niedziela, 16 kwietnia 2017

Rozdział 26

Witajcie!
Znów się spóźniam z publikacją, ale jak zawsze rzeczywistość weryfikuje plany...
Przepraszam. Część z was zlinczuje mnie za pewien moment z tego rozdziału, ale musiałam przez czysty sentymentalizm.
Zagięłam trochę czasoprzestrzeń, ale na potrzeby tego rozdziału myślę, że będzie to do wybaczenia;)
Życzę samych sukcesów, pogody ducha i obżarstwa kochani ;)








     Spojrzała w piękne, ogromne oczy i znów się uśmiechnęła. Nie sądziła, że ktokolwiek może mieć tak wspaniałe, mądre oczy, sprawiające wrażenie, jakby widziały już wszystko. Zreflektowała się, że przecież zna taką osobę. Kocha tę osobę. Westchnęła i wytarła strużkę śliny, która kapała z  jego policzka. Tak, Albus Potter strasznie się ślinił, a ona wciąż nie potrafiła sobie z tym poradzić. Uważała go za jedną z najpiękniejszych, najciekawszych istot, ale równocześnie za najbardziej przerażającą. Chłopiec miał już prawie miesiąc, a jego rodzice robili wszystko, byleby tylko dostać choć pół godzinki dziennie dla siebie. Z tego powodu wmanewrowali Hermionę w opiekę nad nim, mimo iż wzbraniała się rękami i nogami. W końcu jednak Ginny postawiła sprawę jasno. Albo Hermiona przełamie się i choć będzie udawała, że chce poznać ich syna, albo pożałuje tego i wiele jej sekretów dotrze do Mistrza Eliksirów.
   A więc była tutaj -  w Norze, i  każdego wieczora kiedy państwo Potterowie brali kąpiel, czytali czy siedzieli i patrzyli w sufit bez obawy o życie syna, ona próbowała go nie zepsuć i nie oszaleć. Każdy z domowników traktował jej próby z przymrużeniem oka, sumując, że przecież tak mądra czarownica jak Hermiona musi wiedzieć jak opiekować się dziećmi, ale Harry i Ginny znali prawdę. Panna Granger nie lubiła dzieci. Nie tolerowała ich, nie chciała o nich słyszeć, a jedyny moment kiedy akceptowała dziecko w swoim otoczeniu, to wtedy kiedy śpi i nie może zrobić jej i sobie krzywdy.
Dlatego właśnie świeżo upieczeni rodzice zatrudnili ją w charakterze niańki mimo woli. Pragnęli by przełamała swoje obawy, nabrała trochę wprawy i pokochała ich synka. Początki były toporne. Wpierw musieli nauczyć ją trzymać noworodka tak, by on sam czuł się bezpiecznie  w jej ramionach. Było to o tyle ciężkie doświadczenie, że nauczycielka nie mogła przeczytać instrukcji w książce. Musiała próbować. Kiedy tylko wzięła różowego, zaspanego Albuska na ręce, chłopiec zaczął krzyczeć tak rozdzierająco, że profesorka prawie upuściła go na ziemię, co z kolei spowodowało, że Harry zemdlał. Już prawie tracili nadzieję, że ich ukochana przyjaciółka i najcudowniejszy syn nie zapałają do siebie sympatią, kiedy w końcu po kilku próbach przytuliła go do piersi, a on zakwilił cichutko i w końcu usnął kołysany lekkimi, delikatnymi ruchami rąk ciotki. Tak właśnie zawiązali wrażliwy i łatwy do zerwania sojusz. Doglądała go, karmiła mlekiem odciąganym z piersi Ginny, raz na jakiś czas nawet zdarzyło jej się usypiać go na rękach, ale w większości po prostu patrzyła na niego. Patrzyła, a jej serce łamało się, bo wiedziała, że sama nigdy nie zdobyłaby się na coś takiego. Kochała Ginny, kochała Harrego, ale nie rozumiała, jak mogli ot tak zdobyć się, a w jej mniemaniu skazać, na życie w cieniu przez kolejne 30 lat.
