cicho, jakby bała się jego reakcji. Nie podobało mu się to. Pragnął by była swobodna, śmiała i zdecydowana jak zawsze. Nie był fanem tej nowej wycofanej i niepewnej Hermiony. Nie mógłby powiedzieć, że straciła swój seksapil, ale to nie była jego Hermiona, jego kotka i kokietka. Ta dziewczyna już nie wróci. Ona przeżyła koszmar i cudem wróciła do domu, a ty martwisz się, że nie próbuje cię uwieść przy pierwszym spotkaniu. Snape! Ty durniu - skarcił się w myślach. Cofnął się i przepuścił ją, ale Granger przylgnęła do niego w jakimś rozpaczliwym geście i wtuliła się tak mocno, że nie miał innego wyjścia jak tylko przytulić ją równie mocno i oprzeć brodę na jej karku. Wciągnął jej zapach głęboko w płuca i rozkoszował się nim. Palce mocno wczepiła w skórę na łopatkach, tym samym przylegając do niego biodrami. Usiłował utrzymać równowagę, ale było to coraz trudniejsze. W końcu oparł ją o blat stołu i tulił głaszcząc jej chude plecy. Był pewien, że dziwny skrzekliwy dźwięk to jej płacz, ale nie mógł jeszcze skonfrontować się z jej łzami. Jeszcze nie. Była tu, cała i zdrowa, choć nie do końca. Tak rozpaczliwie go trzymała, jakby był jedyną niezmienną rzeczą w jej życiu. Gdy go olśniło, poczuł pot na plecach. Nie było jej tyle czasu, życie toczyło się dalej. Wszystkie te zmiany na pewno dały jej w kość i dlatego tak się zachowuje. Przecież dał jej jasno do zrozumienia, że między nimi skończone, a ona i tak tu przyszła i tak go sprowokowała. Chciała czegoś, co znała sprzed porwania. Sprzed jej ucieczki - poprawił się w myślach.
Puścił ją i odważnie spojrzał w jej oczy. Opuściła twarz i pociągnęła nosem. Stali tak blisko, twarz przy twarzy, biodro przy biodrze. Jej rozchylone w zaproszeniu usta, prawie nie widoczne piegi na lekko zadartym nosku, mądre orzechowe oczy, cała jej twarz tak boleśnie przypominała mu, jak bardzo za nią tęsknił, jak bardzo ją kochał i jak bardzo go zraniła. Potrząsnął głową i otarł jej policzek mokry od łez. Chusteczka, którą jej podał, miała zapobiec ponownemu zetknięciu się jego dłoni z jej policzkami, czuł bowiem, że może więcej nie wytrzymać. Gryfonka nieporadnie otarła oczy i wysiąkała nos, zakłopotana i niepewna.
- Dziękuję - wychrypiała.
- Myślę, że powinnaś już iść. Molly zapewne wysłała Harrego, by cię szukał.
- Myślisz?
- Zapewne. Ledwo cię odzyskaliśmy.. - podniosła na niego wzrok - to znaczy Weasley' owie cię odzyskali. Nie mogliby pozwolić sobie na kolejne...zaginięcie. - Dodał niepewnie, zbolałym głosem, zachrypłym od emocji i jej bliskości. Próbowała wyplątać się do końca z jego objęć, ale robiła to jakoś bez przekonania, więc nie przesunął się ani o milimetr. Byli kłębkiem nerwów i sami nie wiedzieli dlaczego dopuścili do tak dziwnej sytuacji, ale nie chcieli jeszcze przerywać kontaktu. Tyle tygodni osobno działało na nich lepiej niż jakikolwiek afrodyzjak i nim Snape się spostrzegł, już trzymał lewą dłoń na jej obojczyku i gładził go w tak dobrze znanej pieszczocie prowadzącej już tylko do pocałunku. Hermiona zadarła głowę do góry, by spojrzeć w jego roziskrzone oczy. Oddychał z trudem. Przymknęła oczy w oczekiwaniu. Przytulił rozgrzany policzek do jej policzka, a sekundę później poczuła gorący oddech na swoich ustach. Nadal jednak jej nie dotykał. Lekko przesunęła wargami po jego chropowatym policzku, a gdy mruknął zadowolony, przycisnęła usta do jego warg. Czas się zatrzymał. Oboje wstrzymali oddech, otworzyli oczy i spojrzeli na siebie. Ich złączone w nieporadnym pocałunku usta, były niczym magnes spajający ich w jedno. Równocześnie rozchylili usta i pogłębili pocałunek, zamykając oczy. Gdy ich języki połączyły się z ust Snape'a wbrew jemu samemu wydobył się gardłowy jęk, dzięki któremu pod Hermioną ugięły się kolana. Podtrzymał ją, wsuwając ręce pod jej pośladki i zupełnie jak kiedyś posadził ją na blacie. Zaraz jednak zabrał ręce i delikatnie odsunął od siebie kobietę. Nie chciał by poczuła rosnącego penisa. Był już twardy i gotowy, ale nie musiała o tym wiedzieć. Zaraz jednak jego ciało oszukało go i otarł się o jej biodra, wywołując swoją wielkością jęk rozkoszy. Granger przygryzła jego język i pogładziła swoim kojąco, nie przestając ocierać się biodrami o jego stojącego penisa. Chwyciła twarz ukochanego w dłonie i natarła na jego usta mocniej, wpychając język z całej siły. Równocześnie odjęła jedną rękę od jego twarzy i przeniosła ją na jego pas. Gorączkowo gładziła gruby kształt rysujący się pod szatą, spazmatycznie łapiąc powietrze pomiędzy pocałunkami. Severus doskonale znając jej potrzeby przeniósł usta na szyję, łapczywie ją kąsając i śliniąc. Gdy syknęła dość głośno na początku nie zrozumiał dlaczego, jednak gdy powtórzył gest i znów usłyszał jej zdławiony głos, a jej ręką uniosła się by go powstrzymać, otworzył oczy zaniepokojony. Spojrzał na nią, a następnie na miejsce, które tak zapamiętale pieścił. Wzdłuż jej karku, znikając za kołnierzem szaty, ciągnęła się pozszywana dość płytka rana, która teraz pod wpływem ruchu i jego ust musiała od nowa ją zaboleć. Niestety podziałała jak kubeł zimnej wody i Severus od razu odsunął się starając się nie patrzeć jej w oczy.
- Wybacz - wybełkotał.
- Severusie...- złapała go za przód szaty próbując przyciągnąć do siebie na nowo.
- Muszę... spieszę się na kolację.
- Jest 14 - dodała swoim zrzędliwym tonem.
- Więc na obiad.- Przyciągnęła go do siebie, ale nie na tyle blisko by znów go poczuć.
- Nie rób tego, proszę - wyszeptała.
- Czego? - odpowiedział równie cicho.
- Nie zostawiaj mnie.
- Ty zostawiłaś mnie, pamiętasz?
Gdy wreszcie pozbierała się i opanowała rozszalałe serce, ruszyła do góry, by dołączyć do kadry przy obiedzie. Minęła siedzącego na początku Severusa, spojrzała ze smutkiem, ale i złością na miejsce zwykle zajmowane przez Wiktora i usiadła o wiele dalej, koło Hagrida. Gajowy, wielce wzruszony chciał ją wypytywać, zbyła go jednak delikatnie i zjedli w milczeniu. Postanowiła wstąpić do swoich komnat i zabrać do Nory coś lekkiego do czytania, po drodze jednak natknęła się na Minerwę McGonagall. Nie potrafiła jej odmówić i już po kilku minutach rozmowy, siedziały nad filiżankami z herbatą w gabinecie Profesorki. Opiekunka Gryffindoru oczywiście była nadopiekuńcza, ale Hermiona ze śmiechem przyznała, że bardzo jej tego brakowało. Gdy jednak rozmowa zeszła na poważne tematy, próbowała się ewakuować.
- Będę już lecieć.
- Powiem ci jeszcze tylko jedno. Daj mi skończyć. - Usadziła pupilkę z powrotem na krześle, patrząc na nią ostro.- W życiu nie widziałam Severusa w takim stanie. A znam go całe życie. Nie pozwolę skrzywdzić go jeszcze raz. Zapamiętaj moje słowa.
- Nie bardzo rozumiem...
- Wiem, że mnie rozumiesz. Ten chłopak przeszedł w życiu już tyle...wycierpiał więcej niż ktokolwiek kogo znam, ale ty...ty złamałaś jego serce, możliwe że bezpowrotnie. Jeśli go nie kochasz, jeśli nie masz zamiaru być z nim na dobre i na złe, to daj mu spokój.
- Minerwo...dlaczego tak mówisz - nawet nie wiedziała, że płacze, ale spojrzenie mądrych kocich oczu powiedziało jej, że to akurat argument łagodzący w tym procesie.
- Możesz mówić, że Krum cię porwał, nie twierdze, że nie, ale wiem, że to ty uciekłaś od Severusa. To ty, Gryfonka, zostawiłaś go i wolałaś schować głowę w piasek niż stawić czoła problemom.
- Skąd wiesz?
- Nieistotne. Wiesz co on zrobił? Wynajął ekipę poszukiwaczy. Nie spał, nie jadł, dniem i nocą przetrząsał świat, by tylko cię znaleźć. Nie spoczął w swoich wysiłkach, dopóki Pan Newborn łaskawie nie unaocznił mu...że nie wrócisz. To że się mylił, jest nie ważne - dodała wesoło.- Chcesz wiedzieć, co potem działo się z naszym kochanym Sevem? Zaczął pić. Przestał pojawiać się na wykładach i posiłkach, aż w końcu w ogóle zniknął w tych swoich lochach. Gdy go odwiedziłam wgapiał się w tę fotografię ze ślubu Potterów, powiedział tylko jedno zdanie. Cytuję: Nie wierzę, że ona odeszła, nie moja Hermiona.Koniec cytatu. Rozumiesz już co chcę ci powiedzieć dziecko?
- Twarz Granger była mokra od łez. Nie odezwała się, jej głos ugrzązł w gardle, które paliło niczym ogień.
Na chwiejnych nogach wyszła z gabinetu i udała się do swoich komnat. Padła na łóżko i płakała nad własną beznadziejnością i głupotą. Zdzierała sobie gardło, niemal żałując, że znów nie jest w niewoli u Kruma. Severus kochał ją, najprawdziwszą miłością, a ona wyrzuciła to uczucie do kosza. Jak jakaś szmata. Nie zasługiwała na jego uczucie, na przebaczenie i na nowy start. Nie zasługiwała na nic. Chciała choć na chwilę zapomnieć, jak ją całował, jak pieścił. Transmutowała lusterko w butelkę bursztynowego trunku i przysiadła na fotelu. Gdy wreszcie była w stanie złapać oddech bez spazmatycznego szlochu, przełknęła łyk alkoholu i roześmiała się cicho. Przynajmniej to mieli wspólne - upijanie się w obliczu końca świata. Rozważała przeproszenie Severusa z całego serca, a potem zniknięcie z powierzchni ziemi, gdy ktoś zapukał do drzwi.
Na progu znalazła Mistrza Eliksirów, który wyglądał jeśli to w ogóle możliwe, jeszcze gorzej niż ona. Popatrzył na nią i dostrzegła w jego oczach cień pożądania, ale i jakby urazy. Skinęła mu głową, zbyt pijana, by się odezwać, bez ryzyka bełkotania bezsensu.
- Zapytałbym cię, czemu urżnęłaś się beze mnie, ale nie ma czasu, zbieraj się. Chwycił ją za ramię i wypchnął za drzwi.
- Co my robimy?
- Trzeba szybko dotrzeć do szpitala, Ginny zaczęła rodzić.
Zbiegali po dwa stopnie na raz, w milczeniu pokonując drogę do bram Hogwartu. Gdy wreszcie przekroczyli magiczną granicę, Severus chwycił jej ciepłą dłoń i przeniósł ich na chodnik przed bramą szpitala. Chwycił Hermionę za ramiona i spojrzał jej w oczy. Przełknął głośno ślinę, a jego twarz ozdobił grymas przypominający uśmiech, o którym myślała, że już nigdy go nie zobaczy. Znów ogarnęła ją chęć pocałowania go i całowania, do końca świata. Musiał zobaczyć to w jej oczach, bo odchrząknął.
- Cokolwiek jest, bądź nie jest między nami, jest teraz nie ważne. Teraz liczy się tylko Ginny, a ja jako ojciec chrzestny zobowiązałem się, dostarczyć cię w jednym kawałku. Postaraj się więc nie histeryzować. - Potarł jej ramiona w pocieszającym geście.
- A gdy już będzie po wszystkim, to sobie porozmawiamy. Teraz chodź. - dodał już swoim zwykłym zrzędliwym tonem.
wtorek, 7 marca 2017
Rozdział 24
Proszę podejść do tego rozdziału z dość dużym dystansem, gdyż był pisany w dużych emocjach i nie jestem pewna czy to jest jego ostateczna forma.
Niemniej jednak zapraszam;)
- No to mamy już plan. Tylko pamiętaj, żadnych sztuczek. Będę wiedział, jak zaczniesz kombinować. - Blaise Zabini uśmiechnął się wrednie,a siedząca obok niego dziewczyna skrzywiła się ze wstrętem.
- Sama nie wiem czy to bardziej szalone czy żałosne, że chcesz użyć mnie aby uciec lub umrzeć próbując.
- To genialne. - Przewróciła oczami i skierowała się w stronę łazienki. Jej ciała nie krępowały już więzy. Nie miałoby to już sensu. Kilka godzin i cała sprawa się rozwiąże.
- Jesteś zbyt pewny siebie! - Krzyknęła, a jej głos był lekko zagłuszony przez lejącą się wodę.
- Wiesz, że nie wolno ci mówić takich rzeczy ślizgonowi?!
- Nie wiem, ale cokolwiek uważasz i tak mnie nie skrzywdzisz!
- Nie przeginaj!
- Zabini! Oboje wiemy, że bardziej przydam ci się żywa! - Mężczyzna mógłby przysiąc, że słyszał w jej głosie nutkę rozbawienia. Miał jednak dość tych przekrzykiwań, więc ruszył w stronę łazienki. Bezszelestnie podkradł się i stanął w drzwiach opierając się o futrynę. Spojrzał na krzątającą się dziewczynę. Myła zęby, pochylona nad umywalką. Miała zamknięte oczy, ale przeczuwał, że doskonale zdawała sobie sprawę, że jest obserwowana.Jej długie, skołtunione włosy, które mimo niezbyt dobrych warunków nie straciły blasku. Znów ogarnęło go dziwne uczucie tęsknoty. Nigdy nie był zakochany, w zasadzie gardził wszelkimi miłostkami, ale patrząc na gryfonkę poczuł, że mógłby do tego przywyknąć. Tylko oni w przestrzeni domu, który byłby ich własnym, małym królestwem. Leniwe poranki w łóżku, dysputy przy kawie, zakupy na Pokątnej...
Potrząsnął ze złością głową i wycofał się nim miała szansę go zauważyć. Wyszedł nie mówiąc jej ani słowa.
Gryfonka usiadła do stołu, ale prócz gapienia się na kubek parującej kawy, nie była w stanie nic zrobić. Czuła głód, zresztą czuła go nieprzerwanie od miesięcy, ale wiedziała, że cokolwiek by zjadła zaraz zwróciłaby z nerwów. Martwiła się o całą tę sytuację. Martwiła się o Severusa, nawet martwiła się o Zabiniego. Ciągle jednak nie była pewna jak on się zachowa. Czy da się zabić? Czy, w ostatniej chwili ich przechytrzy i ucieknie? Sama nie wiedziała, czego chciałaby bardziej. Czuła, że był szczery, a jednak to śmierciożerca. Czy jeśli ucieknie, to już nigdy więcej nie zada bólu i cierpienia z którego zrodziła się jego udręka? Czy w ogóle mądrym było układać się z mordercą? Czy miała wybór?
Kilka godzin jakie pozostało do " wielkiego finału " nie przyniosło odpowiedzi, ale kiedy usłyszała zamykające się drzwi już nie bała się aż tak bardzo. Co ma być to będzie.
Severus oczywiście nikomu nie powiedział o zaszyfrowanej wiadomości, którą tamtego pamiętnego dnia przyniosła mu sowa. Nie powiedział też, że ma zamiar spełnić warunki postawione przez porywacza. W chwili szczerości ze samym sobą, orzekł że dałby mu wszystko byle tylko pozwolił Hermionie odejść wolno.
Nie przejmował się niczym. Jeśli tylko zobaczy ją całą i zdrową, postąpi tak jak się umówili. Powinien być przerażony wizją Zabiniego na wolności, omamionego poczuciem bezkarności, ale nie był. W zasadzie nie mógłby być szczęśliwszy. Odzyska Hermionę!
Blaise wszedł do mieszkania i po przestąpieniu progu kuchni od razu skrępował dziewczynę magicznymi łańcuchami. Jeśli była zaskoczona, nie dała tego po sobie poznać. Wstała posłusznie i skierowała się razem z nim w stronę pokoju, który od kilku tygodni nazywała "swoim" . Spojrzała na niego niepewnie. Wydawał się być czymś bardzo poruszony. Nie zadała pytań, bo wiedziała, że odpowiedzi mogą ją przerazić. W końcu jednak mężczyzna potarł gwałtownie spodnie i spojrzał jej w oczy, jak próbował ocenić, czy szczerość coś mu pomoże. Jej niepewny uśmiech musiał go przekonać, bo przemówił i nie wydawał się już być aż tak przejętym.
- Kiedy usłyszałem, że jest robota do wykonania, a przede wszystkim kiedy usłyszałem ile Krum płaci, wręcz zapaliłem się do tego. Wiesz czemu? Bo od dawna marzyłem o takiej okazji. Zniszczyć szlamę Pottera, a do tego jeszcze się wzbogacić? Nie znam śmierciożercy, który nie poszedłby na taki układ. Ale potem zacząłem się zastanawiać...Skoro Krum chce z tobą skończyć, to chyba musi mieć mega ważny powód i tak oto doszedłem do wniosku, że skoro on chce cię zabić, to ja nie. - Uniosła brwi, ale on już był w transie. Nie zauważył jej reakcji. Musiał wyrzucić to z siebie.
- Dlaczego? - Wtrąciła cicho, nie chcąc go spłoszyć.
- Można by stwierdzić, że jedna śmierć w tę lub tamtą. Voldemorta już nie ma, a ja nie chciałbym stać na czele ruchu jego zwolenników. I to jeszcze z łatką tego, który to wszystko zaczął od nowa. Bo niewątpliwie tak właśnie by było. Nie ufam temu Bułgarskiemu śmieciowi, na pewno zaraz wszyscy by się dowiedzieli, że to ja z tobą skończyłem. Wiesz co chcę powiedzieć? - Wyciągnęła rękę, jakby chciała go zatrzymać, nim powie za dużo.
- Poczekaj. Czy on...chce dokończyć jego dzieło? - nawet nie ukrywała przerażenia w głosie.
- Nie, tego nie powiedziałem, ale niewątpliwie tak to może wyglądać. Tym bardziej, że on nie jest przy zdrowych zmysłach. - Dziewczyna zaśmiała się gorzko.
- A kto z nas jest?
- Koleś był gotów zagłodzić cię na śmierć i spalić twoje dogasające życie, a ty go bronisz? Może jednak to nie Snape jest twoim kochasiem?
- Nie obrażaj mnie Zabini - spojrzała na niego z politowaniem. - Pomyśl o tym tak na poważnie. Kiedy wszystkie męty jakich nie udało się wyłapać usłyszą, że wielka wiem-to-wszystko nie żyje, a jej mordercą jest prawa ręka Czarnego Pana, to wiesz co się stanie? Bunt. Jeden wielki bunt. Jego poplecznicy poczują się bezkarni i znów zapanują mroczne czasy. Krum naprawdę zwariował. - Pokręciła głową, nie dowierzając temu co usłyszała i wywnioskowała. - Nie możesz mnie zabić.
- Nie mogę.
- Mówię poważnie, jeśli cokolwiek z tego co mówiłeś jest prawdą, jeśli naprawdę chcesz zniknąć i umrzeć w spokoju na jakiejś rajskiej wyspie, musisz zrobić wszystko bym bezpiecznie dotarła do Hogwartu.
- Wiem - zgodził się łagodnie.
- Założę się, że Krum już teraz podjudza koleżków, że coś wielkiego wydarzy się na dniach.
- Słyszałem już co nieco.
- Więc to naprawdę się dzieje?
- Pytasz czy Wiktor Krum zwariował bo go nie chciałaś?
- Nie, pytam czy moja śmierć może przyczynić się do powrotu mrocznych czasów.
-Tak, ale moje też było prawdziwe, tylko nie chcesz przyjąć tego do wiadomości - mrugnął do niej, a ona pokręciła głową rozbawiona. Odwróciła się do okna, nagle zawstydzona, że pozwala sobie na taki luz w towarzystwie śmierciożercy, który o mało jej nie zabił i który praktycznie przyznał, że gdyby to zrobił to wyzwoliłby powstanie Czarnej Magii i Czasów Terroru na nowo.
- Więc...zrobisz to?
- Czy oddam cię Snape' owi w zamian za życie w dostatku, gdzieś gdzie ludzie nawet nie wiedzą, że coś takiego jak Magia istnieje?
- Tak - odpowiedziała krótko.
- Zrobię to, albo zginę próbując. - Nieoczekiwanie oczy Hermiony zaszkliły się, a ona sama nerwowo przełknęła ślinę jeszcze bardziej się od niego odsuwając. Wróciła pamięcią do tego wieczora, kiedy prawie przespała się z Wiktorem po kłótni z Severusem. Jej ukochany użył dokładnie tych samych słów. Też obiecał jej coś na czym jej zależało, w banalnie zabawny sposób. Nawet się nie zorientowała, że płacze. Przez cały swój pobyt w więzieniu starała się nie płakać, nie okazać jak bardzo się boi, a teraz kiedy wreszcie pojawiło się światełko w tunelu, tama puściła. Hermiona płakała tak długo, aż dostała czkawki. W końcu podniosła zapuchnięte oczy na jego niewyraźną sylwetkę, a on jednym ruchem różdżki doprowadził ją do porządku.
- No już już. Przecież nie możesz pokazać się Sevciowi jak kocmołuch. Udało mi się ukraść szałowe jeansy, ale musisz je przymierzyć, bo mogą być za luźne na ten twój kościsty tyłek. - Znów do niej mrugnął i wbrew sobie roześmiała się.
Skompletował dokumenty potrzebne porywaczowi, ostatni raz sprawdził czy różdżka ukryta w rękawie dobrze leży. Spojrzał na swój mugolski strój i pokręcił głową ze zdumieniem. Wiedział, że będzie chciał dokonać wymiany wśród mugoli, ale nie sądził, że dostanie nawet listę zawierającą niezbędny strój po którym rzekomo będą mieli go poznać w tłumie. Tak jakby bez tego się nie wyróżniał. Chyba, że to był ktoś kto nie zna go osobiście i jest tylko pośrednikiem? Postanowił się nad tym nie rozwodzić. Najważniejsze, że wreszcie zobaczy Hermionę. Koniec z bezsennymi nocami, z bezmyślną wegetacją. Wreszcie odżyje i oboje będą mogli kontynuować sprawy tam gdzie je zostawili.
Mężczyzna skrył się w cieniu rozłożystych drzew i bacznie obserwował, starając się nie wychylać za bardzo. Gdy ujrzał brązowowłosą kobietę idącą niepewnym krokiem ramię w ramię z czarnoskórym śmierciożercą, jego ściśnięta na różdżce ręka aż zapiekła. Ostatkiem sił powstrzymał się od rzucenia w oboje avadą. Zamiast tego śledził ich. Jechał z nimi metrem, następnie spacerem pokonał wraz z nimi drogę nad staw, a gdy wreszcie jak nigdy nic usiedli na ławce w pobliskim parku, był bliski wybuchu. Rozmawiali półgłosem więc nie był w stanie usłyszeć niczego, ale po sposobie w jaki patrzyli na siebie kątem oka poznał, że ufają sobie i lubią swoje towarzystwo. Poczuł palącą zazdrość i tylko niezdrowa ciekawość powstrzymała go od zdemaskowania ich. - Jak ta głupia dziwka mogła tak ze mnie zakpić? - pomyślał. Minuty mijały i nic ważnego się nie działo. Nikt nie zwracał na niego uwagi, więc wykorzystał ten moment na maksymalne zbliżenie się do celu. Już miał się poddać i zdemaskować swoją obecność, gdy zobaczył coś niezwykłego.
Severus Snape w tweedowej marynarce, kapeluszu i dziwnych oficerskich butach maszerował w stronę zagadanej pary, choć właściwie nie zwracał na nich uwagi. Już miał ich minąć, gdy nagle jakby się ocknął i wymierzył różdżkę w stronę Blaise'a. Krum oglądał tę scenę z bezpiecznej odległości, jednak lata służby nauczyły go, że w obecności Snape'a niczego nie należy brak za pewnik. Ścisnął swoją broń jeszcze mocniej i z bijącym sercem oczekiwał rozwoju wypadków.
Mistrz Eliksirów czuł się jak idiota paradując w dziwnie pachnącym, wątpliwej jakości stroju. Przechadzał się jednak tak, jak zawarte było w instrukcji. Nie zauważył niczego niepokojącego, ale ani Hermiony, ani porywacza też nie widział. Mijał właśnie jakąś kłócącą się parę, gdy jego wzrok jakby się wyostrzył i dotarło do niego, że to Hermiona i Zabini. Sięgnął po różdżkę i przeklął samego siebie, jak mógł zapomnieć o zaklęciu odwracającym uwagę?! Proste i skuteczne. Pogratulował Zabiniemu finezji. Nie zdobył się jeszcze na spojrzenie na ukochaną.Nie dopóki nie będzie bezpieczna, a porywacz daleko stąd. Przez chwilę mierzyli się groźnymi spojrzeniami. Zaraz jednak Blaise uśmiechnął się i wyciągnął rękę. Severus sam nie wiedział dlaczego w ogóle to robi, ale nie chcąc go drażnić przyjął wyciągniętą dłoń i skinął przeciwnikowi. Gryfonka obserwowała wszystko z mocno bijącym sercem, ale bardziej z podniecenia niż przerażenia. Chłonęła widok ukochanego. Patrzyła na jego nierówne rysy, na przydługie włosy i skupione oczy. Cala tęsknota uciekała z jej ciała i umysłu niczym choroba, którą wreszcie zaczęły zwalczać antybiotyki. Poruszyła się niespokojnie, niepewna dlaczego mężczyzna na nią nie patrzy. Spojrzała na Zabiniego, chcąc mu zakomunikować, że może ją puścić i Severus go nie zabije. Że jego plan się powiódł i każdy dostanie to czego chciał. Chciała, by wiedział, że jest mu wdzięczna za nie zabicie jej, ale musi już odejść. Jednak jej towarzysz wydawał się być co najmniej wstrząśnięty, ale nie widokiem Severusa, tylko czymś co znajdowało się na lewo od niego. Nim w ogóle zarejestrowała co to było, rozległ się jego głośny krzyk . Usłyszała padnij i niewiele myśląc dokładnie to zrobiła.
Gdy otworzyła oczy, pisnęła z przerażenia. U jej stóp, leżał, albo raczej szamotał się związany magicznie Krum. Patrzył na nią z jeszcze większą nienawiścią, ale w kącikach jego oczu czaiło się przede wszystkim szaleństwo. To już nie był Wiktor fajtłapa delikatnie próbujący dorwać się do jej spódnicy. To był Wiktor morderca, który gotów był ją zagłodzić i spalić żywcem. Odsunęła się ze wstrętem nadal nie zdolna do powstania, rozejrzała się w poszukiwaniu Severusa. Dostrzegła go parę metrów dalej, również na ziemi. Właśnie otrzepywał śmieszną marynarkę z brudu. Ich oczy na sekundę się spotkały i dostrzegła w nich całą miłość i troskę, jakiej nie mogła znaleźć w nim podczas ich ostatnich wspólnych tygodni. Tych uczuć nie mogły wyrazić żadne słowa, ani gesty, więc wzruszona Hermiona znów postąpiła impulsywnie i biegiem rzuciła się w stronę ukochanego. Wpadła w jego ramiona i załkała. Tulił ją z całej siły, jakby próbował samemu sobie przetłumaczyć, że naprawdę ich koszmar się skończył i wreszcie będą mogli być razem. Na dobre i na złe. Spojrzeli sobie w oczy i zetknęli się czołami. Nie musieli nic mówić. Na potok słów będzie czas później. Kojąca chwila bliskości została przerwana przez lekko zdenerwowany głos Blaise' a przynaglający ich, do powrotu do interesów.
Wyjątkowo trzymając się za ręce podeszli niespiesznie do zzieleniałego śmierciożercy i zaskoczeni przypomnieli sobie o obecności Kruma. Hermiona spięła się. Skoro on tu był i widział ją żywą i jak na razie bezpieczną, to Krum ma wszelkie powody by chcieć ich zabić. Wszystkich. Spojrzała na Blaise' a i odkryła, że był więcej niż zrozpaczony. Jeśli to co zrobił wyjdzie na jaw...będzie zgubiony. Przeniosła spojrzenie na ukochanego i już chciała prosić go o wywiązanie się z umowy póki Szalony Wiktor jest na tyle oszołomiony, że jeszcze nie walczy i nie miota klątw, jednak Severus już sięgał do marynarki po dokumenty.
Wyciągnął zwitek papierów w stronę Zabiniego i skinął głową.
- Wiesz co z tym robić.
- Nigdy więcej się nie zobaczymy. Dbaj o moją małą lwicę.
- Jak ją nazwałeś? - Snape momentalnie się zjeżył.
- O co ci chodzi?
- Najpierw ją porwałeś, a teraz nazywasz ją swoją małą lwicą? Jeszcze mogę cię wpakować do więzienia, radzę ci zważaj na słowa. - Jego głos był zimny, ale i zdradzał zdenerwowanie.
- Nie skrzywdziłem jej nigdy. A przynajmniej nie od skończenia szkoły.
- Nie pieprz. Porwałeś ją, torturowałeś, wygląda gorzej niż źle...
- Hola! Ja nic nie zrobiłem.
- Kłamstwo w twojej sytuacji jest dość ryzykowne.
- Ekhem...Severusie. Zabini naprawdę niczego nie zrobił. To....to Wikor mnie porwał i chciał....zabić.
Siedzący do tej pory cicho Krum wreszcie warknął gardłowo i rzucił się w ich stronę, jednak więzy uniemożliwiły mu cokolwiek prócz żałosnych prób. Patrzył na całą trójkę z nienawiścią, ale Hermiona wiedziała, że już nie powstrzyma lawiny.
- Świetnie to uknułem co, Snape? Porwę twoją małą dziwkę i będę się z nią zabawiał od świtu do nocy. - Momentalnie dwie różdżki znalazły się na jego gardle, jednak nie na tyle mocno, by nie mógł dalej mówić.
-Miałem dobry plan, ale niestety nie przewidziałem jednego. Że szlama będzie wolała umrzeć, niż stworzyć ze mną związek. Nadal nie mogę tego pojąć. Dlaczego Hermiono? - Spojrzał w stronę zaskoczonej dziewczyny, nagle zawstydzonej, że na niej koncentruje się cała uwaga. W oczach Bułgara dostrzegła cień dawnego kolegi.
- Naprawdę nie rozumiesz?
- Miałabyś wszystko. Pieniądze, sławę, kosztowności, książki. Kupiłbym ci bibliotekę. Wszystko co tylko byś sobie wymarzyła. - Spojrzał na nią z nadzieją, jakby wierząc, że może jeszcze wpłynąć na jej decyzje.
- Wiktorze.. - kucnęła, by zrównać się z nim wzrokiem. Dwoje bodyguardów poruszyło się niespokojnie.
- Wiktorze, to co ty nazywasz miłością, uczuciem, jest niczym więcej jak chorą chęcią posiadania i kontroli. Nie możesz sterować niczyim życiem, wbrew tej osobie. Miłość polega na akceptowaniu wyborów życiowych ukochanej i wspieraniu, choćby nie wiem co. - Spojrzała w górę prosto w czarne oczy Severusa, ale zaraz wróciła do Wiktora. - Wymyśliłeś sobie, że nagniesz mnie do swoich wyobrażeń i wpoisz mi nawyki, ale czy przez te wszystkie tygodnie, próbowałeś ze mną porozmawiać? Skonfrontować to co myślałeś, że o mnie wiesz, z prawdą? A czy patrzyłeś na mnie tak naprawdę? Czy widząc blizny wojenne na mym ciele nie wzdrygałeś się z obrzydzenia? Wiesz, że chrapię? Jak się wkurzę, to rzucam klątwy nie patrząc na skutki. Nienawidzę sportu, a jedyna dyscyplina w jakiej w ogóle się orientuję, to golf. Gdybyś mnie kochał, akceptowałbyś to wszystko. Cały pakiet. Zalety i wady. Wszystkie te małe denerwujące rzeczy, które sprawiają, że jestem jaka jestem. Ty chciałeś mnie zmienić. To nie jest miłość. To jest miłość - wyciągnęła rękę w górę, a gdy Severus podniósł ją w górę spojrzała mu prosto w oczy. - Jedyna.- Ścisnęła jego rękę i na powrót spojrzała w twarz Bułgara, którego podźwignął do góry Blaise. Ciepło dłoni ukochanego dodało jej odwagi.
- Ponieważ jednak nie traktowałeś mnie źle, może poza oczywistym wykorzystaniem i więzieniem wbrew mej woli, nie będę głosowała za pocałunkiem dementora. Zostaniesz niezwłocznie przetransportowany do Azkabanu, dla swojego i naszego dobra.- Skinęła głową jakby na potwierdzenie swojej decyzji, a potem przeniosła spojrzenie na Zabiniego. Jego uśmiech mógłby rozjaśnić niejedną jaskinię, jednak w oczach dziewczyny zalśniły łzy.
- Pamiętaj nie robię tego dla ciebie.
- Wiem, ale i tak dziękuję.
Spojrzeli znacząco na papiery, które wystawały mu z kieszeni spodni.
- Mam nadzieję, że odnajdziesz spokój.
Słysząc jak spokojnie i wręcz pieszczotliwie Hermiona zwraca się do czarnoskórego, w Krumie znów zawrzało szaleństwo. Zaczął się rzucać, ale o dziwo wspólnymi siłami Snape i Zabini przytrzymali go.
- Myślisz, że on da ci to wszystko o czym marzysz? Będziesz żałować! Słyszysz?
- Jedyne czego żałuję... - Zatrzymała się, jakby zorientowała się, że powiedziała za dużo. Krum zmrużył powieki i uśmiechnął się obleśnie. Odwrócił się przodem, tak by Severus widział go dobrze i dokładnie usłyszał nim dziewczyna przeszkodzi mu w powiedzeniu prawdy.
- Wiesz co Snape? - odezwał się konfidencjonalnym prawie że przyjacielskim tonem.
- Czego śmieciu?
- Na twoim miejscu nie przyzwyczajałbym się aż tak bardzo - spojrzał na splecione dłonie zakochanych.
- O czym ty mówisz?
- Zamknij się! - krzyknęła Hermiona. Nikt jednak nie zwrócił na nią uwagi i porywacz kontynuował.
- Ona nie została porwana. Myślałeś, że maczałem w tym palce...czekałem cierpliwie na okazję i w końcu się udało. Spory zapas wielosokowego, spacery po dworcu i bach! Zapłakana śliczna gryfonka samotnie stojąca w tłumie podróżujących...
Osłupiały Severus wypuścił jej dłoń i pozwolił jej swobodnie opaść. Popatrzył na nią pustym, zranionym wzrokiem.
- Ty odeszłaś...zostawiłaś mnie.
- Severusie to nie tak! Daj mi to wytłumaczyć, proszę!
- Jak idiota czekałem, łudziłem się...
- Gdybyś tylko dał mi się wytłumaczyć, byłam zraniona...
- Twoja strata Granger - spojrzał prosto w jej oczy i aportował się, a gryfonka opadła na ziemię bez sił.
Niemniej jednak zapraszam;)
- No to mamy już plan. Tylko pamiętaj, żadnych sztuczek. Będę wiedział, jak zaczniesz kombinować. - Blaise Zabini uśmiechnął się wrednie,a siedząca obok niego dziewczyna skrzywiła się ze wstrętem.
- Sama nie wiem czy to bardziej szalone czy żałosne, że chcesz użyć mnie aby uciec lub umrzeć próbując.
- To genialne. - Przewróciła oczami i skierowała się w stronę łazienki. Jej ciała nie krępowały już więzy. Nie miałoby to już sensu. Kilka godzin i cała sprawa się rozwiąże.
- Jesteś zbyt pewny siebie! - Krzyknęła, a jej głos był lekko zagłuszony przez lejącą się wodę.
- Wiesz, że nie wolno ci mówić takich rzeczy ślizgonowi?!
- Nie wiem, ale cokolwiek uważasz i tak mnie nie skrzywdzisz!
- Nie przeginaj!
- Zabini! Oboje wiemy, że bardziej przydam ci się żywa! - Mężczyzna mógłby przysiąc, że słyszał w jej głosie nutkę rozbawienia. Miał jednak dość tych przekrzykiwań, więc ruszył w stronę łazienki. Bezszelestnie podkradł się i stanął w drzwiach opierając się o futrynę. Spojrzał na krzątającą się dziewczynę. Myła zęby, pochylona nad umywalką. Miała zamknięte oczy, ale przeczuwał, że doskonale zdawała sobie sprawę, że jest obserwowana.Jej długie, skołtunione włosy, które mimo niezbyt dobrych warunków nie straciły blasku. Znów ogarnęło go dziwne uczucie tęsknoty. Nigdy nie był zakochany, w zasadzie gardził wszelkimi miłostkami, ale patrząc na gryfonkę poczuł, że mógłby do tego przywyknąć. Tylko oni w przestrzeni domu, który byłby ich własnym, małym królestwem. Leniwe poranki w łóżku, dysputy przy kawie, zakupy na Pokątnej...
Potrząsnął ze złością głową i wycofał się nim miała szansę go zauważyć. Wyszedł nie mówiąc jej ani słowa.
Gryfonka usiadła do stołu, ale prócz gapienia się na kubek parującej kawy, nie była w stanie nic zrobić. Czuła głód, zresztą czuła go nieprzerwanie od miesięcy, ale wiedziała, że cokolwiek by zjadła zaraz zwróciłaby z nerwów. Martwiła się o całą tę sytuację. Martwiła się o Severusa, nawet martwiła się o Zabiniego. Ciągle jednak nie była pewna jak on się zachowa. Czy da się zabić? Czy, w ostatniej chwili ich przechytrzy i ucieknie? Sama nie wiedziała, czego chciałaby bardziej. Czuła, że był szczery, a jednak to śmierciożerca. Czy jeśli ucieknie, to już nigdy więcej nie zada bólu i cierpienia z którego zrodziła się jego udręka? Czy w ogóle mądrym było układać się z mordercą? Czy miała wybór?
Kilka godzin jakie pozostało do " wielkiego finału " nie przyniosło odpowiedzi, ale kiedy usłyszała zamykające się drzwi już nie bała się aż tak bardzo. Co ma być to będzie.
Severus oczywiście nikomu nie powiedział o zaszyfrowanej wiadomości, którą tamtego pamiętnego dnia przyniosła mu sowa. Nie powiedział też, że ma zamiar spełnić warunki postawione przez porywacza. W chwili szczerości ze samym sobą, orzekł że dałby mu wszystko byle tylko pozwolił Hermionie odejść wolno.
Nie przejmował się niczym. Jeśli tylko zobaczy ją całą i zdrową, postąpi tak jak się umówili. Powinien być przerażony wizją Zabiniego na wolności, omamionego poczuciem bezkarności, ale nie był. W zasadzie nie mógłby być szczęśliwszy. Odzyska Hermionę!
Blaise wszedł do mieszkania i po przestąpieniu progu kuchni od razu skrępował dziewczynę magicznymi łańcuchami. Jeśli była zaskoczona, nie dała tego po sobie poznać. Wstała posłusznie i skierowała się razem z nim w stronę pokoju, który od kilku tygodni nazywała "swoim" . Spojrzała na niego niepewnie. Wydawał się być czymś bardzo poruszony. Nie zadała pytań, bo wiedziała, że odpowiedzi mogą ją przerazić. W końcu jednak mężczyzna potarł gwałtownie spodnie i spojrzał jej w oczy, jak próbował ocenić, czy szczerość coś mu pomoże. Jej niepewny uśmiech musiał go przekonać, bo przemówił i nie wydawał się już być aż tak przejętym.
- Kiedy usłyszałem, że jest robota do wykonania, a przede wszystkim kiedy usłyszałem ile Krum płaci, wręcz zapaliłem się do tego. Wiesz czemu? Bo od dawna marzyłem o takiej okazji. Zniszczyć szlamę Pottera, a do tego jeszcze się wzbogacić? Nie znam śmierciożercy, który nie poszedłby na taki układ. Ale potem zacząłem się zastanawiać...Skoro Krum chce z tobą skończyć, to chyba musi mieć mega ważny powód i tak oto doszedłem do wniosku, że skoro on chce cię zabić, to ja nie. - Uniosła brwi, ale on już był w transie. Nie zauważył jej reakcji. Musiał wyrzucić to z siebie.
- Dlaczego? - Wtrąciła cicho, nie chcąc go spłoszyć.
- Można by stwierdzić, że jedna śmierć w tę lub tamtą. Voldemorta już nie ma, a ja nie chciałbym stać na czele ruchu jego zwolenników. I to jeszcze z łatką tego, który to wszystko zaczął od nowa. Bo niewątpliwie tak właśnie by było. Nie ufam temu Bułgarskiemu śmieciowi, na pewno zaraz wszyscy by się dowiedzieli, że to ja z tobą skończyłem. Wiesz co chcę powiedzieć? - Wyciągnęła rękę, jakby chciała go zatrzymać, nim powie za dużo.
- Poczekaj. Czy on...chce dokończyć jego dzieło? - nawet nie ukrywała przerażenia w głosie.
- Nie, tego nie powiedziałem, ale niewątpliwie tak to może wyglądać. Tym bardziej, że on nie jest przy zdrowych zmysłach. - Dziewczyna zaśmiała się gorzko.
- A kto z nas jest?