    Od teraz ich życie będzie jednym wielkim " jak się ma  wielki Albus Potter? " - pokręciła głową, gdyż jej myśli znów zaczynały zbaczać w dziwnych kierunkach. Chwyciła delikatną, cieplutką rączkę, a gdy dwa paluszki zacisnęły się na jej kciuku, poczuła jakby stanęło jej serce. Od razu poczuła potrzebę zawołania kogoś jeszcze, by podzielił jej radość i konsternację. Zaraz jednak oklapła. Była w domu sama. To znaczy byli w domu tylko oni. Albus Potter i Hermiona Granger próbująca nie zezłościć swojej przyjaciółki. Wszyscy inni tłoczyli się teraz w sali konferencyjnej Ministerstwa Magii, gdzie Harry Potter dostał jakieś bzdurne odznaczenie najwyższej wagi, oczywiście od Ministra Magii. Cała jego rodzina była z nim, a Hermiona została zmanipulowana, by nie iść. Gdy w zaufaniu powiedziała Fredowi i George' owi , że uważa takie imprezy za dno, a największe osiągnięcie Harry ma już za sobą, bliźniacy zrobili wszystko, by te słowa doszły do solenizanta. Wbrew pozorom auror nie zrobił afery, wręcz przeciwnie, utarł jej nosa tłumacząc, że skoro uważa, że nie zasłużył na jakieś bzdurne odznaczenie, to nie musi iść, zajmie się Albusem, skoro i tak wszyscy inni będą zajęci. Na tak postawiony ukryty zarzut nie mogła odpowiedzieć inaczej jak uśmiechem i zapewnieniem, że ona i Albus będą mieli prawdziwą zabawę. Sami przez prawie 5 godzin. Nauczycielka po raz kolejny przeklinała swój niewyparzony jęzor. Gdyby wtedy nie wypaplała co sądzi, byłaby teraz na imprezie, piłaby za darmo i przez chwilę mogłaby nacieszyć oko Severusiem w galowej szacie. A tak to ciągle musiała się stresować, czy nie oddycha za głośno.
   Podeszła do okna, co chwilę odwracając się, by sprawdzić czy mały się nie poruszył. Zdawała sobie sprawę, że zachowuje się jak paranoiczka, ale nic nie mogła na to poradzić. Noworodek ją przerażał i sprawiał, że czuła się głupia, niedoświadczona, ale przede wszystkim sprawiał, że nie mogła oddychać. Wystarczyło, że dotknęła jego miękkiej maleńkiej główki, by przyłożyła ucho do jego brzuszka, lub by rozszerzył usta w bezzębnym niby uśmieszku, a pod Hermioną uginały się nogi. Gdy była z nim sama, a on nie spał i nie płakał, tylko był cichutką maleńką laleczką, brała go na ręce, przytulała i pragnęła by jego delikatny oddech wymazał wszystko co złe było w jej życiu. Wiedziała, że dziecko i to czyjeś, nie rozwiąże jej problemów, ale w jakiś dziwny irracjonalny sposób - chciała w to wierzyć. Chciała by te 2-3 razy w tygodniu gdy go pilnowała były nowym początkiem nie tylko jego życia, ale także życia samej Hermiony.