- Koleś był gotów zagłodzić cię na śmierć i spalić twoje dogasające życie, a ty go bronisz? Może jednak to nie Snape jest twoim kochasiem?
- Nie obrażaj mnie Zabini - spojrzała na niego z politowaniem. - Pomyśl o tym tak na poważnie. Kiedy wszystkie męty jakich nie udało się wyłapać usłyszą, że wielka wiem-to-wszystko nie żyje, a jej mordercą jest prawa ręka Czarnego Pana, to wiesz co się stanie? Bunt. Jeden wielki bunt. Jego poplecznicy poczują się bezkarni i znów zapanują mroczne czasy. Krum naprawdę zwariował. - Pokręciła głową, nie dowierzając temu co usłyszała i wywnioskowała. - Nie możesz mnie zabić.
- Nie mogę.
- Mówię poważnie, jeśli cokolwiek z tego co mówiłeś jest prawdą, jeśli naprawdę chcesz zniknąć i umrzeć w spokoju na jakiejś rajskiej wyspie, musisz zrobić wszystko bym bezpiecznie dotarła do Hogwartu.
- Wiem - zgodził się łagodnie.
- Założę się, że Krum już teraz podjudza koleżków, że coś wielkiego wydarzy się na dniach.
- Słyszałem już co nieco.
- Więc to naprawdę się dzieje?
- Pytasz czy Wiktor Krum zwariował bo go nie chciałaś?
- Nie, pytam czy moja śmierć może przyczynić się do powrotu mrocznych czasów.
-Tak, ale moje też było prawdziwe, tylko nie chcesz przyjąć tego do wiadomości - mrugnął do niej, a ona pokręciła głową rozbawiona. Odwróciła się do okna, nagle zawstydzona, że pozwala sobie na taki luz w towarzystwie śmierciożercy, który o mało jej nie zabił i który praktycznie przyznał, że gdyby to zrobił to wyzwoliłby powstanie Czarnej Magii i Czasów Terroru na nowo.
- Więc...zrobisz to?
- Czy oddam cię Snape' owi w zamian za życie w dostatku, gdzieś gdzie ludzie nawet nie wiedzą, że coś takiego jak Magia istnieje?
- Tak - odpowiedziała krótko.
- Zrobię to, albo zginę próbując. - Nieoczekiwanie oczy Hermiony zaszkliły się, a ona sama nerwowo przełknęła ślinę jeszcze bardziej się od niego odsuwając. Wróciła pamięcią do tego wieczora, kiedy prawie przespała się z Wiktorem po kłótni z Severusem. Jej ukochany użył dokładnie tych samych słów. Też obiecał jej coś na czym jej zależało, w banalnie zabawny sposób. Nawet się nie zorientowała, że płacze. Przez cały swój pobyt w więzieniu starała się nie płakać, nie okazać jak bardzo się boi, a teraz kiedy wreszcie pojawiło się światełko w tunelu, tama puściła. Hermiona płakała tak długo, aż dostała czkawki. W końcu podniosła zapuchnięte oczy na jego niewyraźną sylwetkę, a on jednym ruchem różdżki doprowadził ją do porządku.
- No już już. Przecież nie możesz pokazać się Sevciowi jak kocmołuch. Udało mi się ukraść szałowe jeansy, ale musisz je przymierzyć, bo mogą być za luźne na ten twój kościsty tyłek. - Znów do niej mrugnął i wbrew sobie roześmiała się.
Skompletował dokumenty potrzebne porywaczowi, ostatni raz sprawdził czy różdżka ukryta w rękawie dobrze leży. Spojrzał na swój mugolski strój i pokręcił głową ze zdumieniem. Wiedział, że będzie chciał dokonać wymiany wśród mugoli, ale nie sądził, że dostanie nawet listę zawierającą niezbędny strój po którym rzekomo będą mieli go poznać w tłumie. Tak jakby bez tego się nie wyróżniał. Chyba, że to był ktoś kto nie zna go osobiście i jest tylko pośrednikiem? Postanowił się nad tym nie rozwodzić. Najważniejsze, że wreszcie zobaczy Hermionę. Koniec z bezsennymi nocami, z bezmyślną wegetacją. Wreszcie odżyje i oboje będą mogli kontynuować sprawy tam gdzie je zostawili.
Mężczyzna skrył się w cieniu rozłożystych drzew i bacznie obserwował, starając się nie wychylać za bardzo. Gdy ujrzał brązowowłosą kobietę idącą niepewnym krokiem ramię w ramię z czarnoskórym śmierciożercą, jego ściśnięta na różdżce ręka aż zapiekła. Ostatkiem sił powstrzymał się od rzucenia w oboje avadą. Zamiast tego śledził ich. Jechał z nimi metrem, następnie spacerem pokonał wraz z nimi drogę nad staw, a gdy wreszcie jak nigdy nic usiedli na ławce w pobliskim parku, był bliski wybuchu. Rozmawiali półgłosem więc nie był w stanie usłyszeć niczego, ale po sposobie w jaki patrzyli na siebie kątem oka poznał, że ufają sobie i lubią swoje towarzystwo. Poczuł palącą zazdrość i tylko niezdrowa ciekawość powstrzymała go od zdemaskowania ich. - Jak ta głupia dziwka mogła tak ze mnie zakpić? - pomyślał. Minuty mijały i nic ważnego się nie działo. Nikt nie zwracał na niego uwagi, więc wykorzystał ten moment na maksymalne zbliżenie się do celu. Już miał się poddać i zdemaskować swoją obecność, gdy zobaczył coś niezwykłego.
Severus Snape w tweedowej marynarce, kapeluszu i dziwnych oficerskich butach maszerował w stronę zagadanej pary, choć właściwie nie zwracał na nich uwagi. Już miał ich minąć, gdy nagle jakby się ocknął i wymierzył różdżkę w stronę Blaise'a. Krum oglądał tę scenę z bezpiecznej odległości, jednak lata służby nauczyły go, że w obecności Snape'a niczego nie należy brak za pewnik. Ścisnął swoją broń jeszcze mocniej i z bijącym sercem oczekiwał rozwoju wypadków.
Mistrz Eliksirów czuł się jak idiota paradując w dziwnie pachnącym, wątpliwej jakości stroju. Przechadzał się jednak tak, jak zawarte było w instrukcji. Nie zauważył niczego niepokojącego, ale ani Hermiony, ani porywacza też nie widział. Mijał właśnie jakąś kłócącą się parę, gdy jego wzrok jakby się wyostrzył i dotarło do niego, że to Hermiona i Zabini. Sięgnął po różdżkę i przeklął samego siebie, jak mógł zapomnieć o zaklęciu odwracającym uwagę?! Proste i skuteczne. Pogratulował Zabiniemu finezji. Nie zdobył się jeszcze na spojrzenie na ukochaną.Nie dopóki nie będzie bezpieczna, a porywacz daleko stąd. Przez chwilę mierzyli się groźnymi spojrzeniami. Zaraz jednak Blaise uśmiechnął się i wyciągnął rękę. Severus sam nie wiedział dlaczego w ogóle to robi, ale nie chcąc go drażnić przyjął wyciągniętą dłoń i skinął przeciwnikowi. Gryfonka obserwowała wszystko z mocno bijącym sercem, ale bardziej z podniecenia niż przerażenia. Chłonęła widok ukochanego. Patrzyła na jego nierówne rysy, na przydługie włosy i skupione oczy. Cala tęsknota uciekała z jej ciała i umysłu niczym choroba, którą wreszcie zaczęły zwalczać antybiotyki. Poruszyła się niespokojnie, niepewna dlaczego mężczyzna na nią nie patrzy. Spojrzała na Zabiniego, chcąc mu zakomunikować, że może ją puścić i Severus go nie zabije. Że jego plan się powiódł i każdy dostanie to czego chciał. Chciała, by wiedział, że jest mu wdzięczna za nie zabicie jej, ale musi już odejść. Jednak jej towarzysz wydawał się być co najmniej wstrząśnięty, ale nie widokiem Severusa, tylko czymś co znajdowało się na lewo od niego. Nim w ogóle zarejestrowała co to było, rozległ się jego głośny krzyk . Usłyszała padnij i niewiele myśląc dokładnie to zrobiła.
Gdy otworzyła oczy, pisnęła z przerażenia. U jej stóp, leżał, albo raczej szamotał się związany magicznie Krum. Patrzył na nią z jeszcze większą nienawiścią, ale w kącikach jego oczu czaiło się przede wszystkim szaleństwo. To już nie był Wiktor fajtłapa delikatnie próbujący dorwać się do jej spódnicy. To był Wiktor morderca, który gotów był ją zagłodzić i spalić żywcem. Odsunęła się ze wstrętem nadal nie zdolna do powstania, rozejrzała się w poszukiwaniu Severusa. Dostrzegła go parę metrów dalej, również na ziemi. Właśnie otrzepywał śmieszną marynarkę z brudu. Ich oczy na sekundę się spotkały i dostrzegła w nich całą miłość i troskę, jakiej nie mogła znaleźć w nim podczas ich ostatnich wspólnych tygodni. Tych uczuć nie mogły wyrazić żadne słowa, ani gesty, więc wzruszona Hermiona znów postąpiła impulsywnie i biegiem rzuciła się w stronę ukochanego. Wpadła w jego ramiona i załkała. Tulił ją z całej siły, jakby próbował samemu sobie przetłumaczyć, że naprawdę ich koszmar się skończył i wreszcie będą mogli być razem. Na dobre i na złe. Spojrzeli sobie w oczy i zetknęli się czołami. Nie musieli nic mówić. Na potok słów będzie czas później. Kojąca chwila bliskości została przerwana przez lekko zdenerwowany głos Blaise' a przynaglający ich, do powrotu do interesów.
Wyjątkowo trzymając się za ręce podeszli niespiesznie do zzieleniałego śmierciożercy i zaskoczeni przypomnieli sobie o obecności Kruma. Hermiona spięła się. Skoro on tu był i widział ją żywą i jak na razie bezpieczną, to Krum ma wszelkie powody by chcieć ich zabić. Wszystkich. Spojrzała na Blaise' a i odkryła, że był więcej niż zrozpaczony. Jeśli to co zrobił wyjdzie na jaw...będzie zgubiony. Przeniosła spojrzenie na ukochanego i już chciała prosić go o wywiązanie się z umowy póki Szalony Wiktor jest na tyle oszołomiony, że jeszcze nie walczy i nie miota klątw, jednak Severus już sięgał do marynarki po dokumenty.
Wyciągnął zwitek papierów w stronę Zabiniego i skinął głową.
- Wiesz co z tym robić.
- Nigdy więcej się nie zobaczymy. Dbaj o moją małą lwicę.
- Jak ją nazwałeś? - Snape momentalnie się zjeżył.
- O co ci chodzi?
- Najpierw ją porwałeś, a teraz nazywasz ją swoją małą lwicą? Jeszcze mogę cię wpakować do więzienia, radzę ci zważaj na słowa. - Jego głos był zimny, ale i zdradzał zdenerwowanie.
- Nie skrzywdziłem jej nigdy. A przynajmniej nie od skończenia szkoły.
- Nie pieprz. Porwałeś ją, torturowałeś, wygląda gorzej niż źle...
- Hola! Ja nic nie zrobiłem.
- Kłamstwo w twojej sytuacji jest dość ryzykowne.
- Ekhem...Severusie. Zabini naprawdę niczego nie zrobił. To....to Wikor mnie porwał i chciał....zabić.
Siedzący do tej pory cicho Krum wreszcie warknął gardłowo i rzucił się w ich stronę, jednak więzy uniemożliwiły mu cokolwiek prócz żałosnych prób. Patrzył na całą trójkę z nienawiścią, ale Hermiona wiedziała, że już nie powstrzyma lawiny.
- Świetnie to uknułem co, Snape? Porwę twoją małą dziwkę i będę się z nią zabawiał od świtu do nocy. - Momentalnie dwie różdżki znalazły się na jego gardle, jednak nie na tyle mocno, by nie mógł dalej mówić.
-Miałem dobry plan, ale niestety nie przewidziałem jednego. Że szlama będzie wolała umrzeć, niż stworzyć ze mną związek. Nadal nie mogę tego pojąć. Dlaczego Hermiono? - Spojrzał w stronę zaskoczonej dziewczyny, nagle zawstydzonej, że na niej koncentruje się cała uwaga. W oczach Bułgara dostrzegła cień dawnego kolegi.
- Naprawdę nie rozumiesz?
- Miałabyś wszystko. Pieniądze, sławę, kosztowności, książki. Kupiłbym ci bibliotekę. Wszystko co tylko byś sobie wymarzyła. - Spojrzał na nią z nadzieją, jakby wierząc, że może jeszcze wpłynąć na jej decyzje.
- Wiktorze.. - kucnęła, by zrównać się z nim wzrokiem. Dwoje bodyguardów poruszyło się niespokojnie.
- Wiktorze, to co ty nazywasz miłością, uczuciem, jest niczym więcej jak chorą chęcią posiadania i kontroli. Nie możesz sterować niczyim życiem, wbrew tej osobie. Miłość polega na akceptowaniu wyborów życiowych ukochanej i wspieraniu, choćby nie wiem co. - Spojrzała w górę prosto w czarne oczy Severusa, ale zaraz wróciła do Wiktora. - Wymyśliłeś sobie, że nagniesz mnie do swoich wyobrażeń i wpoisz mi nawyki, ale czy przez te wszystkie tygodnie, próbowałeś ze mną porozmawiać? Skonfrontować to co myślałeś, że o mnie wiesz, z prawdą? A czy patrzyłeś na mnie tak naprawdę? Czy widząc blizny wojenne na mym ciele nie wzdrygałeś się z obrzydzenia? Wiesz, że chrapię? Jak się wkurzę, to rzucam klątwy nie patrząc na skutki. Nienawidzę sportu, a jedyna dyscyplina w jakiej w ogóle się orientuję, to golf. Gdybyś mnie kochał, akceptowałbyś to wszystko. Cały pakiet. Zalety i wady. Wszystkie te małe denerwujące rzeczy, które sprawiają, że jestem jaka jestem. Ty chciałeś mnie zmienić. To nie jest miłość. To jest miłość - wyciągnęła rękę w górę, a gdy Severus podniósł ją w górę spojrzała mu prosto w oczy. - Jedyna.- Ścisnęła jego rękę i na powrót spojrzała w twarz Bułgara, którego podźwignął do góry Blaise. Ciepło dłoni ukochanego dodało jej odwagi.
- Ponieważ jednak nie traktowałeś mnie źle, może poza oczywistym wykorzystaniem i więzieniem wbrew mej woli, nie będę głosowała za pocałunkiem dementora. Zostaniesz niezwłocznie przetransportowany do Azkabanu, dla swojego i naszego dobra.- Skinęła głową jakby na potwierdzenie swojej decyzji, a potem przeniosła spojrzenie na Zabiniego. Jego uśmiech mógłby rozjaśnić niejedną jaskinię, jednak w oczach dziewczyny zalśniły łzy.
- Pamiętaj nie robię tego dla ciebie.
- Wiem, ale i tak dziękuję.
Spojrzeli znacząco na papiery, które wystawały mu z kieszeni spodni.
- Mam nadzieję, że odnajdziesz spokój.
Słysząc jak spokojnie i wręcz pieszczotliwie Hermiona zwraca się do czarnoskórego, w Krumie znów zawrzało szaleństwo. Zaczął się rzucać, ale o dziwo wspólnymi siłami Snape i Zabini przytrzymali go.
- Myślisz, że on da ci to wszystko o czym marzysz? Będziesz żałować! Słyszysz?
- Jedyne czego żałuję... - Zatrzymała się, jakby zorientowała się, że powiedziała za dużo. Krum zmrużył powieki i uśmiechnął się obleśnie. Odwrócił się przodem, tak by Severus widział go dobrze i dokładnie usłyszał nim dziewczyna przeszkodzi mu w powiedzeniu prawdy.
- Wiesz co Snape? - odezwał się konfidencjonalnym prawie że przyjacielskim tonem.
- Czego śmieciu?
- Na twoim miejscu nie przyzwyczajałbym się aż tak bardzo - spojrzał na splecione dłonie zakochanych.
- O czym ty mówisz?
- Zamknij się! - krzyknęła Hermiona. Nikt jednak nie zwrócił na nią uwagi i porywacz kontynuował.
- Ona nie została porwana. Myślałeś, że maczałem w tym palce...czekałem cierpliwie na okazję i w końcu się udało. Spory zapas wielosokowego, spacery po dworcu i bach! Zapłakana śliczna gryfonka samotnie stojąca w tłumie podróżujących...
Osłupiały Severus wypuścił jej dłoń i pozwolił jej swobodnie opaść. Popatrzył na nią pustym, zranionym wzrokiem.
- Ty odeszłaś...zostawiłaś mnie.
- Severusie to nie tak! Daj mi to wytłumaczyć, proszę!
- Jak idiota czekałem, łudziłem się...
- Gdybyś tylko dał mi się wytłumaczyć, byłam zraniona...
- Twoja strata Granger - spojrzał prosto w jej oczy i aportował się, a gryfonka opadła na ziemię bez sił.
sobota, 18 lutego 2017
Rozdział 23
Witajcie! Nawet nie wiecie jak bardzo przepełnia mnie duma. 50 000 wyświetleń, z czego 20 w ciągu ostatnich kilku tygodni. Bardzo dziękuję, wiele to dla mnie znaczy.
Jesteście kochani!
Hermiona otworzyła oczy i zamrugała kilkakrotnie próbując przyzwyczaić się do oślepiającego światła lampy.Rozejrzała się, ale nie dostrzegła nikogo. Nic też nie słyszała, ale była tak osłabiona, że i tak nie zrobiłoby jej różnicy, gdyby za ścianą odbywał się koncert smyczkowy. Była wygłodniała, słaba, spocona i pozbawiona wszelkiej nadziei. Przypomniała sobie urywki z poprzedniego wieczora, a przynajmniej myślała, że to wszystko wydarzyło się wczoraj. Nie mogła spać dłużej niż kilka godzin. A może mogła?
Blaise Zabini miał plan. Genialny w jego odczuciu plan. Wystarczy trochę przycisnąć tego starego głupca, a zrobi wszystko by odzyskać swoją małą szlamowatą dziwkę. Nie brał pod uwagę niepowodzenia.
Szybka akcja, a potem życie wieczne na Majorce, albo na Bali, albo w Paryżu. Daleko stąd.
Kopnięciem wyważył drzwi i wskoczył do środka aby nadać wejściu trochę dramatyzmu. To, że nie mógł jej ruszyć nie znaczy, że nie mógł jej troszkę nastraszyć. Podniósł ją z ziemi i rzucił na łóżko. Pisnęła przerażona, ale nie opierała się. Jej skóra była lodowata. Położyła się tyłem do niego i załkała cicho. Odwrócił ją przodem, a gdy spostrzegła co trzyma w lewej ręce krzyknęła i odsunęła się, prawie spadając z łóżka. Złapał za nogę i przyciągnął bliżej unieruchamiając jej ręce. Jej nadgarstki były tak wąskie, że z łatwością objął je jedną ręką. Spojrzał na jej twarz, ze zdziwieniem zauważając, że jest piękna. Nawet z twarzą wykrzywioną cierpieniem, z workami pod oczami i śladami zaschniętych łez na zapadniętych policzkach. Poluźnił trochę chwyt, ale nie na tyle by miała sposobność mu przeszkodzić. Wyciągnął w jej stronę dłoń w której spoczywały nożyczki, a ona widząc ten ruch uchyliła się i skurczyła w sobie, byle tylko jej nie dosięgnął. Wiedząc, że tak nic nie wskóra odłożył nożyce na stolik z nocną lampką i patrząc jej w zlęknione oczy znów wyciągnął rękę. Zerkała na niego nieufna, ale już się nie wyrywała. Była spłoszona, ale i zdeterminowana, zupełnie jak młode jednorożce, które spotykał w zakazanym lesie w czasach służby. Piękne, pełne życia, ale i bojaźliwe. Zdobycie ich zaufania z reguły zabierało mnóstwo czasu, którego nie miał, ale tym razem miał nadzieję, że pójdzie odrobinę szybciej. Delikatnie dotknął loka opadającego na jej twarz i pozwolił mu przesmyknąć się między palcami i opaść. Widział wyraźnie, że spłonęła rumieńcem. Dobrze, wreszcie jakaś ludzka reakcja. Powtórzył ten manewr sam nie wiedział dlaczego. Jej twarz płonęła. Przytrzymał końcówkę pasma o sekundę dłużej niż poprzednio, a gdy dziewczyna westchnęła tak się wystraszył, że puścił jej dłonie i odsunął się na wyciągnięcie różdżki. Patrzyła na niego, jakby sama nie rozumiała co się dzieje. Jej wzrok wyrażał nieme oskarżenie. Już miał rzucić w jej stronę, aby nie próbowała na nim żadnych sztuczek, ale w pokoju rozbrzmiał dźwięk burczenia w brzuchu. Jej brzuchu. Spojrzał dokładnie w to miejsce. Jej ciało osłonięte tylko cienką tkaniną podkoszulka w jaki wyposażył ją Krum znów wydało ten denerwujący dźwięk i Blaise poczuł się źle. Ile to razy razem z Malfoy' em byli wysyłani na różne bezsensowne wyprawy i jedyne co mieli do dyspozycji to własne umiejętności. Głód, zimno, uczucie uwięzienia w sytuacji bez wyjścia zarówno fizycznie jak i psychicznie, doskonale je znał i może właśnie dlatego wymaszerował z pokoju Granger by po chwili wrócić z talerzem parującego rosołu i łyżką. Postawił rzeczy na stoliku, spojrzał na dziewczynę, która słabo maskowała chęć rzucenia się do talerza i wyszedł nie mogąc dłużej na nią patrzeć.