    Poczuła się niebywale zmęczona, ale wiedziała, że jeszcze przynajmniej dwie godziny będzie musiała ścierpieć. Takie przyjęcia nie kończą się wcześniej jak koło drugiej w nocy. Choć dziecko leżało spokojnie i nie wymagało od niej żadnego ruchu, cały czas czuła, że musi mu coś zapewnić, coś zrobić. Może właśnie dlatego Albus nie spał już od dwóch godzin, mimo iż nie był głodny. Może denerwował się tak samo jak ona i przez to nie mógł usnąć? Pokręciła głową i podeszła do kołyski. Wiedziała co ją czeka. Jakby dotykała kolejnego Horkruksa chwyciła brzeg body. Odpięła guziczki i nie mogąc się powstrzymać pogładziła jedwabisty brzuszek brzdąca. Wbrew sobie uśmiechnęła się, gdy jego zielone oczy rozbłysły, zupełnie jak oczy jego ojca, gdy usłyszy jeden z dennych żartów Rona. Pieluszka okazała się pusta i sucha co opiekunka przyjęła z niemałą ulgą. Dotychczas tylko 3 razy dotknął jej ten zaszczyt i za każdym razem Albus narobił takiego rabanu, że od razu powinni się zlecieć czarodzieje z całego kraju, pewni, że ktoś w tym domu znęca się nad dzieckiem. Ponieważ jednak Ginny uprzedziła ją, że pierworodny nie  znosi przebierania i najchętniej paradowałby na golaska przez cały czas, wiedziała, że nikt nie przyjdzie jej na pomoc, bo wszyscy chętnie ją pognębią.
  Przysiadła na brzegu fotela i rytmicznie ruszyła kołyską. Chłopiec nie zareagował, uznała to za dobry omen i ruszyła jeszcze kilka razy. Po pięciu minutach miała dosyć, ale dziecko się widocznie spodobało, bo patrzył na nią szeroko otwartymi oczami, co jakiś czas wydając nieartykułowane dźwięki. Idylla jednak nie trwała długo, widocznie wszyscy Potterowie szybko się nudzą. Najpierw lekko zakwilił. Potem zaczął wyrzucać przed siebie rączki, na tyle na ile w ogóle miesięczne dziecko jest w stanie to zrobić, a potem widząc jej bezradną minę wytoczył największe działo i rozdarł się na całe swoje maleńkie gardełko. Przerażona gryfonka zamachała mu przed twarzą grzechotką, misiem, butelką, ale nic to nie dawało. Mały patrzył na nią rozżalony, jakby nie rozumiał, dlaczego jeszcze pozwala mu płakać, zamiast zaradzić wszelkiemu złu tego świata, dziewczyna też tego nie rozumiała.
   W końcu w akcie desperacji wsunęła rękę pod jego główkę, od razu poddając się uczuciu zdenerwowania, drugą ręką obejmując go w okolicy pupy. Uniosła go lekko, licząc, że to wystarczy, ale gdy krzyknął jeszcze głośniej, już się nie zastanawiała, tylko z całej siły przytuliła go do swojego ciała, na głos błagając cały magiczny świat by to pomogło. Przez kilka sekund miała wrażenie, że jego naprężone wściekłe ciałko się rozluźnia i uspokaja, zaraz jednak dotarło do niej, że się pomyliła. To byłoby za łatwe. Spojrzała na swojego podopiecznego, a on zdawał się dławić własnym smutkiem i rozżaleniem. Kolejny raz spróbowała i podała mu dzióbek butelki pod maleńkie usta. Zassał łapczywie, a ona wciąż zdenerwowana odetchnęła głośno. Gdy chłopiec odrzucił główkę, w napięciu nasłuchiwała czy znów odbędzie się kanonada dźwięków, ale nic się nie rozległo. Starała się odwzorować pozycję, w której dziecku miało się odbić, ale nie miała pewności, czy dobrze ułożyła malucha, więc wyczarowała lustro i przejrzała się w nim. Tak, pozycja z pewnością  była właściwa. Z resztą, czy ona kiedykolwiek robiła coś nie właściwie? Kiedyś pewnie zniesmaczona by zaprzeczyła, ale biorąc ostatni rok pod uwagę...Patrzyła na odbicie lustrzane z dziwnym uczuciem niepokoju w sercu. Chłopiec ułożył się na jej ramieniu i cichutko posapywał szczęśliwy i najedzony.