Nim zamknął za sobą drzwi usłyszał jak wysiorbuje gorący płyn i przełyka gorączkowo.
Poczuł ulgę na myśl, że dobrze się stało, że właśnie dzisiaj postanowił złamać dane Krumowi słowo, że będzie udawał, że Granger nie istnieje, ale równocześnie tylko sprawdzał, czy nie próbuje uciec. Jak ona miałaby uciec? Osłabiona, wygłodzona, ponad tydzień nieprzytomna? Niewykonalne. Rozkazy to rozkazy. Nikt nie musi wiedzieć, że ją nakarmił i (co uświadomił sobie słysząc jej mlaskanie) że ma zamiar podać jej jeszcze talerz i nawet nie mieć wyrzutów sumienia, że weźmie kasę choć nie wykonał zadania. By nie musieć się z nią stykać przelewitował parujący talerz do pokoju, ale nie odmówił sobie głośnego trzaśnięcia drzwiami. Musi dbać o reputację mordercy i wariata, nie ma lekko.Do kolejnego posiłku dodał jej eliksiru pieprzowego, aby postawił ją na nogi, a gdy po kilku dniach wreszcie wróciły jej rumieńce i przestała dygotać na całym ciele, doszedł do wniosku, że może przystąpić do realizacji planu.
Wezwał Kruma, a gdy ten był w drodze, przygotował dziewczynę na to, co miało nadejść. Jak zawsze wparował do jej pokoju i jak zawsze wzdrygnęła się, gdy go zobaczyła. W jej oczach czaiła się uraza, ale nie nienawiść. Podał jej talerz z kanapkami, ale nie wyszedł od razu tak jak to miał w zwyczaju. Spięła się, gdy nie dotarł do jej uszu dźwięk zamykanych drzwi. Ostrożnie uniosła oczy, ale nie patrzyła na niego, tylko w bok. Doskonale. Może to wcale nie będzie takie trudne.
- Słuchaj Granger...oboje chcemy żeby to się w końcu...rozwiązało... ale będę potrzebował twojej pomocy.
Mam w zanadrzu plan, ale niestety jego powodzenie zależy od tego czy będziesz współpracować.Czy okażesz dobrą wolę. - Dziewczyna zdziwiła się, słysząc jego głos nie ociekający jadem, spokojny, wręcz błagalny.Spojrzała na niego, pozwalając sobie na skinienie.
- Oczywiście nie jestem głupi i zdaję sobie sprawę, że jako członkini Zakonu Feniksa, Gwardii Dumbledore'a i tak dalej, wolałabyś zginąć niż mi pomóc, dlatego od razu wyłożę kawę na ławę. Chcę zniknąć. Uciec, ale nie być uciekinierem do końca życia. Chcę, aby twój kochaś załatwił mi czystą kartę i wolność do końca życia w zamian za twoje życie. Myślisz, że możesz mi to zagwarantować? - Tak jak podejrzewał milczała, więc kontynuował, aby mieć to za sobą nim Krum się zjawi. - Jeśli zdecydujesz się, musisz być stuprocentowo pewna. Nie będzie drugiej szansy, czy kolejnego rozdania. Wszystko albo nic. Bez żadnych sztuczek. Mógłbym cię zabić na milion różnych sposobów, milion razy do tej pory, ale nie zrobiłem tego, bo wierzę, że żywa możesz jeszcze zdziałać coś dobrego. Ale muszę mieć pewność. Dam ci czas na zastanowienie się czy podołasz, ale przede wszystkim na zastanowienie czy Snape kocha cię wystarczająco by przehandlować cię, za moją wolność? - Spojrzał jej prosto w oczy. Była przerażona. Nie wróżyło to dobrze ich misji, ale może po prostu była w szoku.
- Jeszcze jedno. Za jakiś czas zjawi się tu Krum. W jego mniemaniu jesteś martwa,a twoje szczątki właśnie zaczynają gnić. Jeśli życie ci miłe i nie ważne czy zdecydujesz się mi pomóc czy nie, pamiętaj, że nie bez powodu nałożono na mnie karę potrójnego dożywocia w Azkabanie. Masz siedzieć cicho, jakby cię tu w ogóle nie było. Nie żartuje, jeśli ten idiota zorientuje się, że wcale cię nie zagłodziłem na śmierć tak jak mi kazał, to będę bardzo zły. Na znak mojej dobrej woli przyniosłem ci to - rzucił w jej stronę wielką księgę, a gdy ją otworzyła, jej oczy rozjarzyły się blaskiem, który doskonale pamiętał z zajęć. Nie oczekując niczego więcej wyszedł, zostawiając dziewczynę z o wiele większą pustką w głowie, niż zanim przyszedł.
Wiktor podążał leśną ścieżką w postaci ślicznego chłopaczka. Jeszcze pół kilometra i będzie mógł wrócić do swojego wyglądu. Miał nadzieję, że wreszcie pozbędzie się Zabiniego i spali tę ruderę w której przetrzymywał Hermionę. Hermiona. Na myśl o ukochanej poczuł ucisk w piersi, ale zaraz otrząsnął się. Ta mała dziwka go nie chciała i wolała umrzeć niż być z nim! To jej wina! Zrobiła z niego mordercę, a on tylko chciał stworzyć z nią dom. I jeszcze ta gadka, że niby nie była zdolna do matczynej miłości. Szaleństwo! Byłaby wspaniałą matką dla ich dzieci, a zamiast tego wybrała śmierć.Idiotka. W takich chwilach szczerze jej nienawidził. Myśl o niej wywoływała na przemian falę bólu po stracie i falę niszczycielskich uczuć powodujących, że znów miał ochotę kogoś zabić, albo chociaż coś rozwalić, zrównać z ziemią. Kopnął kamień leżący na jego drodze, a gdy ten ledwo drgnął, zamachnął się drugi raz i o mało nie poleciał na twarz. Zniosło go i musiał zamachnąć się rękami, aby złapać pion. Wydawało mu się, że usłyszał śmiech dziewczyny, a gdzieś pomiędzy pobliskimi drzewami mignęła mu jej zwiewna postać otoczona mgiełką. Pobiegł w tamtym kierunku, ale zatrzymał się, gdy wystająca gałąź omal nie wybiła mu oka. Potoczył błędnym wzrokiem w około, ale jedyne co zwróciło jego uwagę to krzak, którego drobne gałązki układały się w szyderczy bezzębny uśmiech. Bułgar wrócił na ścieżkę do mieszkania i nie ufając sobie, nie obejrzał się dopóki nie znalazł się po drugiej stronie magicznie chronionych drzwi. Z Zabinim przywitał się niczym ze starym druhem mimo, że szczerze nim gardził. Najął go do tej roboty, bo wiedział, że był bezwzględny, ale i bezbłędny. Wymordował tylu mugoli i czarodziejów, że nie sposób zliczyć. Jeśli ktoś mógłby bez mrugnięcia okiem pozbawić życia ulubienicę Dumbledore' a i kochanicę Snape' a, to tylko Blaise.
Bez zbędnych ceregieli wręczył mężczyźnie sakwę pełną złotych monet i poprosił o opuszczenie rudery, by mógł puścić ją z dymem.
- Dlaczego akurat podpalenie?
- Nie chcę, aby na tym świecie został jakikolwiek ślad po niej...
- Jesteś świrem wiesz o tym?
- Słuchaj, nie interesują mnie twoje opinie, ważne że zadanie wykonane.
- Dlaczego kazałeś...dlaczego to nie mogła być Avada? Albo chociaż utopienie? Wiesz jak ona cierpiała? Drapała pazurami ściany, aż jej wszystkie poschodziły. Jej rzygi śmierdziały chyba z tydzień dopóki jeszcze żyła. Potem oczywiście też śmierdziało, ale z tym sobie poradziłem. - Posłał mu swój najbardziej obłąkańczy uśmiech.
- Właśnie dlatego uważam, że jesteś właściwym człowiekiem, na właściwym miejscu.
- Czyli wcale jej nie kochałeś? Nie obraź się, ale jakbym ja kogoś kochał, to pozwolił bym mu być wolnym i szczęśliwym, nawet jeśli oznaczałoby to, że musiałbym wycofać się w cień. - Już gdy kończył mówić, widział, że przegiął. Oczy Bułgara zwęziły się niebezpiecznie, a na twarz wystąpiła purpura.
- Ona była moja! Tylko moja! - Uderzył pięścią w stół i zamachnął się, jakby chciał mu przyłożyć ale w ostatniej chwili zrezygnował i ręka opadła luźno.
- Mam do ciebie tylko jedną małą sprawę. Wiem, że umawialiśmy się na kasę, ale potrzebuję jeszcze maksymalnie kilku dni. Znajomy z Europy , który ma być moim transportem spóźnia się, a nie mogę bez niego zniknąć. Możemy umówić się, że najdalej za tydzień wyniosę się stąd przy okazji zaoszczędzając ci kłopotu i zostawię po sobie tylko pożogę i zgliszcza?
- Przecież masz pieniądze, za tyle mógłbyś sobie wynająć pokój z dziwką i don perignion i nawet byś nie poczuł.
- Taaak ale jestem sentymentalistą. Spodobało mi się tu.
- Zgódź się. Tobie nie zrobi to różnicy.
- Niech ci będzie. Mam nadzieję, że nie próbujesz mnie wyrolować.
- Jak? Przecież już dałeś mi kasę, a ja nawet jej nie przeliczyłem. To prędzej ja powinienem być podejrzliwy, w końcu zagłodziłeś swoją księżniczkę na śmierć. - Zachichotał sztucznie, aby pokazać rozmówcy, że uważa to za świetny pomysł. Ten jednak patrzył na niego zimnym wzrokiem, jakby jeszcze nie do końca dochodziło do niego, że tak naprawdę to obaj są mordercami i jedyne co ich różni to to że pierwszy ma tego świadomość i się do tego przyznaje, a drugi nie i nie ma zamiaru.
Severus siedział samotnie na łóżku w sypialni. Poprawił już wszystkie eseje, kartkówki, testy, ale wciąż nie mógł zasnąć. Co prawda ciężko byłoby czuwanie z zamkniętymi oczami nazwać snem, ale jednak na razie nie potrafił zmusić organizmu do takiego prawdziwego odpoczynku. Spoglądał na jedną z fotografii, które niedawno podarował mu Harry Potter. Było to zdjęcie przedstawiające tańczącą parę. Na początku nawet nie poznał, że to oni. Mężczyzna jest obrócony bokiem i tylko jego wydatny zakrzywiony nos wydaje się być na miejscu. Twarz czarodzieja zdobi lekko kpiący uśmiech, a oczy o dziwo, są spokojne. Przedtem mu się to nie zdarzało. Wiecznie w gotowości, cały czas czujny. Nigdy nie sądził, że będzie mu dane doświadczyć tego uczucia całkowitego spokoju i to podczas tak błahej czynności jak taniec. Fotografia nie jest magiczna. Może to i lepiej. Gdyby widział tych dwoje wirujących w takt wesołej muzyki, a ich gesty i mimika ożywałyby wciąż i wciąż na nowo, za każdym razem pewnie łamałoby mu to serce na nowo. Westchnął i odłożył obrazek na półkę. Ubrał się i skierował na błonie. I tak nie zaśnie, może więc równie dobrze przejść się po błoniach. Jak zawsze w takich chwilach powrócił do minionych dni i przypomniał sobie, że miał zaszczyt tytułować się miłością jej życia. A teraz jej nie było. Mimo, że pogodził się z jej odejściem i w jakimś stopniu przyjął to za pewnik, coś nie dawało mu spokoju. Przypomniał sobie kolejne kłótnie, które zdarzyły im się tak często jak wybuchy dzikiej namiętności i spokojne dni wypełnione merytorycznymi dyskusjami. Wydawała się szczęśliwa. Jeśli coś jej nie pasowało, mówiła o tym otwarcie. Nie było między nimi muru nie do przeskoczenia. Co mogło się zmienić? Co sprawiło, że zrobiła tę jedną rzecz, o której myślał, że jest na nią za słaba? Że kocha go bardziej niż nienawidzi? Była dumna i przebiegła. Przekonał się o tym nie raz. Często pozwalał jej na małe manipulacje, ale w większości przypadków prawda i tak wychodziła na jaw i rekompensowała mu to z nawiązką.
- Dlaczego mnie zostawiłaś? - Szepnął w pogrążone w śnie niebo. Spojrzał w górę. Gwiazdy, a nawet samotny błyszczący księżyc wydawały się być i trwać niezachwianie czy tego chce czy nie, dlaczego więc on czuł, że jak czegoś nie zrobi to oszaleje?
Gryfonka siedziała na parapecie okna. Padał deszcz, ale nie robiło jej to różnicy. Czuła, że zaczyna obumierać. Jeden tylko głos słyszała w głowie. Głos szepczący słowa słodkie i dające ukojenie. Pamiętała jego czułe ręce błądzące po krzywiznach jej ciała, pamiętała usta i pamiętała oczy. Oczy, które zawsze były oznaką jej zguby. Przypomniała sobie pierwszą chwilę, w której dotarło do niej, że bez niego nie ma po co żyć. Zaraz po wyleczeniu z tej cholernej klątwy Kruma, kazali mu leżeć i nic nie robić przez kilka dni. Uparciuch oczywiście nie chciał słuchać i zakradł się do jej komnat, by tylko ją przytulić.I wtedy już wiedziała. Kazała mu wyjść, bo nie mogła znieść tego przytłaczającego uczucia, że oto ona gryfonka zakochała się w ślizgonie i to jeszcze najbardziej ślizgońskim ślizgonie. W najwredniejszym dupku, najgorszym kłamcy i najbrutalniejszym ze śmierciożerców. Zakochała się w nim i choć wiedziała, że od tej pory będzie łamał jej serce raz za razem, pozwoliła mu na to. Poczuła wilgoć na policzkach. Dałaby wszystko, by miał szansę złamać jej serce jeszcze choć raz.
Zabini wkroczył do pokoju, jak zawsze bez pukania. Już nie udawał, że chce ją skrzywdzić. Wiedziała po co przyszedł i wiedziała, że nie może mu tego dać. Nie za tę cenę. Milczała wpatrując się w okno.
Usiadł blisko niej, ale nie patrzył w jej stronę. W jego ręku znów błyszczały nożyczki. W końcu zeskoczyła z parapetu i usiadła w drugim końcu łóżka. Patrzyła na niego nieufnie.
- Wiesz jaka była ulubiona forma kary preferowana przez Czarnego Pana? - milczała, ale spojrzała na niego więc kontynuował - Kiedy któryś z nas nawalił, brał naszych bliskich i kazał innym śmierciożercom torturować ich na naszych oczach. W ramach przypomnienia, że miłość, jest największą słabością, a sympatią nie możemy darzyć nawet ludzi z jego szeregów. No bo niby jak możesz lubić kogoś, kto obdarł twoją matkę ze skóry, albo żywcem wyrwał bratu wszystkie paznokcie? Był geniuszem. Geniuszem zła, ale zawsze. To pozwalało mu mieć wielką kontrolę, a tego pragnął najbardziej. Niestety nie rozumiał jednej podstawowej różnicy między miłością i nienawiścią. Jeśli kogoś kochasz, dajesz mu wolność, choćby nie wiem co. On tak nie potrafił. Jeśli cokolwiek szło nie tak jak miało, on już wiedział co zrobić. A przecież to nie o to chodzi. Dlatego Potter był gotów umrzeć, dlatego Czarny Pan nie mógł go wykończyć. Potter też doskonale to zrozumiał, pewnie nawet wcześniej. Dlatego Voldemorta już nie ma, a Potter będzie tatusiem.
Musiała przerwać jego wywód, bo czuła, że znów zbiera jej się na płacz.
- Nie zrobię tego. Nie dam ci kępki włosów, nie wyślesz ich z sową i nie pozwolę ci uciec w zamian za moje życie.
- Poprawka. Snape nie pozwoli. Ty na pewno byś się zastanowiła, ale on? Cały czas był gościem Dyrektora i boisz się, że nawet ciebie nie kocha tak mocno, by pozwolić mi zwiać. Skoro więc nie chcesz zaryzykować i przekonać się na ile głębokie jest wasze uczucie, to nie widzę już żadnych alternatyw.
Przez ten cały czas patrzyła na niego jak na wariata. Najpierw z niepokojem, potem już z zaciekawieniem i uwagą. Był szaleńcem, ale w każdym szaleńcu tkwi jakaś cząstka zdrowych zmysłów. Miał rację, we wszystkim, tylko gdzie ich to zaprowadzi? I dlaczego?
- Po co mówisz mi to wszystko?
- Żebyś zrozumiała, że robię to wszystko bardziej dla siebie niż dla ciebie. Jestem mordercą, szaleńcem, degeneratem, cokolwiek. Ale mam matkę, mam wujostwo, kilku z nich nawet jeszcze jest na wolności. Nie chcę, by do końca życia chodzili po świecie jak cienie, zastanawiając się, kiedy przyjdzie ich kolej. Kiedy rozum skażony przez Toma podpowie mi po raz setny
" zabij". Rozumiesz?
- NIE?
- Czarny Pan wpoił mi nienawiść, zresztą nie tylko mi. Malfoy, Nott, wielu innych takich ja tuła się teraz po świecie, próbując zwalczyć to, co on w nas zasiał i wyhodował. Jesteśmy przesiąknięci nienawiścią i czarną magią tak bardzo, że w zasadzie dziwię się, że nad naszymi głowami nie pojawia się mroczny znak przy każdej aportacji. Możemy w każdej chwili kogoś zabić, udowodniliśmy to już nie raz, a ja nie chciałbym aby padło na kogokolwiek kogo kocham. Nie wiem, czy ma to dla ciebie jakiekolwiek znaczenie, ale chce zniknąć i nie zabić już nikogo. Już dość osób zabiłem, ale nie ufam mojemu umysłowi na tyle, by pozostać wśród magicznej społeczności. Nie po tym wszystkim co się stało. - Spojrzał na nią z ukosa, gapiła się z otwartymi ustami. - Jeśli uda mi się wyjechać, nikt nie będzie mnie ścigał, a moja kartoteka w Ministerstwie Magii będzie czysta, to masz moje słowo, że nikt więcej nie będzie cierpiał z mojej ręki.
- Twoje słowo. - Powtórzyła po nim jak echo.
- Tak.
- Zabini, wiesz ile znaczy dla mnie twoje słowo?
- ....
- Właśnie.
- Wiem i dlatego cała ta szopka z darowaniem ci życia, powiadomieniem Snape'a i tak dalej. Po co miałbym wystawiać się Severusowi, który ma co najmniej milion powodów by chcieć mojej śmierci?
- Bo wcale nie chcesz już żyć, ale jesteś zbyt wielkim tchórzem, by samemu ze sobą skończyć? Bo ból istnienia dopadł cię tak mocno, że wolałbyś rzucić się z klifu i spadać w nieskończoność by dać temu kres? Bo koszmary sprawiają, że jedyny urywany sen na jaki możesz sobie pozwolić, to ten po obaleniu litra wódki?
- Łał, ty i Sev naprawdę gadacie o wszystkim co?
- Kiedy kogoś kochasz, nie ma sfery życia, w którą go nie wprowadzasz i myślę, że to właśnie...
- Myślisz, że dlatego on się nie zgodzi?
- Nie, myślę, że się zgodzi, ale to wcale nie będzie oznaczało, że na powrót będziemy razem. Będzie wiedział, że przez niego jeden z najgroźniejszych przestępców naszego świata uniknie kary, a to go zabije. Nie od razu, ale dzień po dniu zacznie mnie nienawidzić, bo zmusiłam go do takiego wyboru i w końcu nie będzie mógł ani na mnie patrzeć, ani ze mną rozmawiać. Dlatego właśnie tego nie zrobię. Bo wiem, że byłby gotów się zgodzić, a na to nie mogę pozwolić.
Poranna uczta jak zawsze upływała uczniom w atmosferze sennej radości i przekomarzań. Dziś jednak dzieciaki dokazywały wyjątkowo głośno i Snape czuł, że głowa mu zaraz eksploduje. Wmawiał sobie, że wcale nie ma to nic wspólnego z jego wczorajszą wizytą w gospodzie i popijawą do wczesnych godzin porannych. Bogom niech będą dzięki za eliksir na kaca! Smętne żale do kieliszka przerywane były kilkakrotnie przez znajomych czarodziejów, ale żadnemu z nich nie przyznał się, dlaczego znów pije.
Nie mógł jeszcze tego zrobić. Małymi kroczkami postanowił zakończyć ten etap życia i zapomnieć o Hermionie. Minęły prawie 4 miesiące. Za niedługo koniec roku szkolnego. Lato w pełni. Przeżyli razem cudowny rok, pełen miłości, namiętności i wzajemnych złośliwości. Ona jednak go zostawiła. Jej strata. Pomstował na nią w myślach dopóki ktoś się nie ulitował i nie odeskortował go do zamku w jednym kawałku. Wstał nowy dzień, a wraz z nim Severus Snape zrzucił żałobę po utraconej miłości, tym razem naprawdę. Sam miał nadzieję, że to nie tylko czcze gadanie i w końcu będzie mógł normalnie się wyspać i normalnie spojrzeć drugiej osobie w oczy, nie doszukując się w nich litości i że nie będzie już więcej patrzył na wrota Wielkiej Sali z nadzieją oczekując, że zaraz przez nie wejdzie i rzuci mu się na szyję.
Kończył śniadanie, gdy rozległo się radosne pohukiwanie, a sala wypełniła się stadem latających posłańców.
O dziwo, przed nim również wylądowała paczuszka. Nie miał ochoty na niespodzianki, ale wiedział z doświadczenia, co się dzieje, gdy oleje się magiczną przesyłkę. Odwiązał sznureczki i odwinął papier. Jego oczom ukazał się kupka włosów, które rozpoznał w sekundzie. Cała krew odpłynęła mu z twarzy i poczuł, że zwymiotuje. Zgarnął przesyłkę do przepastnej kieszeni, by nikt przy stole się nie zorientował co to było i ukrył twarz w dłoniach. Oddychał szybko, powstrzymując atak paniki. Już czuł śniadanie w gardle, gdy nowe uczucie zalało go, zupełnie nie chciane. Ulga. Nie odeszła z własnej woli, nie porzuciła go. Coś się przydarzyło, a ona potrzebowała, by ją uratował. Z tym mógł sobie poradzić! W jednej chwili poczuł się trzeźwy i szczęśliwy jak nie czuł się od dawna. Skoro nie chciała się z nim rozstawać, to zrobi wszystko by sprowadzić ją z powrotem i by już nigdy nie zwątpiła w jego uczucie. Nigdy.
Ocknęła się, ale od razu poczuła, że coś jest nie tak. Spała twardo i bezsennie. Zupełnie jakby...
- Zabini ty śmieciu! - Mężczyzna wparował do pokoju z prędkością tornada.
- Co się drzesz wariatko! To, że mugole nie widzą tego miejsca, nie znaczy, że możesz się bezkarnie wydzierać! - Spojrzał na nią wrogo i wsparł się pod boki.
- Oszukałeś mnie, ty bydlaku! - Z jej oczu wyczytał, że naprawdę poczuła się oszukana i zdradzona i że nie dochodziło do niej, że mógł to zrobić.
- Musiałem.
- Dlaczego? Powiedz mi, dlaczego musiałeś! - zaniosła się płaczem.
- Jestem śmierciożercą zapomniałaś?
- Co to ma do rzeczy?
- Mataczymy, oszukujemy, kłamiemy, zabijamy, tak po prostu jest.
- Powiedziałam ci, że tego nie zrobię, nie dam ci włosów. Sam je sobie wziąłeś. Nie poproszę by zabił cię na moich oczach jeśli o to ci chodzi. Uciec też ci nie pozwolę...
- Nie pozwolę? - Uśmiechnął się krzywo.
- Nie wierze. Nie zrobiłby tego. To na pewno pułapka.
- Granger...on już jest w drodze. Będzie tu najdalej jutro wieczorem. Lepiej się prześpij.
Jesteście kochani!
Wszystkie myśli uciekają ci z
głowy i skupienie wydaje się być największym z możliwych
wysiłków. Stoisz pośrodku pomieszczenia walcząc z nudnościami.
Żołądek jest tylko plątaniną skurczy, a torsje jakie wstrząsają
twoim ciałem wydają się rozrywać je od środka.
Więcej nie wytrzymasz...
Blaise Zabini miał plan. Genialny w jego odczuciu plan. Wystarczy trochę przycisnąć tego starego głupca, a zrobi wszystko by odzyskać swoją małą szlamowatą dziwkę. Nie brał pod uwagę niepowodzenia.
Szybka akcja, a potem życie wieczne na Majorce, albo na Bali, albo w Paryżu. Daleko stąd.
Kopnięciem wyważył drzwi i wskoczył do środka aby nadać wejściu trochę dramatyzmu. To, że nie mógł jej ruszyć nie znaczy, że nie mógł jej troszkę nastraszyć. Podniósł ją z ziemi i rzucił na łóżko. Pisnęła przerażona, ale nie opierała się. Jej skóra była lodowata. Położyła się tyłem do niego i załkała cicho. Odwrócił ją przodem, a gdy spostrzegła co trzyma w lewej ręce krzyknęła i odsunęła się, prawie spadając z łóżka. Złapał za nogę i przyciągnął bliżej unieruchamiając jej ręce. Jej nadgarstki były tak wąskie, że z łatwością objął je jedną ręką. Spojrzał na jej twarz, ze zdziwieniem zauważając, że jest piękna. Nawet z twarzą wykrzywioną cierpieniem, z workami pod oczami i śladami zaschniętych łez na zapadniętych policzkach. Poluźnił trochę chwyt, ale nie na tyle by miała sposobność mu przeszkodzić. Wyciągnął w jej stronę dłoń w której spoczywały nożyczki, a ona widząc ten ruch uchyliła się i skurczyła w sobie, byle tylko jej nie dosięgnął. Wiedząc, że tak nic nie wskóra odłożył nożyce na stolik z nocną lampką i patrząc jej w zlęknione oczy znów wyciągnął rękę. Zerkała na niego nieufna, ale już się nie wyrywała. Była spłoszona, ale i zdeterminowana, zupełnie jak młode jednorożce, które spotykał w zakazanym lesie w czasach służby. Piękne, pełne życia, ale i bojaźliwe. Zdobycie ich zaufania z reguły zabierało mnóstwo czasu, którego nie miał, ale tym razem miał nadzieję, że pójdzie odrobinę szybciej. Delikatnie dotknął loka opadającego na jej twarz i pozwolił mu przesmyknąć się między palcami i opaść. Widział wyraźnie, że spłonęła rumieńcem. Dobrze, wreszcie jakaś ludzka reakcja. Powtórzył ten manewr sam nie wiedział dlaczego. Jej twarz płonęła. Przytrzymał końcówkę pasma o sekundę dłużej niż poprzednio, a gdy dziewczyna westchnęła tak się wystraszył, że puścił jej dłonie i odsunął się na wyciągnięcie różdżki. Patrzyła na niego, jakby sama nie rozumiała co się dzieje. Jej wzrok wyrażał nieme oskarżenie. Już miał rzucić w jej stronę, aby nie próbowała na nim żadnych sztuczek, ale w pokoju rozbrzmiał dźwięk burczenia w brzuchu. Jej brzuchu. Spojrzał dokładnie w to miejsce. Jej ciało osłonięte tylko cienką tkaniną podkoszulka w jaki wyposażył ją Krum znów wydało ten denerwujący dźwięk i Blaise poczuł się źle. Ile to razy razem z Malfoy' em byli wysyłani na różne bezsensowne wyprawy i jedyne co mieli do dyspozycji to własne umiejętności. Głód, zimno, uczucie uwięzienia w sytuacji bez wyjścia zarówno fizycznie jak i psychicznie, doskonale je znał i może właśnie dlatego wymaszerował z pokoju Granger by po chwili wrócić z talerzem parującego rosołu i łyżką. Postawił rzeczy na stoliku, spojrzał na dziewczynę, która słabo maskowała chęć rzucenia się do talerza i wyszedł nie mogąc dłużej na nią patrzeć.
Nim zamknął za sobą drzwi usłyszał jak wysiorbuje gorący płyn i przełyka gorączkowo.
Poczuł ulgę na myśl, że dobrze się stało, że właśnie dzisiaj postanowił złamać dane Krumowi słowo, że będzie udawał, że Granger nie istnieje, ale równocześnie tylko sprawdzał, czy nie próbuje uciec. Jak ona miałaby uciec? Osłabiona, wygłodzona, ponad tydzień nieprzytomna? Niewykonalne. Rozkazy to rozkazy. Nikt nie musi wiedzieć, że ją nakarmił i (co uświadomił sobie słysząc jej mlaskanie) że ma zamiar podać jej jeszcze talerz i nawet nie mieć wyrzutów sumienia, że weźmie kasę choć nie wykonał zadania. By nie musieć się z nią stykać przelewitował parujący talerz do pokoju, ale nie odmówił sobie głośnego trzaśnięcia drzwiami. Musi dbać o reputację mordercy i wariata, nie ma lekko.Do kolejnego posiłku dodał jej eliksiru pieprzowego, aby postawił ją na nogi, a gdy po kilku dniach wreszcie wróciły jej rumieńce i przestała dygotać na całym ciele, doszedł do wniosku, że może przystąpić do realizacji planu.
Wezwał Kruma, a gdy ten był w drodze, przygotował dziewczynę na to, co miało nadejść. Jak zawsze wparował do jej pokoju i jak zawsze wzdrygnęła się, gdy go zobaczyła. W jej oczach czaiła się uraza, ale nie nienawiść. Podał jej talerz z kanapkami, ale nie wyszedł od razu tak jak to miał w zwyczaju. Spięła się, gdy nie dotarł do jej uszu dźwięk zamykanych drzwi. Ostrożnie uniosła oczy, ale nie patrzyła na niego, tylko w bok. Doskonale. Może to wcale nie będzie takie trudne.
- Słuchaj Granger...oboje chcemy żeby to się w końcu...rozwiązało... ale będę potrzebował twojej pomocy.
Mam w zanadrzu plan, ale niestety jego powodzenie zależy od tego czy będziesz współpracować.Czy okażesz dobrą wolę. - Dziewczyna zdziwiła się, słysząc jego głos nie ociekający jadem, spokojny, wręcz błagalny.Spojrzała na niego, pozwalając sobie na skinienie.
- Oczywiście nie jestem głupi i zdaję sobie sprawę, że jako członkini Zakonu Feniksa, Gwardii Dumbledore'a i tak dalej, wolałabyś zginąć niż mi pomóc, dlatego od razu wyłożę kawę na ławę. Chcę zniknąć. Uciec, ale nie być uciekinierem do końca życia. Chcę, aby twój kochaś załatwił mi czystą kartę i wolność do końca życia w zamian za twoje życie. Myślisz, że możesz mi to zagwarantować? - Tak jak podejrzewał milczała, więc kontynuował, aby mieć to za sobą nim Krum się zjawi. - Jeśli zdecydujesz się, musisz być stuprocentowo pewna. Nie będzie drugiej szansy, czy kolejnego rozdania. Wszystko albo nic. Bez żadnych sztuczek. Mógłbym cię zabić na milion różnych sposobów, milion razy do tej pory, ale nie zrobiłem tego, bo wierzę, że żywa możesz jeszcze zdziałać coś dobrego. Ale muszę mieć pewność. Dam ci czas na zastanowienie się czy podołasz, ale przede wszystkim na zastanowienie czy Snape kocha cię wystarczająco by przehandlować cię, za moją wolność? - Spojrzał jej prosto w oczy. Była przerażona. Nie wróżyło to dobrze ich misji, ale może po prostu była w szoku.
- Jeszcze jedno. Za jakiś czas zjawi się tu Krum. W jego mniemaniu jesteś martwa,a twoje szczątki właśnie zaczynają gnić. Jeśli życie ci miłe i nie ważne czy zdecydujesz się mi pomóc czy nie, pamiętaj, że nie bez powodu nałożono na mnie karę potrójnego dożywocia w Azkabanie. Masz siedzieć cicho, jakby cię tu w ogóle nie było. Nie żartuje, jeśli ten idiota zorientuje się, że wcale cię nie zagłodziłem na śmierć tak jak mi kazał, to będę bardzo zły. Na znak mojej dobrej woli przyniosłem ci to - rzucił w jej stronę wielką księgę, a gdy ją otworzyła, jej oczy rozjarzyły się blaskiem, który doskonale pamiętał z zajęć. Nie oczekując niczego więcej wyszedł, zostawiając dziewczynę z o wiele większą pustką w głowie, niż zanim przyszedł.
Wiktor podążał leśną ścieżką w postaci ślicznego chłopaczka. Jeszcze pół kilometra i będzie mógł wrócić do swojego wyglądu. Miał nadzieję, że wreszcie pozbędzie się Zabiniego i spali tę ruderę w której przetrzymywał Hermionę. Hermiona. Na myśl o ukochanej poczuł ucisk w piersi, ale zaraz otrząsnął się. Ta mała dziwka go nie chciała i wolała umrzeć niż być z nim! To jej wina! Zrobiła z niego mordercę, a on tylko chciał stworzyć z nią dom. I jeszcze ta gadka, że niby nie była zdolna do matczynej miłości. Szaleństwo! Byłaby wspaniałą matką dla ich dzieci, a zamiast tego wybrała śmierć.Idiotka. W takich chwilach szczerze jej nienawidził. Myśl o niej wywoływała na przemian falę bólu po stracie i falę niszczycielskich uczuć powodujących, że znów miał ochotę kogoś zabić, albo chociaż coś rozwalić, zrównać z ziemią. Kopnął kamień leżący na jego drodze, a gdy ten ledwo drgnął, zamachnął się drugi raz i o mało nie poleciał na twarz. Zniosło go i musiał zamachnąć się rękami, aby złapać pion. Wydawało mu się, że usłyszał śmiech dziewczyny, a gdzieś pomiędzy pobliskimi drzewami mignęła mu jej zwiewna postać otoczona mgiełką. Pobiegł w tamtym kierunku, ale zatrzymał się, gdy wystająca gałąź omal nie wybiła mu oka. Potoczył błędnym wzrokiem w około, ale jedyne co zwróciło jego uwagę to krzak, którego drobne gałązki układały się w szyderczy bezzębny uśmiech. Bułgar wrócił na ścieżkę do mieszkania i nie ufając sobie, nie obejrzał się dopóki nie znalazł się po drugiej stronie magicznie chronionych drzwi. Z Zabinim przywitał się niczym ze starym druhem mimo, że szczerze nim gardził. Najął go do tej roboty, bo wiedział, że był bezwzględny, ale i bezbłędny. Wymordował tylu mugoli i czarodziejów, że nie sposób zliczyć. Jeśli ktoś mógłby bez mrugnięcia okiem pozbawić życia ulubienicę Dumbledore' a i kochanicę Snape' a, to tylko Blaise.
Bez zbędnych ceregieli wręczył mężczyźnie sakwę pełną złotych monet i poprosił o opuszczenie rudery, by mógł puścić ją z dymem.
- Dlaczego akurat podpalenie?
- Nie chcę, aby na tym świecie został jakikolwiek ślad po niej...
- Jesteś świrem wiesz o tym?
- Słuchaj, nie interesują mnie twoje opinie, ważne że zadanie wykonane.
- Dlaczego kazałeś...dlaczego to nie mogła być Avada? Albo chociaż utopienie? Wiesz jak ona cierpiała? Drapała pazurami ściany, aż jej wszystkie poschodziły. Jej rzygi śmierdziały chyba z tydzień dopóki jeszcze żyła. Potem oczywiście też śmierdziało, ale z tym sobie poradziłem. - Posłał mu swój najbardziej obłąkańczy uśmiech.
- Właśnie dlatego uważam, że jesteś właściwym człowiekiem, na właściwym miejscu.
- Czyli wcale jej nie kochałeś? Nie obraź się, ale jakbym ja kogoś kochał, to pozwolił bym mu być wolnym i szczęśliwym, nawet jeśli oznaczałoby to, że musiałbym wycofać się w cień. - Już gdy kończył mówić, widział, że przegiął. Oczy Bułgara zwęziły się niebezpiecznie, a na twarz wystąpiła purpura.
- Ona była moja! Tylko moja! - Uderzył pięścią w stół i zamachnął się, jakby chciał mu przyłożyć ale w ostatniej chwili zrezygnował i ręka opadła luźno.
- Mam do ciebie tylko jedną małą sprawę. Wiem, że umawialiśmy się na kasę, ale potrzebuję jeszcze maksymalnie kilku dni. Znajomy z Europy , który ma być moim transportem spóźnia się, a nie mogę bez niego zniknąć. Możemy umówić się, że najdalej za tydzień wyniosę się stąd przy okazji zaoszczędzając ci kłopotu i zostawię po sobie tylko pożogę i zgliszcza?
- Przecież masz pieniądze, za tyle mógłbyś sobie wynająć pokój z dziwką i don perignion i nawet byś nie poczuł.
- Taaak ale jestem sentymentalistą. Spodobało mi się tu.
- Zgódź się. Tobie nie zrobi to różnicy.
- Niech ci będzie. Mam nadzieję, że nie próbujesz mnie wyrolować.
- Jak? Przecież już dałeś mi kasę, a ja nawet jej nie przeliczyłem. To prędzej ja powinienem być podejrzliwy, w końcu zagłodziłeś swoją księżniczkę na śmierć. - Zachichotał sztucznie, aby pokazać rozmówcy, że uważa to za świetny pomysł. Ten jednak patrzył na niego zimnym wzrokiem, jakby jeszcze nie do końca dochodziło do niego, że tak naprawdę to obaj są mordercami i jedyne co ich różni to to że pierwszy ma tego świadomość i się do tego przyznaje, a drugi nie i nie ma zamiaru.
Severus siedział samotnie na łóżku w sypialni. Poprawił już wszystkie eseje, kartkówki, testy, ale wciąż nie mógł zasnąć. Co prawda ciężko byłoby czuwanie z zamkniętymi oczami nazwać snem, ale jednak na razie nie potrafił zmusić organizmu do takiego prawdziwego odpoczynku. Spoglądał na jedną z fotografii, które niedawno podarował mu Harry Potter. Było to zdjęcie przedstawiające tańczącą parę. Na początku nawet nie poznał, że to oni. Mężczyzna jest obrócony bokiem i tylko jego wydatny zakrzywiony nos wydaje się być na miejscu. Twarz czarodzieja zdobi lekko kpiący uśmiech, a oczy o dziwo, są spokojne. Przedtem mu się to nie zdarzało. Wiecznie w gotowości, cały czas czujny. Nigdy nie sądził, że będzie mu dane doświadczyć tego uczucia całkowitego spokoju i to podczas tak błahej czynności jak taniec. Fotografia nie jest magiczna. Może to i lepiej. Gdyby widział tych dwoje wirujących w takt wesołej muzyki, a ich gesty i mimika ożywałyby wciąż i wciąż na nowo, za każdym razem pewnie łamałoby mu to serce na nowo. Westchnął i odłożył obrazek na półkę. Ubrał się i skierował na błonie. I tak nie zaśnie, może więc równie dobrze przejść się po błoniach. Jak zawsze w takich chwilach powrócił do minionych dni i przypomniał sobie, że miał zaszczyt tytułować się miłością jej życia. A teraz jej nie było. Mimo, że pogodził się z jej odejściem i w jakimś stopniu przyjął to za pewnik, coś nie dawało mu spokoju. Przypomniał sobie kolejne kłótnie, które zdarzyły im się tak często jak wybuchy dzikiej namiętności i spokojne dni wypełnione merytorycznymi dyskusjami. Wydawała się szczęśliwa. Jeśli coś jej nie pasowało, mówiła o tym otwarcie. Nie było między nimi muru nie do przeskoczenia. Co mogło się zmienić? Co sprawiło, że zrobiła tę jedną rzecz, o której myślał, że jest na nią za słaba? Że kocha go bardziej niż nienawidzi? Była dumna i przebiegła. Przekonał się o tym nie raz. Często pozwalał jej na małe manipulacje, ale w większości przypadków prawda i tak wychodziła na jaw i rekompensowała mu to z nawiązką.
- Dlaczego mnie zostawiłaś? - Szepnął w pogrążone w śnie niebo. Spojrzał w górę. Gwiazdy, a nawet samotny błyszczący księżyc wydawały się być i trwać niezachwianie czy tego chce czy nie, dlaczego więc on czuł, że jak czegoś nie zrobi to oszaleje?
Gryfonka siedziała na parapecie okna. Padał deszcz, ale nie robiło jej to różnicy. Czuła, że zaczyna obumierać. Jeden tylko głos słyszała w głowie. Głos szepczący słowa słodkie i dające ukojenie. Pamiętała jego czułe ręce błądzące po krzywiznach jej ciała, pamiętała usta i pamiętała oczy. Oczy, które zawsze były oznaką jej zguby. Przypomniała sobie pierwszą chwilę, w której dotarło do niej, że bez niego nie ma po co żyć. Zaraz po wyleczeniu z tej cholernej klątwy Kruma, kazali mu leżeć i nic nie robić przez kilka dni. Uparciuch oczywiście nie chciał słuchać i zakradł się do jej komnat, by tylko ją przytulić.I wtedy już wiedziała. Kazała mu wyjść, bo nie mogła znieść tego przytłaczającego uczucia, że oto ona gryfonka zakochała się w ślizgonie i to jeszcze najbardziej ślizgońskim ślizgonie. W najwredniejszym dupku, najgorszym kłamcy i najbrutalniejszym ze śmierciożerców. Zakochała się w nim i choć wiedziała, że od tej pory będzie łamał jej serce raz za razem, pozwoliła mu na to. Poczuła wilgoć na policzkach. Dałaby wszystko, by miał szansę złamać jej serce jeszcze choć raz.
Zabini wkroczył do pokoju, jak zawsze bez pukania. Już nie udawał, że chce ją skrzywdzić. Wiedziała po co przyszedł i wiedziała, że nie może mu tego dać. Nie za tę cenę. Milczała wpatrując się w okno.