Za bardzo podobało jej się to co widziała. Dziecko pasowało do niej. Ona pasowała do tego dziecka. Mogła kłamać ile chciała, ale...przywiązała się do tej małej nerwowej kreaturki. Obróciła się z Albusem w ramionach i tanecznym krokiem podeszła do kanapy. Odczekała jeszcze chwilę, a gdy usłyszała charakterystyczny dźwięk, chwyciła chłopca pod paszkami unosząc go nad własną twarz, a gdy znów się do niej uśmiechnął ucałowała jego zmarszczone czółko i śmiejąc się z siebie szepnęła:
- Jesteś okropny Potter.
- Pomyśleć, że musiałem czekać prawie 20 lat, by usłyszeć te słowa ponownie.
Spojrzała w stronę z której nadeszły słowa i zamarła z dzieckiem na ręku. Stał tam i uśmiechał się krzywo. Wyglądał tak wspaniale jak myślała. Ciemnozielona szata, ładne błyszczące buty i te cholerne oczy wwiercające się w jej sylwetkę. Skarciła się za te myśli. Choćby nie wiem jak wspaniale się prezentował, nie mogła znów dać mu wygrać.Wciąż doskonale pamiętała, że z ich poważnej rozmowy nic nie wyszło, bo miała zbyt dużego kaca, a później wolała nie myśleć...
- Chciałeś czegoś? Czy zabawa ci się znudziła? - Siliła się na lekki ton, ale wiedziała, że akurat jego nie oszuka. Wprawiał ja w zakłopotanie i cieszył się tym. Na domiar złego, akurat ten moment wybrał sobie potomek Ginny by zacząć się ślinić i co chwilę musiała mu ocierać usta. Po chwili spojrzała na miejsce gdzie stał jej gość, ale znalazła go o wiele bliżej. Przysiadł na fotelu i patrzył na nią intensywnie. Jego spojrzenie wyrażało dziwną troskę i...ból?
- Dobrze wiesz, że nie takie...zabawy preferuję. -  Uniósł brew w iście Snape' owskim geście i zmierzył ją od góry do dołu.
- Wszystko mogło się zmienić, kiedy mnie nie było - odpowiedziała tak sucho jak tylko potrafiła.
- Nic się nie zmieniło -  odparł twardo i szybko, przez co kobieta zaczęła się obawiać, że jej modlitwy o możliwość odbycia poważnej rozmowy zostały wysłuchane w najmniej odpowiednim momencie i zaraz Albus Potter wysłucha pierwszej kłótni w swoim życiu.
- Skoro tak twierdzisz.
- Tak twierdzę. - Poprawiła dziecko na ręku i spojrzała na nie, jakby szukając ratunku. Niestety dziś Merlin chyba wyjątkowo jej nie lubił, bo Albus właśnie zaczął usypiać. Westchnęła zrezygnowana i poczęła delikatnie go kołysać. Spojrzenie Severusa prześlizgnęło się po maluszku i po raz kolejny w życiu zaskoczył swoją rozmówczynię wyciągając ręce w stronę dziecka. Spojrzała na niego, jakby właśnie oznajmił, że Voldemort wrócił, ale gdy nie opuścił rąk, podała mu chłopca. Z wprawą ułożył go sobie w zgięciu ręki i tak samo jak ona przedtem, ucałował jego cieplutkie czółko. Odwrócił się tyłem i szepnął coś do maleńkiego uszka, ale kobieta nie dosłyszała co. Wstała nerwowo, bojąc się, że Severus może nieumyślnie zrobić mu krzywdę. Gdy jednak znów się odwrócił i zobaczyła, że twarz brzdąca jest odprężona, oczka zamknięte a on sam oddycha miarowo, poczuła się jak idiotka. Oczywiście, że Mistrz Eliksirów wiedział jak trzymać i jak uśpić dziecko. Każdy głupi to wiedział, prócz ciebie idiotko - pomyślała. Podeszła do Severusa rozczulona widokiem. Nie patrzył na nią, ale miała pewność, że zdawał sobie sprawę jak blisko siebie się znaleźli. Nie udawała, że podeszła ot tak. Chciała by ją przytulił, pocałował, cokolwiek, byle tylko przywrócił jej nadzieję na wspólne jutro. Mężczyzna odłożył śpiące dziecko do kołyski i spojrzał łagodnie na brązowowłosą. Stała nieporadnie, obejmując się rękami jakby było jej zimno. Nie mógł tego znieść, ta nowa, niepewna siebie i zdenerwowana Hermiona denerwowała go.