Usiadł blisko niej, ale nie patrzył w jej stronę. W jego ręku znów błyszczały nożyczki. W końcu zeskoczyła z parapetu i usiadła w drugim końcu łóżka. Patrzyła na niego nieufnie.
- Wiesz jaka była ulubiona forma kary preferowana przez Czarnego Pana? - milczała, ale spojrzała na niego więc kontynuował - Kiedy któryś z nas nawalił, brał naszych bliskich i kazał innym śmierciożercom torturować ich na naszych oczach. W ramach przypomnienia, że miłość, jest największą słabością, a sympatią nie możemy darzyć nawet ludzi z jego szeregów. No bo niby jak możesz lubić kogoś, kto obdarł twoją matkę ze skóry, albo żywcem wyrwał bratu wszystkie paznokcie? Był geniuszem. Geniuszem zła, ale zawsze. To pozwalało mu mieć wielką kontrolę, a tego pragnął najbardziej. Niestety nie rozumiał jednej podstawowej różnicy między miłością i nienawiścią. Jeśli kogoś kochasz, dajesz mu wolność, choćby nie wiem co. On tak nie potrafił. Jeśli cokolwiek szło nie tak jak miało, on już wiedział co zrobić. A przecież to nie o to chodzi. Dlatego Potter był gotów umrzeć, dlatego Czarny Pan nie mógł go wykończyć. Potter też doskonale to zrozumiał, pewnie nawet wcześniej. Dlatego Voldemorta już nie ma, a Potter będzie tatusiem.
Musiała przerwać jego wywód, bo czuła, że znów zbiera jej się na płacz.
- Nie zrobię tego. Nie dam ci kępki włosów, nie wyślesz ich z sową i nie pozwolę ci uciec w zamian za moje życie.
- Poprawka. Snape nie pozwoli. Ty na pewno byś się zastanowiła, ale on? Cały czas był gościem Dyrektora i boisz się, że nawet ciebie nie kocha tak mocno, by pozwolić mi zwiać. Skoro więc nie chcesz zaryzykować i przekonać się na ile głębokie jest wasze uczucie, to nie widzę już żadnych alternatyw.
Przez ten cały czas patrzyła na niego jak na wariata. Najpierw z niepokojem, potem już z zaciekawieniem i uwagą. Był szaleńcem, ale w każdym szaleńcu tkwi jakaś cząstka zdrowych zmysłów. Miał rację, we wszystkim, tylko gdzie ich to zaprowadzi? I dlaczego?
- Po co mówisz mi to wszystko?
- Żebyś zrozumiała, że robię to wszystko bardziej dla siebie niż dla ciebie. Jestem mordercą, szaleńcem, degeneratem, cokolwiek. Ale mam matkę, mam wujostwo, kilku z nich nawet jeszcze jest na wolności. Nie chcę, by do końca życia chodzili po świecie jak cienie, zastanawiając się, kiedy przyjdzie ich kolej. Kiedy rozum skażony przez Toma podpowie mi po raz setny
" zabij". Rozumiesz?
- NIE?
- Czarny Pan wpoił mi nienawiść, zresztą nie tylko mi. Malfoy, Nott, wielu innych takich ja tuła się teraz po świecie, próbując zwalczyć to, co on w nas zasiał i wyhodował. Jesteśmy przesiąknięci nienawiścią i czarną magią tak bardzo, że w zasadzie dziwię się, że nad naszymi głowami nie pojawia się mroczny znak przy każdej aportacji. Możemy w każdej chwili kogoś zabić, udowodniliśmy to już nie raz, a ja nie chciałbym aby padło na kogokolwiek kogo kocham. Nie wiem, czy ma to dla ciebie jakiekolwiek znaczenie, ale chce zniknąć i nie zabić już nikogo. Już dość osób zabiłem, ale nie ufam mojemu umysłowi na tyle, by pozostać wśród magicznej społeczności. Nie po tym wszystkim co się stało. - Spojrzał na nią z ukosa, gapiła się z otwartymi ustami. - Jeśli uda mi się wyjechać, nikt nie będzie mnie ścigał, a moja kartoteka w Ministerstwie Magii będzie czysta, to masz moje słowo, że nikt więcej nie będzie cierpiał z mojej ręki.
- Twoje słowo. - Powtórzyła po nim jak echo.
- Tak.
- Zabini, wiesz ile znaczy dla mnie twoje słowo?
- ....
- Właśnie.
- Wiem i dlatego cała ta szopka z darowaniem ci życia, powiadomieniem Snape'a i tak dalej. Po co miałbym wystawiać się Severusowi, który ma co najmniej milion powodów by chcieć mojej śmierci?
- Bo wcale nie chcesz już żyć, ale jesteś zbyt wielkim tchórzem, by samemu ze sobą skończyć? Bo ból istnienia dopadł cię tak mocno, że wolałbyś rzucić się z klifu i spadać w nieskończoność by dać temu kres? Bo koszmary sprawiają, że jedyny urywany sen na jaki możesz sobie pozwolić, to ten po obaleniu litra wódki?
- Łał, ty i Sev naprawdę gadacie o wszystkim co?
- Kiedy kogoś kochasz, nie ma sfery życia, w którą go nie wprowadzasz i myślę, że to właśnie...
- Myślisz, że dlatego on się nie zgodzi?
- Nie, myślę, że się zgodzi, ale to wcale nie będzie oznaczało, że na powrót będziemy razem. Będzie wiedział, że przez niego jeden z najgroźniejszych przestępców naszego świata uniknie kary, a to go zabije. Nie od razu, ale dzień po dniu zacznie mnie nienawidzić, bo zmusiłam go do takiego wyboru i w końcu nie będzie mógł ani na mnie patrzeć, ani ze mną rozmawiać. Dlatego właśnie tego nie zrobię. Bo wiem, że byłby gotów się zgodzić, a na to nie mogę pozwolić.
Poranna uczta jak zawsze upływała uczniom w atmosferze sennej radości i przekomarzań. Dziś jednak dzieciaki dokazywały wyjątkowo głośno i Snape czuł, że głowa mu zaraz eksploduje. Wmawiał sobie, że wcale nie ma to nic wspólnego z jego wczorajszą wizytą w gospodzie i popijawą do wczesnych godzin porannych. Bogom niech będą dzięki za eliksir na kaca! Smętne żale do kieliszka przerywane były kilkakrotnie przez znajomych czarodziejów, ale żadnemu z nich nie przyznał się, dlaczego znów pije.
Nie mógł jeszcze tego zrobić. Małymi kroczkami postanowił zakończyć ten etap życia i zapomnieć o Hermionie. Minęły prawie 4 miesiące. Za niedługo koniec roku szkolnego. Lato w pełni. Przeżyli razem cudowny rok, pełen miłości, namiętności i wzajemnych złośliwości. Ona jednak go zostawiła. Jej strata. Pomstował na nią w myślach dopóki ktoś się nie ulitował i nie odeskortował go do zamku w jednym kawałku. Wstał nowy dzień, a wraz z nim Severus Snape zrzucił żałobę po utraconej miłości, tym razem naprawdę. Sam miał nadzieję, że to nie tylko czcze gadanie i w końcu będzie mógł normalnie się wyspać i normalnie spojrzeć drugiej osobie w oczy, nie doszukując się w nich litości i że nie będzie już więcej patrzył na wrota Wielkiej Sali z nadzieją oczekując, że zaraz przez nie wejdzie i rzuci mu się na szyję.
Kończył śniadanie, gdy rozległo się radosne pohukiwanie, a sala wypełniła się stadem latających posłańców.
O dziwo, przed nim również wylądowała paczuszka. Nie miał ochoty na niespodzianki, ale wiedział z doświadczenia, co się dzieje, gdy oleje się magiczną przesyłkę. Odwiązał sznureczki i odwinął papier. Jego oczom ukazał się kupka włosów, które rozpoznał w sekundzie. Cała krew odpłynęła mu z twarzy i poczuł, że zwymiotuje. Zgarnął przesyłkę do przepastnej kieszeni, by nikt przy stole się nie zorientował co to było i ukrył twarz w dłoniach. Oddychał szybko, powstrzymując atak paniki. Już czuł śniadanie w gardle, gdy nowe uczucie zalało go, zupełnie nie chciane. Ulga. Nie odeszła z własnej woli, nie porzuciła go. Coś się przydarzyło, a ona potrzebowała, by ją uratował. Z tym mógł sobie poradzić! W jednej chwili poczuł się trzeźwy i szczęśliwy jak nie czuł się od dawna. Skoro nie chciała się z nim rozstawać, to zrobi wszystko by sprowadzić ją z powrotem i by już nigdy nie zwątpiła w jego uczucie. Nigdy.
Ocknęła się, ale od razu poczuła, że coś jest nie tak. Spała twardo i bezsennie. Zupełnie jakby...
- Zabini ty śmieciu! - Mężczyzna wparował do pokoju z prędkością tornada.
- Co się drzesz wariatko! To, że mugole nie widzą tego miejsca, nie znaczy, że możesz się bezkarnie wydzierać! - Spojrzał na nią wrogo i wsparł się pod boki.
- Oszukałeś mnie, ty bydlaku! - Z jej oczu wyczytał, że naprawdę poczuła się oszukana i zdradzona i że nie dochodziło do niej, że mógł to zrobić.
- Musiałem.
- Dlaczego? Powiedz mi, dlaczego musiałeś! - zaniosła się płaczem.
- Jestem śmierciożercą zapomniałaś?
- Co to ma do rzeczy?
- Mataczymy, oszukujemy, kłamiemy, zabijamy, tak po prostu jest.
- Powiedziałam ci, że tego nie zrobię, nie dam ci włosów. Sam je sobie wziąłeś. Nie poproszę by zabił cię na moich oczach jeśli o to ci chodzi. Uciec też ci nie pozwolę...
- Nie pozwolę? - Uśmiechnął się krzywo.
- Nie wierze. Nie zrobiłby tego. To na pewno pułapka.
- Granger...on już jest w drodze. Będzie tu najdalej jutro wieczorem. Lepiej się prześpij.
poniedziałek, 30 stycznia 2017
Rozdział 22
Hermiona otworzyła oczy. Od razu poczuła suchość w ustach i tępy ból w czaszce. Próbowała podnieść się, ale coś jej to uniemożliwiało. Więzy. Była związana. Panika urosła w niej i kobieta chciała krzyknąć, ale z jej ust nie wydobył się żaden dźwięk, prócz cichego jęku wywołanego bólem zdartego gardła. Krzyczała. Sądząc po stanie jej gardła, długo i rozpaczliwie. Przesunęła się na tyle na ile pozwalała jej niewygodna pozycja i próbowała rozejrzeć się po pomieszczeniu, ale niestety panujący tam półmrok skutecznie przeszkadzał jej w tym. Dostrzegła jedynie lampkę nocną jakieś 3 - 4 metry przed nią i łóżko. Skołtuniona pościel przywodziła na myśl miejsce uciech i zabaw. Zadrżała ponownie. Pot perlił się na jej twarzy, a potargane włosy opadały na czoło drażniąc wilgotną skórę. Jej tętno przyspieszyło. Ktokolwiek ją tu zamknął, musiał się w końcu zjawić, a wtedy wszystko się wyjaśni i wróci do domu. Do Severusa...
Wtedy jakby obuchem dostała...
Nie ma już do kogo wracać, przecież odeszła od Severusa. Zostawiła go, a swoją ucieczkę usprawiedliwiła tylko w kilku słowach na maleńkim skrawku papieru. Jak tchórz. Wszystko do niej wróciło. Ostatnia kłótnia, poczucie niemocy i porażki. Paląca potrzeba zniknięcia. Pakowane w pośpiechu walizki.
Fala łez, która wybuchła w pociągu. Miły chłopak, który chciał ją pocieszyć. Jego ciepłe oczy, rozbrajający, choć troszkę krzywy uśmiech. Hermiona poczuła jak jej serce zamiera. Jest mądrą, trzeźwo myślącą osobą, a dała się tak łatwo podejść. Poczuła palący wstyd. Wypłakała się, otarła łzy i kilkakrotnie podziękowała nieznajomemu za ukojenie nerwów i towarzystwo. Dalsze wydarzenia stanowiły białą plamę. Domyślała się jednak, że to właśnie ten sympatyczny chłopak musi stać za jej obecnym położeniem.
Dziewczyna pół - siedziała, pół - leżała na podłodze w jej tymczasowym więzieniu i bezgłośnie płakała nad własnym losem. Nad swoją głupotą i naiwnością. Nad obrażeniami, których niewątpliwie doświadczyła
i pulsującym bólem, który zaczął ogarniać jej ciało. Ale przede wszystkim myślała o Severusie. O tym co właśnie robi, czy myśli o niej?
Żałowała, że zachowała się tak impulsywnie i wbrew sobie. Gdyby tylko posłuchała rozumu, a nie serca!
Porozmawialiby, a ona nie byłaby teraz w niebezpieczeństwie...
Odrętwiała, senna i spragniona próbowała ostatkiem sił zachować trzeźwość umysłu, gdy drzwi co do których nawet nie wiedziała, że istnieją otworzyły się gwałtownie i stanął w nich napastnik. Początkowo mrugała w niedowierzaniu, gdyż sączące się z korytarza światło ją drażniło. Po kilku sekundach wreszcie zrozumiała, że jest zgubiona. Jej porywaczem był Wiktor Krum. Krzyknęła rozpaczliwie, a gdy na jego ustach pojawił się uśmieszek który pamiętała jak przez mgłę, zaczęła odsuwać się nerwowo i trząść. Doskoczył do niej i uniósł jej podbródek tak, że musiała spojrzeć mu w oczy. O dziwo, w tym geście nie było brutalności czy nachalności jakiej się spodziewała. Wręcz przeciwnie, gdyby nie okoliczności, uznałaby jego dotyk nawet za pieszczotliwy. Przymknęła oczy i starała się uspokoić oddech. Cokolwiek chodzi mu po głowie, ona będzie w stanie mu to wyperswadować. Uśmiechnęła się przymilnie i weszła w rolę, którą zdecydowała się przyjąć, by przetrwać. Gdy się odezwała, jej głos był jedną wielką słodyczą.
- Wiktorze? - Spojrzała mu prosto w oczy, mając nadzieję, że jest to spojrzenie uwodzicielskie.
- Cokolwiek chcesz powiedzieć, odpowiedź brzmi nie.
- Dlaczego nawet nie zapytasz?
- Hermiono. Musisz zrozumieć, że robię to dla twojego dobra. - Dziewczyna ugryzła się w język, byle tylko nie wykrzyczeć mu w twarz, gdzie może sobie wsadzić swoje dobre chęci.
- Chyba nie rozumiem? - Uśmiechnął się gładko, jakby podejrzewał, że tak odpowie. Ta dyskusja wyraźnie sprawiało mu radość, a dziewczyna coraz bardziej utwierdzała się w przekonaniu, że ma do czynienia
z szaleńcem.
- Wytłumaczę ci wszystko, ale jeszcze nie teraz. Na razie musisz odpoczywać. Teleportacja cię osłabiła.- Podniósł się i chwycił za klamkę. Hermiona rozpaczliwie rzuciła się do przodu, chcąc go zatrzymać jak najdłużej. Wyciągnąć coś z niego.
- Nie! Nie zostawiaj mnie. Potrzebuje cię. - Jego uśmiech, choć wciąż upiorny i obleśny, powiedział jej,
że trafiła w sedno. Mężczyzna cofnął się nieznacznie i spojrzał na nią badawczo.
- Na razie tylko tak mówisz, ale już niedługo i będziesz naprawdę tak uważać. Powiem ci tylko tyle...Jeżeli wciąż krzywdzącego cię Snape' a byłaś w stanie pokochać, mnie też pokochasz.
Kolejna bezsenna noc powoli robiła z niego chodzące zombie, ale nie dbał o to. Uruchomił wszelkie kontakty jakie miał, zarówno te w Ministerstwie jak i te poza nim. Każda sekunda była wypełniona rozpaczliwą tęsknotą, bezsilnością i poczuciem winy.
Niestety zdawał sobie sprawę iż jest na przegranej pozycji. W świecie czarodziejów, kiedy ktoś chce zniknąć, jest to tak proste, że w zasadzie każdemu może się udać. Teleportacja, zmiana wyglądu, czary maskujące, blokujące wykrywanie...
Próbował pocieszać się tym, że Albus zaangażował najlepszy zespół ds. czarodziejskich zaginięć, no i dał mu wolną rękę w poszukiwaniach, jednak tygodnie mijały, a oni nie natrafili nawet na najmniejszy ślad.
Wstał z nieposłanego łóżka i nawet nie patrząc w lustro wyszedł jak zawsze na obchód. Patrolował korytarze błądząc myślami i usiłując sobie przypomnieć jak najwięcej z tamtego wieczora. Niestety, kiedy człowiek się czymś martwi, pewne rzeczy wypierają inne z umysłu i nie pozwalają się skupić na detalach.
Gdy dotarł do łazienki prefektów, usłyszał coś jakby jęk, a zaraz po tym mamrotane w pośpiechu słowa. Nie miał nastroju na odejmowanie punktów, więc odwrócił się by odejść, ale jednak jego dusza służbisty zawróciła go i wparował do pomieszczenia niczym tornado. To co zobaczył prawie zwalił go z nóg.
Chuck w pośpiechu otarł zaczerwienione oczy i odwrócił się tyłem do Profesora. Żałośnie pociągnął nosem
i oddychał głęboko. Wyglądał jak kupka nieszczęść. Snape stracił rezon. Spodziewał się nakryć migdalącą się parę, a nie wpaść na swojego ucznia i do tego konkurenta - który najwyraźniej jest równie zrozpaczony jak on sam. Nie wiedząc jak się zachować poklepał go delikatnie po plecach i rzucił półgębkiem:
- Weź się w garść, znajdziemy ją.
- A jeśli nie?
- Co to ma znaczyć? - Chuck odwrócił się w jego stronę. Jego zapłakane oczy były smutne, ale również zdeterminowane.
- Dobrze Pan wie, co chcę powiedzieć. - Mężczyzna w sekundzie znalazł się przy blondynie z wyciągniętą różdżką i groźną miną.
- Sugerujesz coś Newborn?
- Myślę, że pora otworzyć oczy Profesorze Snape. Ona nie wróci. Nie dlatego, że ktoś ją porwał czy uwięził, ale dlatego, że za słabo ją Pan kochał.
- Jak śmiesz?! Odwołaj to!
- W głębi duszy, jeśli oczywiście jakąś Pan ma, doskonale zdaje Pan sobie sprawę, że mam rację.
- A ty niby kochałbyś ją bardziej? - Jego głos był szyderczy.
- Kocham ją na tyle mocno, by pozwolić jej być z Panem, mimo że ni cholery Pan na nią nie zasługuje. - Blondyn wyminął Mistrza Eliksirów i wyszedł z łazienki, zostawiając Severusa w ciszy błękitnych ścian,
z bolącym sercem i pustką w głowie.
Severus Snape pierwszy i ostatni raz postanowił zrobić coś wbrew swojej naturze.Z własnej woli poszedł na szczerą rozmowę z Minerwą. Przed nią jedną potrafił się otworzyć choć trochę, a niczego tak nie potrzebował jak jakiejś życzliwej osoby u swojego boku. To znaczy potrzebował Hermiony, ale na to nie miał szans. Gdy wtoczył się do gabinetu koleżanki spojrzała na niego zza okularów i uniosła lekko brew. Nie odezwała się jednak, co przyjął za dobrą kartę.
Usiadł na fotelu na przeciw Profesorki i spojrzał na nią mętnym wzrokiem.
- Chciałeś czegoś Severusie? Alkoholu nie mam, jeśli o to ci chodzi.
- Ty też uważasz, że ona ode mnie odeszła. Sama?
- Słucham?
- Nie każ mi się powtarzać, sądzę, że wiesz o co pytam.
Cisza, która nastąpiła po jego wypowiedzi wbijała się w jego serce niczym raniące boleśnie szpileczki. Zabrakło mu tchu. Uniósł oczy, a gdy napotkał spojrzenie mądrych kocich oczu, poczuł się zdradzony i oszukany.
- Dlaczego nic nie powiedziałaś?
- A chciałeś słuchać?
- Zorganizowałem akcje poszukiwawczą, rozwieszałem plakaty, rozpytywałem mugoli, biegałem wte i z powrotem a ty cały czas trwałaś u mojego boku...nie wierząc, że to cokolwiek da? - Jego głos jeszcze nigdy nie brzmiał tak rozpaczliwie. Był rozbity nie tylko stratą ukochanej, ale i zdradą przyjaciółki.
- Miałam nadzieję, że w którymś momencie ona wróci. Zrozumie, że jej miejsce jest przy tobie i wróci.
Wszystko zostało ci odebrane, nie mogłam, zabrać ci jeszcze nadziei.
- Świetnie! Stokrotne dzięki za nic Minerwo!
Nie zatrzymywała go, bo i tak nie miałaby nic na swoje usprawiedliwienie. Wiedziała, że dziewczyna nie została porwana, ale wiedziała też, że Severus kocha ją bardziej niż jest w stanie wyrazić i liczyła, że ona w końcu też to zrozumie i da mu kolejną szansę. Dni jednak mijały, a ona się nie pokazała. Wszyscy powoli zaczynali szeptać po kątach o zaprzestaniu poszukiwań i jedynymi osobami, które wciąż i wciąż myślały tylko o Hermionie byli Weasley'owie, Potterowie, Snape i na jego nieszczęście młody Newborn.
Początkowo pomysł z porwaniem wydawał się być idealnym usprawiedliwieniem zniknięcia nauczycielki. Zmobilizowali się i szukali jej w różnych zakątkach, ale w końcu dzień za dniem, każdy z ekipy poszukiwaczy dochodził do smutnej prawdy : Hermiona wyjechała i być może już nigdy jej nie zobaczą.
Choć był to bardzo abstrakcyjny scenariusz, został przyjęty za pewnik i w szóstym tygodniu zaprzestano poszukiwań. Ulotki zniknęły z dworców i centrum handlowych, straże nie patrolowały już Zakazanego Lasu oraz wioski Hogsmeade.
A co robił Severus? Pił. Pił całymi dniami, od kiedy odkrył, że wszyscy mieli go za nieudacznika, który nie był w stanie zatrzymać przy sobie miłości swojego życia i pił, do momentu, aż zrozumiał, że to prawda.
Kiedy wreszcie to nastąpiło, otrząsnął się z amoku i opuścił lochy. Pojawiając się na uczcie śniadaniowej wywołał takie poruszenie wśród uczniów, że część z nich od razu pobiegła do pielęgniarki po środki na ból brzucha.
Jak gdyby nigdy nic usiadł na swoim zwyczajowym miejscu za stołem, zaraz jednak został gestem przywołany przez Dyrektora Hogwartu. Niechętnie podszedł do siedzącego starca i spojrzał mu prosto w oczy.
- Czego?
- Severusie! Nikt nie cieszy się bardziej z twojego widoku niż ja, ale może trzeba było najpierw wziąć prysznic?
- Nie narzekaj.
- Absolutnie! Mam rozumieć, że mogę odwołać zastępstwa na ten tydzień?
- Tak, pora wreszcie pokazać tym smarkaczom, że niczego nie potrafią. - Uśmiechnął się wrednie, ale jak zauważył starzec, uśmiech ten nawet na sekundę nie dosięgnął jego oczu. Wręcz przeciwnie, wydawały się one martwe i bez wyrazu. Zupełnie jakby coś umarło i poszło w niepamięć. Dumbledore pomyślał z żalem, że Severus musiał zamknąć na zawsze swoje serce i będzie teraz gorszy i bardziej bezlitosny niż kiedykolwiek. Stracił coś cennego, ale to oni wszyscy odczują jego ból. Każdego dnia będzie się samobiczował, udając, że wszystko jest w porządku i że zapomniał już o Hermionie. Pokręcił tylko głową i odprawił młodszego mężczyznę.
Wiktor Krum nie należał do najbystrzejszych czarodziejów, ale jego plan zdawał się działać idealnie.
Więził Hermionę już kilka tygodni. Podczas wycieczek do magicznego świata co jakiś czas natykał się na ulotki, zdjęcia i grupy poszukiwawcze, ale w duchu śmiał się z nich. Nie mogli jej znaleźć, bo ukrył ją w całkowicie mugolskiej lokalizacji. Owszem tutaj też od czasu do czasu widywał sowy i słyszał ciche kliknięcia świstoklików, ale nic nie wiązało się z jego ukochaną. Ot, życie biegło dalej.
Karmił ją, dawał świeże ubrania, ale przede wszystkim kładł jej do głowy tyle głupot i kłamstw ile była w stanie znieść. Miała potężny umysł, ale on również podszkolił się w oklumencji. Umiał naginać prawdę i kamuflować swoje małe oszustwa napełniając jej głowę sfabrykowanymi wspomnieniami ich wspólnej przeszłości. Szło mu całkiem nieźle, jak sam określał, bo z tygodnia na tydzień stawała się coraz bardziej potulna. Już nie wzdrygała się przed jego dotykiem, nie odmawiała posiłków i dostęp do jej myśli był coraz łatwiejszy. Jej opór słabł i oboje to wiedzieli. Nie przeszkadzało jej to wyzywać go i krzyczeć w niebo głosy, ale tym się nie przejmował. Jeszcze trochę i będzie krzyczała z rozkoszy, nie z poczucia krzywdy. Aby dać jej poczucie jako - takiej swobody rozkuwał ją raz dziennie, aby mogła zażyć kąpieli i się odświeżyć, oczywiście nałożył na nią takie zaklęcia, że choćby chciała, nie mogłaby uciec. Jej los był już przesądzony.
Wstał wcześnie rano, wyszedł do piekarni po świeże pieczywo oraz wędlinę. Pogwizdywał cicho, by dać upust podnieceniu jakie ogarnęło go od rana. Dziś przekona się czy Hermiona jest gotowa przenieść ich związek na wyższy stopień.
Wszystko zaplanował. Romantyczna kolacja, świece, prezent. Kobiety lubią takie rzeczy, a nie wątpił, że Hermiona nie stanowi wyjątku. Niestety najgorzej manipulowało się nią wieczorem, gdyż była już w pełni obudzona i świadoma wszystkiego co się dzieje, więc musiał najpierw złamać ją trochę. Odpiął łańcuchy i prawie udało mu się uchylić przed kopniakiem jaki mu zaaplikowała. Udał, że wcale nie bolało i podźwignął ją do pozycji stojącej. Spojrzała na niego wyzywająco, ale zignorował to. Pociągnął ją w stronę kuchni i usadził na krześle. Jeśli była zaskoczona, nie dała tego po sobie poznać. Różdżką uruchomił gramofon stojący na komodzie i przelewitował talerze pełne parującego makaronu stawiając jeden przed nią, a drugi na serwetce przy jego krześle. Usiadł na przeciw dziewczyny i spojrzał na nią wyczekująco. Wyglądała pięknie z rozczochranymi włosami i tym wyzywającym spojrzeniem, ale miał niejasne przeczucie, że coś jest nie tak.
- Coś nie tak kochanie? - Silił się na pieszczotliwy ton, mając nadzieję, że skutecznie zamaskował irytację.
- Hm jeszcze pytasz? Pomyślmy.Więzisz mnie jak psa. Karmisz mnie z miski jak psa. Mam swój własny łańcuch - jak pies! - Wyliczała na palcach kolejne przewiny, patrząc mu prosto w oczy.
- Już nie długo to się zmieni. Obiecuje. Może nawet dzisiaj, jeśli...
- Wiktorze! Bądź przez chwilę poważny. Choćbyś nie wiem ile majstrował w mojej głowie i aplikował jakieś bzdurne wspomnienia, to nic się nie zmieni. Zawsze byłeś tylko kolegą, nikim więcej! - Patrzyła jak jego źrenice zmieniają się w słupki, gdy dochodzi do niego, co właśnie powiedziała. Uśmiechnęła się szeroko i spojrzała na niego z wyższością.
- Naprawdę sądziłeś, że tak łatwo złamałbyś moje bariery obronne? Jestem słaba w penetracji umysłu, owszem, ale bronić go uczyłam się od najlepszego. - Krum zacisnął pięści, podniósł się z krzesła gotowy do ataku, ale zaraz oprzytomniał, że dziewczyna nie ma różdżki i nie może zrobić mu krzywdy.
- Nie kpij ze mnie!
- Nie kpię! To tylko twoja zasługa. - Oparła policzki na rękach, kładąc łokcie na stole w znudzonym geście - Kto jak kto, ale mój tak zwany ukochany powinien wiedzieć, że nie znoszę spaghetti, a na pomidory jestem uczulona. Nie sądzisz? - Spojrzała na niego uwodzicielsko i zaśmiała się cicho.
- To niczego nie zmienia. Nadal uważam, że jesteśmy dla siebie stworzeni.
- Kto? Ja i ty? - Pokazała na niego, a następnie na siebie palcem udając zaskoczenie.
- Nie pogrywaj ze mną Hermiono - warknął.
- Wiktorze. Więzisz mnie tu...ile? Ponad miesiąc to na pewno. W ciągu tego czasu skakałeś nade mną jak nad pisklęciem. Gdybyś chciał mi zrobić krzywdę, już dawno byś to zrobił. Ale nie, ty myślisz, że możesz zamienić mój mózg w papkę, a potem zapewne zmienić mi wygląd i wywieść gdzieś daleko i żyć długo i szczęśliwie? Jaki to miałoby sens? To nie byłabym ja, rozumiesz?! Nie pokocham cię! Czy z magią, czy bez magii, moje serce już zawsze będzie należało do Severusa. Nie zmienisz tego, choćbyś nie wiem jak chciał.
-Wypuść mnie - dodała łagodnie.
- Wiesz, że nie mogę tego zrobić...
- Dlaczego?
- Zaraz wrócisz do tego kretyna z lochów, pewnie urodzisz mu bachora, a on i tak cię zostawi.
- Skąd pomysł, że w ogóle chciałabym mieć dziecko? - Spojrzała na niego dziwnie zaintrygowana.
- A jak mogłabyś nie chcieć?
- Normalnie?
- O czym ty mówisz? - Wydawał się być autentycznie spanikowany. Jakby nagle oznajmiła mu, że magia nie istnieje, a oni wszyscy są pacjentami w psychiatryku.
- Nie wiem jakie masz o mnie zdanie, czy raczej wyobrażenie, ale nigdy nie ciągnęło mnie do macierzyństwa. Nie planowałam dzieci kończąc szkołę, nie planuje ich również teraz, a jak już tak szczerze rozmawiamy, nie chcę być matką. Nigdy. - Starała się cały czas patrzeć mu w oczy, aby dotarło do niego, że mówi poważnie.
- Hermiono! Jak możesz tak mówić? Przecież dzieci są wspaniałe.
- Nie twierdzę, że nie. Dzieci są cudem, ale nie każdy jest zdolny do podjęcia się tak wielkiej odpowiedzialności. Dziecko to praca na pełen etat przez długi czas. Nie sądzę, bym mogła zrezygnować z siebie na rzecz jakiejś innej istoty nie oczekując niczego w zamian. Skłamałabym, mówiąc, że bez wahania podjęłabym się czegoś takiego.
- Myślę, że jak dobrze to przemyślisz, to dojdziemy do jakiegoś porozumienia w tej sprawie. - Spojrzał na nią z nadzieją i pochylił się, by chwycić jej dłonie w swoje, ale dziewczyna zgięła się w pół i zaczęła chichotać.
- Słuchaj Wiktorze. Nikt, naprawdę nikt nie jest w stanie przekonać mnie do zmiany zdania w jakiejkolwiek sprawie. Severusowi - tylko przypomnę - miłości mojego życia, raz udało się nakłonić mnie do pewnych ustępstw, ale sprawa była tak błaha, że odpuściłam dla świętego spokoju, a ty myślisz, że przekonasz mnie do zrobienia sobie dziecka? Wybacz wulgaryzm, ale nawet taki porąbaniec jak ty musi widzieć w tym absurd. Prawda? Powiedz, że widzisz, że to idiotyczne?
- Dlaczego tak się zachowujesz?
- Tak to znaczy jak? Nie zgodnie z twoim planem? Wiktor, jestem już zmęczona. Powiem to po raz ostatni. Nie mam zamiaru się z tobą wiązać, nie dam ci dziecka, nie pokocham cię, więc albo będziesz mnie tutaj więził, aż umrę ze starości, albo mnie wypuść, bo to już nie jest zabawne.
- Dlaczego nie możesz pojąć, że cię kocham? Chcę byś była szczęśliwa. Ze mną.
- I nie widzisz problemu w tym, że te dwa stwierdzenia się wykluczają? - patrzył na nią nic nie rozumiejąc. - Miłości nie wywołasz zaklęciem, nie pokocham cię nawet jakbyś wlał we mnie flakon Amortencji. Jestem zakochana w Snape'ie i czy jesteśmy razem, czy nie, moje uczucia są stałe.
Dlatego zaklinam cię, wypuść mnie, bo niczego nie wskórasz.
- Dobrze zatem. - Dziewczyna odetchnęła z ulgą, ciesząc się w duchu, że wreszcie będzie wolna. Zaraz jednak jej mina zrzedła, gdy mężczyzna podniósł się i na nowo zakuł ją w kajdanki.
- Nie rób tego Wiktorze! Proszę cię! Zachowaj się rozsądnie! To niczego nie zmieni. Nie ma dla nas przyszłości. - Szarpała się, próbując powstrzymać go od wepchnięcia jej do pokoju, w którym spędziła ostatnie tygodnie, ale był za silny. Wylądowała twardo na podłodze, a łzy bezsilności przesłoniły jej widok.
- Skoro nie ma dla nas przyszłości, to dla ciebie też nie.
Usłyszała tylko rzucone na odchodne słowa, a następnie pokój pogrążył się w ciemności. Została sama.
Płakała, biła pięściami w ścianę, ale jej porywacz więcej się nie pojawił.
Gdy się obudziła, musiało być wczesne popołudnie. Słońce leniwie sączyło się przez zasłonięte kotary, ale dziewczyna czuła, że jest jej strasznie zimno. Nie miała czucia w dłoniach ani stopach. Noc na zimnej posadzce bardzo ją osłabiła, a dodatkowo przecież nic nie jadła. Trudno, będzie musiała poradzić sobie z uszczuplonymi zapasami energii. Rozcierała sobie barki i łydki energicznymi ruchami, by choć trochę się rozgrzać, a gdy wreszcie była w stanie się podnieść, usłyszała jakieś ruchy od strony korytarza. Przyłożyła ucho najbliżej jak się dało, byle tylko nie dotykać ściany, ale nie rozróżniała słów. Słyszała tylko jeden głos, więc najprawdopodobniej Krum korzystał z komórki. Gdyby tak udało jej się ją ukraść, zadzwonić do któregokolwiek z mugolskich przyjaciół...
Czekała, aż pojawi się z kanapkami jak zawsze, jednak nie zjawił się. Prócz porannej rozmowy, przez cały dzień nie usłyszała już niczego innego. Dom był pusty. Wiktor nie zjawił się również następnego dnia. Powoli zaczynało jej być nie dobrze z głodu, woda znikała w zastraszającym tempie. Panika zalewała jej ciało falami, zwłaszcza pod wieczór, gdy robiło się zimno. Trzeciego dnia, gdy była już tak słaba, ze tylko leżała na ziemi, poczuła jak coś ciągnie ją do pionu i przytrzymuje by nie upadła. Z wysiłkiem otworzyła oczy, a jej wyobraźnia podsunęła jej widok Severusa. Uśmiechał się kpiąco, przez co był bardzo realistyczny. Rzuciła się w jego objęcia, jednak dotyk, który poczuła, był obcy, nie znajomy. Otworzyła szerzej oczy, a twarz, która na nią spojrzała, przyprawiła ją o gęsią skórkę. Wszystko zlewało się w jedną całość. Zamknęła oczy, nie mogąc uwierzyć, że to dzieje się na prawdę. Mężczyzna trzymał ją w żelaznym uścisku i uśmiechał się obleśnie. Spojrzała w jego przekrwione oczy, zmierzyła go wydawać by się mogło zimnym spojrzeniem, ale zarechotał na całe gardło, więc musiała wyglądać bardziej żałośnie niż myślała. Pociągnął ją w stronę kuchni, ale nie zatrzymał się. Był brutalny i nic nie robił sobie z jej krzyków. W końcu zatrzymał się, a gdy zachwiała się niebezpiecznie, wcale nie złapał jej by nie upadła. Pozwolił jej ciału opaść na podłogę i potłuc się boleśnie. Załkała żałośnie i ze spuszczoną głową patrzyła na wzorek na płytkach. Trzęsła się z zimna i ze strachu.
Być przetrzymywaną przez Wiktora Kruma - ciapowatego niby śmierciożercę z niezbyt rozwiniętym umysłem to jedno, ale być zdaną na łaskę Blaise'a Zabiniego generała w szeregach Voldemorta, o wyjątkowo nieciekawej reputacji, to już poważniejsza sprawa. Wierzyła, że Wiktor w końcu pójdzie po rozum do głowy, albo chociaż popełni błąd i wtedy ona to wykorzysta. Z Zabinim natomiast, mogło być naprawdę niebezpiecznie. Był żądną krwi bestią i nie miała szans go przechytrzyć. Była zgubiona.
Wtedy jakby obuchem dostała...
Nie ma już do kogo wracać, przecież odeszła od Severusa. Zostawiła go, a swoją ucieczkę usprawiedliwiła tylko w kilku słowach na maleńkim skrawku papieru. Jak tchórz. Wszystko do niej wróciło. Ostatnia kłótnia, poczucie niemocy i porażki. Paląca potrzeba zniknięcia. Pakowane w pośpiechu walizki.
Fala łez, która wybuchła w pociągu. Miły chłopak, który chciał ją pocieszyć. Jego ciepłe oczy, rozbrajający, choć troszkę krzywy uśmiech. Hermiona poczuła jak jej serce zamiera. Jest mądrą, trzeźwo myślącą osobą, a dała się tak łatwo podejść. Poczuła palący wstyd. Wypłakała się, otarła łzy i kilkakrotnie podziękowała nieznajomemu za ukojenie nerwów i towarzystwo. Dalsze wydarzenia stanowiły białą plamę. Domyślała się jednak, że to właśnie ten sympatyczny chłopak musi stać za jej obecnym położeniem.
Dziewczyna pół - siedziała, pół - leżała na podłodze w jej tymczasowym więzieniu i bezgłośnie płakała nad własnym losem. Nad swoją głupotą i naiwnością. Nad obrażeniami, których niewątpliwie doświadczyła
i pulsującym bólem, który zaczął ogarniać jej ciało. Ale przede wszystkim myślała o Severusie. O tym co właśnie robi, czy myśli o niej?
Żałowała, że zachowała się tak impulsywnie i wbrew sobie. Gdyby tylko posłuchała rozumu, a nie serca!
Porozmawialiby, a ona nie byłaby teraz w niebezpieczeństwie...
Odrętwiała, senna i spragniona próbowała ostatkiem sił zachować trzeźwość umysłu, gdy drzwi co do których nawet nie wiedziała, że istnieją otworzyły się gwałtownie i stanął w nich napastnik. Początkowo mrugała w niedowierzaniu, gdyż sączące się z korytarza światło ją drażniło. Po kilku sekundach wreszcie zrozumiała, że jest zgubiona. Jej porywaczem był Wiktor Krum. Krzyknęła rozpaczliwie, a gdy na jego ustach pojawił się uśmieszek który pamiętała jak przez mgłę, zaczęła odsuwać się nerwowo i trząść. Doskoczył do niej i uniósł jej podbródek tak, że musiała spojrzeć mu w oczy. O dziwo, w tym geście nie było brutalności czy nachalności jakiej się spodziewała. Wręcz przeciwnie, gdyby nie okoliczności, uznałaby jego dotyk nawet za pieszczotliwy. Przymknęła oczy i starała się uspokoić oddech. Cokolwiek chodzi mu po głowie, ona będzie w stanie mu to wyperswadować. Uśmiechnęła się przymilnie i weszła w rolę, którą zdecydowała się przyjąć, by przetrwać. Gdy się odezwała, jej głos był jedną wielką słodyczą.
- Wiktorze? - Spojrzała mu prosto w oczy, mając nadzieję, że jest to spojrzenie uwodzicielskie.
- Cokolwiek chcesz powiedzieć, odpowiedź brzmi nie.
- Dlaczego nawet nie zapytasz?
- Hermiono. Musisz zrozumieć, że robię to dla twojego dobra. - Dziewczyna ugryzła się w język, byle tylko nie wykrzyczeć mu w twarz, gdzie może sobie wsadzić swoje dobre chęci.
- Chyba nie rozumiem? - Uśmiechnął się gładko, jakby podejrzewał, że tak odpowie. Ta dyskusja wyraźnie sprawiało mu radość, a dziewczyna coraz bardziej utwierdzała się w przekonaniu, że ma do czynienia
z szaleńcem.
- Wytłumaczę ci wszystko, ale jeszcze nie teraz. Na razie musisz odpoczywać. Teleportacja cię osłabiła.- Podniósł się i chwycił za klamkę. Hermiona rozpaczliwie rzuciła się do przodu, chcąc go zatrzymać jak najdłużej. Wyciągnąć coś z niego.
- Nie! Nie zostawiaj mnie. Potrzebuje cię. - Jego uśmiech, choć wciąż upiorny i obleśny, powiedział jej,
że trafiła w sedno. Mężczyzna cofnął się nieznacznie i spojrzał na nią badawczo.
- Na razie tylko tak mówisz, ale już niedługo i będziesz naprawdę tak uważać. Powiem ci tylko tyle...Jeżeli wciąż krzywdzącego cię Snape' a byłaś w stanie pokochać, mnie też pokochasz.
Kolejna bezsenna noc powoli robiła z niego chodzące zombie, ale nie dbał o to. Uruchomił wszelkie kontakty jakie miał, zarówno te w Ministerstwie jak i te poza nim. Każda sekunda była wypełniona rozpaczliwą tęsknotą, bezsilnością i poczuciem winy.
Niestety zdawał sobie sprawę iż jest na przegranej pozycji. W świecie czarodziejów, kiedy ktoś chce zniknąć, jest to tak proste, że w zasadzie każdemu może się udać. Teleportacja, zmiana wyglądu, czary maskujące, blokujące wykrywanie...