- Wolfgang za tobą tęskni. - Przestąpił krok do przodu i spojrzał jej w oczy.
- Ja...też za nim tęsknie. Kocham go - również się zbliżyła i opuściła ręce wzdłuż ciała. Głos drżał jej z emocji, ale nie dbała o to. Jeśli kiedyś miała zawalczyć o Severusa, równie dobrze może to być dziś.
- On - spojrzał na nią uważnie - on też cię kocha. - Znajdowali się o krok od siebie, ale wiedziała, że to jeszcze nie czas, by ten krok zrobić. Nie kiedy o tylu rzeczach jeszcze nie porozmawiali. Severus odchrząknął i cofnął się, jakby nagle sobie coś przypomniał. Usiadł w fotelu i spojrzał na dziecko, wysyłając jasny sygnał, że magiczna chwila minęła. Rozczarowana Hermiona usiadła na kanapie, ale zaraz wstała i przeprosiła. Udała się do łazienki i zamykając drzwi zdusiła szloch. Nie sądziła, że przebywając z nim będzie musiała tak się pilnować. Gdyby to od niej zależało, wróciłaby do lochów, gdzie jej miejsce. Niestety mężczyzna jej życia miał zgoła inne zdanie. Może nie mówił tego wprost, ale mieszkanie razem było ostatnim czego teraz chciał. W zasadzie zdziwiła się widząc go tutaj. Unikał jej jak ognia przez ostatnie tygodnie, a wcale nie było to takie łatwe. Jako ojciec chrzestny miał obowiązek bywać w Norze jeszcze częściej niż normalnie. To że wpadli na siebie tylko raz było imponujące. Prawie jakby ktoś to zaplanował...
     Nie panując nad sobą wybiegła z toalety i skierowała się do salonu. Zaraz jednak zatrzymała się w progu i stanęła jak wryta. Mały musiał się przebudzić, widocznie nie było jej dłużej niż sądziła. Mistrz Eliksirów trzymał młodego Pottera niczym największy skarb i szeptał mu delikatnie do uszka, cały czas uśmiechając się z czułością. Gładził go po główce, która w jego mocnych spracowanych dłoniach wydawała się jeszcze bardziej krucha. Chłopiec leżał na kolanach swojego opiekuna i chwilowo był zajęty badaniem jego kciuka. Włosy mężczyzny opadły, ale nie przysłoniły jego oblicza do końca. Widziała bezbrzeżną czułość i radość. Poczuła jakby dostała obuchem. Dotarło do niej, że Severus kłamał. Albo okłamywał nie tylko ją, ale i siebie. Chciał mieć dziecko. Chciał być ojcem. Zobaczyła to w jego oczach, gdy sekundę później podniósł na nią wzrok i ich spojrzenia się skrzyżowały. Wyglądał jakby został złapany na gorącym uczynku, a dodatkowo na całą jego twarz wystąpił rumieniec wstydu. Przez chwilę zastanawiała się, czy nie odrzuci dziecka niczym szmacianej lalki i nie ucieknie, ale aż prychnęła na tę żałosną myśl. Nauczyciel kochał tego chłopca i chyba była ślepa, że nie zauważyła tego wcześniej.Severus odłożył noworodka do kołyski jakimś cudem sprawiając, że nie zaczął płakać. Sam z kolei skierował się w stronę wyjścia, posławszy Hermionie przeciągłe zawstydzone spojrzenie. Nie zatrzymała go, bo po krótkim wewnętrznym głosowaniu doszła do wniosku, że nie wyszłoby z tego nic dobrego.
Gdy domownicy wrócili, wszyscy w dobrych humorach, nie miała serca zaprzątać im głowy swoim problemem, tym bardziej, że dopiero co zaczęli ją traktować normalnie. Nie jakby była zraniona, śmiertelnie chora, lub z innej planety. Właściwie powinna być wdzięczna małemu Alowi, odciągnął uwagę wszystkich od niej i jej problemów, przez co w zasadzie wszyscy znów traktowali ją jak upierdliwą wiem - to - wszystko.
    Gdy tylko matka położyła dziecko w pokoju dziecinnym, a sobie nalała kieliszek szampana rozsiedli się z Harrym w salonie, patrząc na nią uważnie. Hermiona słusznie sądziła, że coś tu śmierdzi. Normalnie już dawno by ją wygonili.
- Więc?
- Severus wyglądał dziś bardzo szykownie.- Starsza czarownica przewróciła oczami.
- Nie zaczynaj Ginn. Dobrze wiesz, że nietoperz i ja to przeszłość. - Jej rozmówczyni wyglądała jakby spodziewała się wszystkiego, ale nie takiej deklaracji.
- Czyli...nie było go tu dzisiaj? - Spojrzała na nią uważnie, usiłując wyłapać, czy mówi prawdę.
- Nie.
- Daj spokój. Nie musisz nam kłamać. Prawda kochanie? - Harry uśmiechnął się nieporadnie i posłał dziewczynie pokrzepiające spojrzenie.
- Kochana, nie potrafiłabyś uśpić Albusa choćby od tego zależało twoje życie a ty, nie dość, że to zrobiłaś, nie dość, że go nakarmiłaś, to jeszcze miałaś takie spokojne spojrzenie, wręcz melancholijne. Wierz mi...widziałam jak wyglądasz trzymając naszego synka na rękach przez 5 minut. Uratowałaś świat podczas wojny, a przy dziecku zachowujesz się jak największa łamaga. Potrafię poznać, czy to ty zajmowałaś się nim cały wieczór. -  Uśmiechnęła się do przyjaciółki wrednie.
- Hej! Snape był tu raptem 10 minut! Świetnie dawałam sobie bez niego radę.
- Czyli jednak tu był, no popatrz.- Ginny spojrzała na męża i uśmiechnęła się do niego, gładząc jego dłoń. Potter wstał bez słowa i zniknął w kuchni jakby mieli to wcześniej przećwiczone. Nauczycielka patrzyła na nich zmieszana.
- Co się dzieje?
- Co ci powiedział? Gadaj póki jesteśmy same.
- Nic, że kot za mną tęskni.
- Tchórz - mruknęła pod nosem.
- Co to znaczy?
- Powiedzmy, że wymogłam na nim obietnicę, że powie ci jak się czuje i razem zastanowicie się czy jest dla was przyszłość. Skoro jednak ty jesteś tu, a on cholera wie gdzie, to znaczy, że nic z tego nie wyszło.
- Powinnam...?
- Powinnaś.

   Gdy znalazła się w zamku nie była już taka pewna czy dobrze robi. Podążała schodami w dół, prawie nie zauważając co robi. Zdziwiła się gdy stanęła przed drzwiami do jego komnat i obleciał ją strach. A co jeśli Ginny nadinterpretowała i on wcale nie chciał jej z powrotem? Może miał na myśli tylko zaprzestanie uników i koegzystencję na najbardziej podstawowym poziomie? Nie dowie się, póki nie porozmawiają.
Drzwi oczywiście były zamknięte, więc zapukała. Chwilę trwało nim usłyszała zaklęcia odbezpieczające. Stał przed nią w zwykłym podkoszulku i dresowych spodniach. Nie wyglądał na ani trochę zaspanego. Wręcz przeciwnie, był pobudzony, jeśli ktoś pytałby ją o zdanie.
- Już myślałem, że nie przyjdziesz.- Rozpromieniła się na jego słowa i zrobiła krok do przodu, ale zaraz ją zgasił.