Próbował pocieszać się tym, że Albus zaangażował najlepszy zespół ds. czarodziejskich zaginięć, no i dał mu wolną rękę w poszukiwaniach, jednak tygodnie mijały, a oni nie natrafili nawet na najmniejszy ślad.
Wstał z nieposłanego łóżka i nawet nie patrząc w lustro wyszedł jak zawsze na obchód. Patrolował korytarze błądząc myślami i usiłując sobie przypomnieć jak najwięcej z tamtego wieczora. Niestety, kiedy człowiek się czymś martwi, pewne rzeczy wypierają inne z umysłu i nie pozwalają się skupić na detalach.
Gdy dotarł do łazienki prefektów, usłyszał coś jakby jęk, a zaraz po tym mamrotane w pośpiechu słowa. Nie miał nastroju na odejmowanie punktów, więc odwrócił się by odejść, ale jednak jego dusza służbisty zawróciła go i wparował do pomieszczenia niczym tornado. To co zobaczył prawie zwalił go z nóg.
Chuck w pośpiechu otarł zaczerwienione oczy i odwrócił się tyłem do Profesora. Żałośnie pociągnął nosem
i oddychał głęboko. Wyglądał jak kupka nieszczęść. Snape stracił rezon. Spodziewał się nakryć migdalącą się parę, a nie wpaść na swojego ucznia i do tego konkurenta - który najwyraźniej jest równie zrozpaczony jak on sam. Nie wiedząc jak się zachować poklepał go delikatnie po plecach i rzucił półgębkiem:
- Weź się w garść, znajdziemy ją.
- A jeśli nie?
- Co to ma znaczyć? - Chuck odwrócił się w jego stronę. Jego zapłakane oczy były smutne, ale również zdeterminowane.
- Dobrze Pan wie, co chcę powiedzieć. - Mężczyzna w sekundzie znalazł się przy blondynie z wyciągniętą różdżką i groźną miną.
- Sugerujesz coś Newborn?
- Myślę, że pora otworzyć oczy Profesorze Snape. Ona nie wróci. Nie dlatego, że ktoś ją porwał czy uwięził, ale dlatego, że za słabo ją Pan kochał.
- Jak śmiesz?! Odwołaj to!
- W głębi duszy, jeśli oczywiście jakąś Pan ma, doskonale zdaje Pan sobie sprawę, że mam rację.
- A ty niby kochałbyś ją bardziej? - Jego głos był szyderczy.
- Kocham ją na tyle mocno, by pozwolić jej być z Panem, mimo że ni cholery Pan na nią nie zasługuje. - Blondyn wyminął Mistrza Eliksirów i wyszedł z łazienki, zostawiając Severusa w ciszy błękitnych ścian,
z bolącym sercem i pustką w głowie.
Severus Snape pierwszy i ostatni raz postanowił zrobić coś wbrew swojej naturze.Z własnej woli poszedł na szczerą rozmowę z Minerwą. Przed nią jedną potrafił się otworzyć choć trochę, a niczego tak nie potrzebował jak jakiejś życzliwej osoby u swojego boku. To znaczy potrzebował Hermiony, ale na to nie miał szans. Gdy wtoczył się do gabinetu koleżanki spojrzała na niego zza okularów i uniosła lekko brew. Nie odezwała się jednak, co przyjął za dobrą kartę.
Usiadł na fotelu na przeciw Profesorki i spojrzał na nią mętnym wzrokiem.
- Chciałeś czegoś Severusie? Alkoholu nie mam, jeśli o to ci chodzi.
- Ty też uważasz, że ona ode mnie odeszła. Sama?
- Słucham?
- Nie każ mi się powtarzać, sądzę, że wiesz o co pytam.
Cisza, która nastąpiła po jego wypowiedzi wbijała się w jego serce niczym raniące boleśnie szpileczki. Zabrakło mu tchu. Uniósł oczy, a gdy napotkał spojrzenie mądrych kocich oczu, poczuł się zdradzony i oszukany.
- Dlaczego nic nie powiedziałaś?
- A chciałeś słuchać?
- Zorganizowałem akcje poszukiwawczą, rozwieszałem plakaty, rozpytywałem mugoli, biegałem wte i z powrotem a ty cały czas trwałaś u mojego boku...nie wierząc, że to cokolwiek da? - Jego głos jeszcze nigdy nie brzmiał tak rozpaczliwie. Był rozbity nie tylko stratą ukochanej, ale i zdradą przyjaciółki.
- Miałam nadzieję, że w którymś momencie ona wróci. Zrozumie, że jej miejsce jest przy tobie i wróci.
Wszystko zostało ci odebrane, nie mogłam, zabrać ci jeszcze nadziei.
- Świetnie! Stokrotne dzięki za nic Minerwo!
Nie zatrzymywała go, bo i tak nie miałaby nic na swoje usprawiedliwienie. Wiedziała, że dziewczyna nie została porwana, ale wiedziała też, że Severus kocha ją bardziej niż jest w stanie wyrazić i liczyła, że ona w końcu też to zrozumie i da mu kolejną szansę. Dni jednak mijały, a ona się nie pokazała. Wszyscy powoli zaczynali szeptać po kątach o zaprzestaniu poszukiwań i jedynymi osobami, które wciąż i wciąż myślały tylko o Hermionie byli Weasley'owie, Potterowie, Snape i na jego nieszczęście młody Newborn.
Początkowo pomysł z porwaniem wydawał się być idealnym usprawiedliwieniem zniknięcia nauczycielki. Zmobilizowali się i szukali jej w różnych zakątkach, ale w końcu dzień za dniem, każdy z ekipy poszukiwaczy dochodził do smutnej prawdy : Hermiona wyjechała i być może już nigdy jej nie zobaczą.
Choć był to bardzo abstrakcyjny scenariusz, został przyjęty za pewnik i w szóstym tygodniu zaprzestano poszukiwań. Ulotki zniknęły z dworców i centrum handlowych, straże nie patrolowały już Zakazanego Lasu oraz wioski Hogsmeade.
A co robił Severus? Pił. Pił całymi dniami, od kiedy odkrył, że wszyscy mieli go za nieudacznika, który nie był w stanie zatrzymać przy sobie miłości swojego życia i pił, do momentu, aż zrozumiał, że to prawda.
Kiedy wreszcie to nastąpiło, otrząsnął się z amoku i opuścił lochy. Pojawiając się na uczcie śniadaniowej wywołał takie poruszenie wśród uczniów, że część z nich od razu pobiegła do pielęgniarki po środki na ból brzucha.
Jak gdyby nigdy nic usiadł na swoim zwyczajowym miejscu za stołem, zaraz jednak został gestem przywołany przez Dyrektora Hogwartu. Niechętnie podszedł do siedzącego starca i spojrzał mu prosto w oczy.
- Czego?
- Severusie! Nikt nie cieszy się bardziej z twojego widoku niż ja, ale może trzeba było najpierw wziąć prysznic?
- Nie narzekaj.
- Absolutnie! Mam rozumieć, że mogę odwołać zastępstwa na ten tydzień?
- Tak, pora wreszcie pokazać tym smarkaczom, że niczego nie potrafią. - Uśmiechnął się wrednie, ale jak zauważył starzec, uśmiech ten nawet na sekundę nie dosięgnął jego oczu. Wręcz przeciwnie, wydawały się one martwe i bez wyrazu. Zupełnie jakby coś umarło i poszło w niepamięć. Dumbledore pomyślał z żalem, że Severus musiał zamknąć na zawsze swoje serce i będzie teraz gorszy i bardziej bezlitosny niż kiedykolwiek. Stracił coś cennego, ale to oni wszyscy odczują jego ból. Każdego dnia będzie się samobiczował, udając, że wszystko jest w porządku i że zapomniał już o Hermionie. Pokręcił tylko głową i odprawił młodszego mężczyznę.
Wiktor Krum nie należał do najbystrzejszych czarodziejów, ale jego plan zdawał się działać idealnie.
Więził Hermionę już kilka tygodni. Podczas wycieczek do magicznego świata co jakiś czas natykał się na ulotki, zdjęcia i grupy poszukiwawcze, ale w duchu śmiał się z nich. Nie mogli jej znaleźć, bo ukrył ją w całkowicie mugolskiej lokalizacji. Owszem tutaj też od czasu do czasu widywał sowy i słyszał ciche kliknięcia świstoklików, ale nic nie wiązało się z jego ukochaną. Ot, życie biegło dalej.
Karmił ją, dawał świeże ubrania, ale przede wszystkim kładł jej do głowy tyle głupot i kłamstw ile była w stanie znieść. Miała potężny umysł, ale on również podszkolił się w oklumencji. Umiał naginać prawdę i kamuflować swoje małe oszustwa napełniając jej głowę sfabrykowanymi wspomnieniami ich wspólnej przeszłości. Szło mu całkiem nieźle, jak sam określał, bo z tygodnia na tydzień stawała się coraz bardziej potulna. Już nie wzdrygała się przed jego dotykiem, nie odmawiała posiłków i dostęp do jej myśli był coraz łatwiejszy. Jej opór słabł i oboje to wiedzieli. Nie przeszkadzało jej to wyzywać go i krzyczeć w niebo głosy, ale tym się nie przejmował. Jeszcze trochę i będzie krzyczała z rozkoszy, nie z poczucia krzywdy. Aby dać jej poczucie jako - takiej swobody rozkuwał ją raz dziennie, aby mogła zażyć kąpieli i się odświeżyć, oczywiście nałożył na nią takie zaklęcia, że choćby chciała, nie mogłaby uciec. Jej los był już przesądzony.
Wstał wcześnie rano, wyszedł do piekarni po świeże pieczywo oraz wędlinę. Pogwizdywał cicho, by dać upust podnieceniu jakie ogarnęło go od rana. Dziś przekona się czy Hermiona jest gotowa przenieść ich związek na wyższy stopień.
Wszystko zaplanował. Romantyczna kolacja, świece, prezent. Kobiety lubią takie rzeczy, a nie wątpił, że Hermiona nie stanowi wyjątku. Niestety najgorzej manipulowało się nią wieczorem, gdyż była już w pełni obudzona i świadoma wszystkiego co się dzieje, więc musiał najpierw złamać ją trochę. Odpiął łańcuchy i prawie udało mu się uchylić przed kopniakiem jaki mu zaaplikowała. Udał, że wcale nie bolało i podźwignął ją do pozycji stojącej. Spojrzała na niego wyzywająco, ale zignorował to. Pociągnął ją w stronę kuchni i usadził na krześle. Jeśli była zaskoczona, nie dała tego po sobie poznać. Różdżką uruchomił gramofon stojący na komodzie i przelewitował talerze pełne parującego makaronu stawiając jeden przed nią, a drugi na serwetce przy jego krześle. Usiadł na przeciw dziewczyny i spojrzał na nią wyczekująco. Wyglądała pięknie z rozczochranymi włosami i tym wyzywającym spojrzeniem, ale miał niejasne przeczucie, że coś jest nie tak.
- Coś nie tak kochanie? - Silił się na pieszczotliwy ton, mając nadzieję, że skutecznie zamaskował irytację.
- Hm jeszcze pytasz? Pomyślmy.Więzisz mnie jak psa. Karmisz mnie z miski jak psa. Mam swój własny łańcuch - jak pies! - Wyliczała na palcach kolejne przewiny, patrząc mu prosto w oczy.
- Już nie długo to się zmieni. Obiecuje. Może nawet dzisiaj, jeśli...
- Wiktorze! Bądź przez chwilę poważny. Choćbyś nie wiem ile majstrował w mojej głowie i aplikował jakieś bzdurne wspomnienia, to nic się nie zmieni. Zawsze byłeś tylko kolegą, nikim więcej! - Patrzyła jak jego źrenice zmieniają się w słupki, gdy dochodzi do niego, co właśnie powiedziała. Uśmiechnęła się szeroko i spojrzała na niego z wyższością.
- Naprawdę sądziłeś, że tak łatwo złamałbyś moje bariery obronne? Jestem słaba w penetracji umysłu, owszem, ale bronić go uczyłam się od najlepszego. - Krum zacisnął pięści, podniósł się z krzesła gotowy do ataku, ale zaraz oprzytomniał, że dziewczyna nie ma różdżki i nie może zrobić mu krzywdy.
- Nie kpij ze mnie!
- Nie kpię! To tylko twoja zasługa. - Oparła policzki na rękach, kładąc łokcie na stole w znudzonym geście - Kto jak kto, ale mój tak zwany ukochany powinien wiedzieć, że nie znoszę spaghetti, a na pomidory jestem uczulona. Nie sądzisz? - Spojrzała na niego uwodzicielsko i zaśmiała się cicho.
- To niczego nie zmienia. Nadal uważam, że jesteśmy dla siebie stworzeni.
- Kto? Ja i ty? - Pokazała na niego, a następnie na siebie palcem udając zaskoczenie.
- Nie pogrywaj ze mną Hermiono - warknął.
- Wiktorze. Więzisz mnie tu...ile? Ponad miesiąc to na pewno. W ciągu tego czasu skakałeś nade mną jak nad pisklęciem. Gdybyś chciał mi zrobić krzywdę, już dawno byś to zrobił. Ale nie, ty myślisz, że możesz zamienić mój mózg w papkę, a potem zapewne zmienić mi wygląd i wywieść gdzieś daleko i żyć długo i szczęśliwie? Jaki to miałoby sens? To nie byłabym ja, rozumiesz?! Nie pokocham cię! Czy z magią, czy bez magii, moje serce już zawsze będzie należało do Severusa. Nie zmienisz tego, choćbyś nie wiem jak chciał.
-Wypuść mnie - dodała łagodnie.
- Wiesz, że nie mogę tego zrobić...
- Dlaczego?
- Zaraz wrócisz do tego kretyna z lochów, pewnie urodzisz mu bachora, a on i tak cię zostawi.
- Skąd pomysł, że w ogóle chciałabym mieć dziecko? - Spojrzała na niego dziwnie zaintrygowana.
- A jak mogłabyś nie chcieć?
- Normalnie?
- O czym ty mówisz? - Wydawał się być autentycznie spanikowany. Jakby nagle oznajmiła mu, że magia nie istnieje, a oni wszyscy są pacjentami w psychiatryku.
- Nie wiem jakie masz o mnie zdanie, czy raczej wyobrażenie, ale nigdy nie ciągnęło mnie do macierzyństwa. Nie planowałam dzieci kończąc szkołę, nie planuje ich również teraz, a jak już tak szczerze rozmawiamy, nie chcę być matką. Nigdy. - Starała się cały czas patrzeć mu w oczy, aby dotarło do niego, że mówi poważnie.
- Hermiono! Jak możesz tak mówić? Przecież dzieci są wspaniałe.
- Nie twierdzę, że nie. Dzieci są cudem, ale nie każdy jest zdolny do podjęcia się tak wielkiej odpowiedzialności. Dziecko to praca na pełen etat przez długi czas. Nie sądzę, bym mogła zrezygnować z siebie na rzecz jakiejś innej istoty nie oczekując niczego w zamian. Skłamałabym, mówiąc, że bez wahania podjęłabym się czegoś takiego.
- Myślę, że jak dobrze to przemyślisz, to dojdziemy do jakiegoś porozumienia w tej sprawie. - Spojrzał na nią z nadzieją i pochylił się, by chwycić jej dłonie w swoje, ale dziewczyna zgięła się w pół i zaczęła chichotać.
- Słuchaj Wiktorze. Nikt, naprawdę nikt nie jest w stanie przekonać mnie do zmiany zdania w jakiejkolwiek sprawie. Severusowi - tylko przypomnę - miłości mojego życia, raz udało się nakłonić mnie do pewnych ustępstw, ale sprawa była tak błaha, że odpuściłam dla świętego spokoju, a ty myślisz, że przekonasz mnie do zrobienia sobie dziecka? Wybacz wulgaryzm, ale nawet taki porąbaniec jak ty musi widzieć w tym absurd. Prawda? Powiedz, że widzisz, że to idiotyczne?
- Dlaczego tak się zachowujesz?
- Tak to znaczy jak? Nie zgodnie z twoim planem? Wiktor, jestem już zmęczona. Powiem to po raz ostatni. Nie mam zamiaru się z tobą wiązać, nie dam ci dziecka, nie pokocham cię, więc albo będziesz mnie tutaj więził, aż umrę ze starości, albo mnie wypuść, bo to już nie jest zabawne.
- Dlaczego nie możesz pojąć, że cię kocham? Chcę byś była szczęśliwa. Ze mną.
- I nie widzisz problemu w tym, że te dwa stwierdzenia się wykluczają? - patrzył na nią nic nie rozumiejąc. - Miłości nie wywołasz zaklęciem, nie pokocham cię nawet jakbyś wlał we mnie flakon Amortencji. Jestem zakochana w Snape'ie i czy jesteśmy razem, czy nie, moje uczucia są stałe.
Dlatego zaklinam cię, wypuść mnie, bo niczego nie wskórasz.
- Dobrze zatem. - Dziewczyna odetchnęła z ulgą, ciesząc się w duchu, że wreszcie będzie wolna. Zaraz jednak jej mina zrzedła, gdy mężczyzna podniósł się i na nowo zakuł ją w kajdanki.
- Nie rób tego Wiktorze! Proszę cię! Zachowaj się rozsądnie! To niczego nie zmieni. Nie ma dla nas przyszłości. - Szarpała się, próbując powstrzymać go od wepchnięcia jej do pokoju, w którym spędziła ostatnie tygodnie, ale był za silny. Wylądowała twardo na podłodze, a łzy bezsilności przesłoniły jej widok.
- Skoro nie ma dla nas przyszłości, to dla ciebie też nie.
Usłyszała tylko rzucone na odchodne słowa, a następnie pokój pogrążył się w ciemności. Została sama.
Płakała, biła pięściami w ścianę, ale jej porywacz więcej się nie pojawił.
Gdy się obudziła, musiało być wczesne popołudnie. Słońce leniwie sączyło się przez zasłonięte kotary, ale dziewczyna czuła, że jest jej strasznie zimno. Nie miała czucia w dłoniach ani stopach. Noc na zimnej posadzce bardzo ją osłabiła, a dodatkowo przecież nic nie jadła. Trudno, będzie musiała poradzić sobie z uszczuplonymi zapasami energii. Rozcierała sobie barki i łydki energicznymi ruchami, by choć trochę się rozgrzać, a gdy wreszcie była w stanie się podnieść, usłyszała jakieś ruchy od strony korytarza. Przyłożyła ucho najbliżej jak się dało, byle tylko nie dotykać ściany, ale nie rozróżniała słów. Słyszała tylko jeden głos, więc najprawdopodobniej Krum korzystał z komórki. Gdyby tak udało jej się ją ukraść, zadzwonić do któregokolwiek z mugolskich przyjaciół...
Czekała, aż pojawi się z kanapkami jak zawsze, jednak nie zjawił się. Prócz porannej rozmowy, przez cały dzień nie usłyszała już niczego innego. Dom był pusty. Wiktor nie zjawił się również następnego dnia. Powoli zaczynało jej być nie dobrze z głodu, woda znikała w zastraszającym tempie. Panika zalewała jej ciało falami, zwłaszcza pod wieczór, gdy robiło się zimno. Trzeciego dnia, gdy była już tak słaba, ze tylko leżała na ziemi, poczuła jak coś ciągnie ją do pionu i przytrzymuje by nie upadła. Z wysiłkiem otworzyła oczy, a jej wyobraźnia podsunęła jej widok Severusa. Uśmiechał się kpiąco, przez co był bardzo realistyczny. Rzuciła się w jego objęcia, jednak dotyk, który poczuła, był obcy, nie znajomy. Otworzyła szerzej oczy, a twarz, która na nią spojrzała, przyprawiła ją o gęsią skórkę. Wszystko zlewało się w jedną całość. Zamknęła oczy, nie mogąc uwierzyć, że to dzieje się na prawdę. Mężczyzna trzymał ją w żelaznym uścisku i uśmiechał się obleśnie. Spojrzała w jego przekrwione oczy, zmierzyła go wydawać by się mogło zimnym spojrzeniem, ale zarechotał na całe gardło, więc musiała wyglądać bardziej żałośnie niż myślała. Pociągnął ją w stronę kuchni, ale nie zatrzymał się. Był brutalny i nic nie robił sobie z jej krzyków. W końcu zatrzymał się, a gdy zachwiała się niebezpiecznie, wcale nie złapał jej by nie upadła. Pozwolił jej ciału opaść na podłogę i potłuc się boleśnie. Załkała żałośnie i ze spuszczoną głową patrzyła na wzorek na płytkach. Trzęsła się z zimna i ze strachu.
Być przetrzymywaną przez Wiktora Kruma - ciapowatego niby śmierciożercę z niezbyt rozwiniętym umysłem to jedno, ale być zdaną na łaskę Blaise'a Zabiniego generała w szeregach Voldemorta, o wyjątkowo nieciekawej reputacji, to już poważniejsza sprawa. Wierzyła, że Wiktor w końcu pójdzie po rozum do głowy, albo chociaż popełni błąd i wtedy ona to wykorzysta. Z Zabinim natomiast, mogło być naprawdę niebezpiecznie. Był żądną krwi bestią i nie miała szans go przechytrzyć. Była zgubiona.
Subskrybuj:
Posty (Atom)