- W sensie, że wydawało mi się, że rzucałem jasne wskazówki i nawet taka idiotka jak ty, powinna się domyśleć. -  Zbyła jego uwagę milczeniem i rozejrzała się po wnętrzu. Zbyt wiele się nie zmieniło od jej ostatniej wizyty, ale na pewno panował większy rozgardiasz. Gdy mieszkali razem, dbała o wszystko z pedantyczną uwagą, nie chcąc mu dać powodu do powrotu. I tak stoczyli wielki bój o to, czy w ogóle wypada by się wprowadziła skoro oboje należą do kadry.
Chcąc zrobić cokolwiek przysiadła w fotelu, który kiedyś kojarzył jej się tylko z jednym. Teraz powodował niemal fizyczny ból, w końcu skąd mogła wiedzieć, że ten szalony szybki numerek kilka miesięcy temu, będzie ich ostatnim?
Spojrzeli na siebie, mierząc się od stóp do głów. Żadne się nie odezwało. W końcu Snape wyczarował dwie szklaneczki i stuknęli się nimi jak za dawnych czasów. Chwilę pili w ciszy, a gdy pierwsze łyki zaszumiały im w głowach znów na siebie spojrzeli.
- Przyszłam tu, by porozmawiać. Na spokojnie, bez ciśnienia.
- Dobrze więc, mów. - Zaplótł ręce na piersi i spojrzał na nią kpiarsko, przez co od razu pożałowała impulsywności.
 - Nie jestem pewna, czy to dobry pomysł.
- To po co tu przyszłaś?- Znów to szydercze spojrzenie.
- Kiedy miałeś zamiar mi powiedzieć?- Skoro on grał nieczysto, ona też będzie. Czarnowłosy wyglądał jakby połknął nóż.
- O czym?
- O tym, że kochasz dzieci, że chcesz mieć dziecko! - Sama nie wiedziała dlaczego już teraz o tym wspomina, a widząc minę Severusa, od razu pożałowała. Wyglądał jak zaszczute zwierze złapane i prowadzone na rzeź.
- Nie bądź śmieszna. Bachory nie są dla mnie.
- Nie kłam! - Jej słowa podziałały jak policzek. Spojrzał na nią i przerażony spostrzegł, że  w jej oczach zalśniły łzy. Zrozumiał, że nie ma wyjścia. Musi powiedzieć prawdę. Nawet jeśli złamie im obojgu serca.
- Zawsze.Zawsze chciałem dziecka. Zawsze chciałem poczuć co to znaczy kochać kogoś bezwarunkowo. - Kobieta prychnęła, pociągając mocno nosem.
- I przez ten cały czas kiedy bawiliśmy się w kotka i myszkę nie zająknąłeś się o tym ani słowem. Dlaczego? Severusie?
Na początku pomyślała, że wyobraziła sobie jego odpowiedź, ale zaraz zrozumiała, że taki dramatyzm, to dokładnie w stylu jej ukochanego.
- Bo ciebie kochałem bardziej. - Nie udawała już, że jest dzielna i nie płacze. Szlochała, a gdy wreszcie była w stanie się odezwać, przemówiła słabym głosem.
- Co to ma kurwa znaczyć?
- Ile to razy wspólnie wyśmiewaliśmy się z Potterów i ich irracjonalnego pragnienia zaludnienia świata tak szybko jak tylko się da. Za każdym razem twój głos brzmiał tak twardo. Tak bardzo, jakbyś gardziła takim podejściem. Cóż, jestem prawie pewien, że nadal gardzisz. To, że twoja najlepsza przyjaciółka przepuściła przez swój kanał rodny małego słonia chyba cię nie złamało co?
- Nie.
- Tak myślałem - uśmiechnął się smutno - więc już  wiesz.
- Co wiem? - Spojrzała na niego jak na idiotę.
- Znając twój stosunek do dzieci, do macierzyństwa i małżeństwa, nie mogłem...być do końca szczery.
- Bo?
- Hermiono! Nie każ mi tego mówić, doskonale wiesz co chce powiedzieć.
-  Nie Snape, nie wiem! Więc bądź łaskaw.
- Wiedziałem, że mnie kochasz, wiedziałem, że zrobiłabyś dla mnie prawie wszystko.
- Ale nie dałabym ci dziecka - szepnęła ze zgrozą.
- Nie. A ja nie mógłbym żyć z twoim poczuciem winy, więc milczałem.
- Więc wolałeś...popieprzone życie ze mną? Codzienne kłótnie? Rzucanie talerzami?- Pewnie wyliczałaby dalej, gdyby jej zdecydowanie nie przerwał.
- Nie kłóciliśmy się aż tak często, nie przesadzaj. Zresztą , później godziliśmy się wspaniale, to musisz przyznać. - Mrugnął do niej, jakby starał się ją udobruchać w jakimś błahym konflikcie.
- Wciąż nie rozumiem. Jeśli tak ci zależało na życiu rodzinnym i tym by posmakować ojcostwa, dlaczego w ogóle wszedłeś w związek ze mną? Przecież proponowałam ci przygodny seks.
- Nie wiem czy tylko udajesz, ale to najgłupsze pytanie. I najłatwiejsze. Kochałem cię jak wariat i nic więcej się  nie liczyło.Seks mogłem znaleźć wszędzie. Myślisz, że połączyło nas pożądanie i pewnie tak było, ale to co nas scaliło, to twoja dobroć, cierpliwość, mądrość i empatia. Byłem w stanie zrezygnować z chęci posiadania dziecka, jeśli tylko wiedziałbym, że będziesz dzielić ze mną życie. Uczyniłaś mnie szczęśliwym, tylko to się liczyło. - Jego oczy nabrały szczególnego blasku i czułości i poznała, że mówi szczerze. Naraz zapragnęła go pocałować. Wstała bardzo powoli, dając mu czas na ochłonięcie i zareagowanie. Nie poruszył się, tylko patrzył na nią tym maślanym wzrokiem.
Gdy znalazła się przed nim, a jej oddech przyspieszył, mężczyzna podniósł się z krzesła i patrząc sobie w oczy stali bez ruchu. Nachylił się w jej stronę. Patrzyła na jego zapraszające usta, nie mogąc doczekać się, aż znów ich posmakuje. Czuła jego oddech, drażnił ją i podniecał. Mistrz Eliksirów czekał na jej niemą zgodę, a gdy wydawało mu się, że ją otrzymał nachylił się, by połączyć ich usta. O dziwo jednak, dziewczyna odsunęła się stanowczo i spojrzała na niego jakby z przestrachem.
Nie rozumiał co się stało, ale ona wcale nie wyglądała jakby wiedziała co robi.
- Co...?
- Dlaczego cały czas mówiłeś, że kochałeś?
- Co? - Wyglądał jakby był rozczarowany, że zmieniła tor w jakim zmierzała ta akcja.
- Ciągle mówiłeś, że mnie kochałeś, nie że kochasz...
- Daj spokój Hermiono -  spróbował ją pocałować, ale znów go odepchnęła.
- Tak. Właśnie dałam sobie spokój.- Odparła hardo. Pociągnęła łyka ze szklanki, spojrzała na niego z zawodem i ruszyła do drzwi. Gdy je otworzyła, zatrzymała się, jakby wahając, ale koniec końców trzasnęła nimi i ruszyła w kierunku schodów na piętro. Nie zdążyła jednak wejść na schody bo Severus ją dogonił i złapał za dłoń, by obrócić gryfonkę twarzą do siebie. Nie próbowała się wyrywać, wiedziała, że nie ma szans.
- Kocham. Cały czas powinienem to mówić w taki sposób, ale nie chciałem...bałem się, że ty już mnie nie kochasz i wtedy wyszedłbym na idiotę. Więc specjalnie używałem czasu przeszłego.
Patrzyła na niego jak na kosmitę, a gdy już myślał, że straciła głos, lub, że zupełnie nie wie co powiedzieć, odezwała się. Jej głos był słaby i niepewny, ale to wystarczyło, by porwał ją w ramiona i pocałował namiętnie.
- Idiota.