sobota, 18 lutego 2017

Rozdział 23

Witajcie! Nawet nie wiecie jak bardzo przepełnia mnie duma. 50 000 wyświetleń, z czego 20 w ciągu ostatnich kilku tygodni. Bardzo dziękuję, wiele to dla mnie znaczy.
Jesteście kochani!



     Wszystkie myśli uciekają ci z głowy i skupienie wydaje się być największym z możliwych wysiłków. Stoisz pośrodku pomieszczenia walcząc z nudnościami. Żołądek jest tylko plątaniną skurczy, a torsje jakie wstrząsają twoim ciałem wydają się rozrywać je od środka.
Więcej nie wytrzymasz...

   Hermiona otworzyła oczy i zamrugała kilkakrotnie próbując przyzwyczaić się do oślepiającego światła lampy.Rozejrzała się, ale nie dostrzegła nikogo. Nic też nie słyszała, ale była tak osłabiona, że i tak nie zrobiłoby jej różnicy, gdyby za ścianą odbywał się koncert smyczkowy. Była wygłodniała, słaba, spocona i pozbawiona wszelkiej nadziei. Przypomniała sobie urywki z poprzedniego wieczora, a przynajmniej myślała, że to wszystko wydarzyło się wczoraj. Nie mogła spać dłużej niż kilka godzin. A może mogła?

     Blaise Zabini miał plan. Genialny w jego odczuciu plan. Wystarczy trochę przycisnąć tego starego głupca, a zrobi wszystko by odzyskać swoją małą szlamowatą dziwkę. Nie brał pod uwagę niepowodzenia.
Szybka akcja, a potem życie wieczne na Majorce, albo na Bali, albo w Paryżu. Daleko stąd.
Kopnięciem wyważył drzwi i wskoczył do środka aby nadać wejściu trochę dramatyzmu. To, że nie mógł jej ruszyć nie znaczy, że nie mógł jej troszkę nastraszyć. Podniósł ją z ziemi i rzucił na łóżko. Pisnęła przerażona, ale nie opierała się. Jej skóra była lodowata. Położyła się tyłem do niego i załkała cicho. Odwrócił ją przodem, a gdy spostrzegła co trzyma w lewej ręce krzyknęła i odsunęła się, prawie spadając z łóżka. Złapał za nogę i przyciągnął bliżej unieruchamiając jej ręce. Jej nadgarstki były tak wąskie, że z łatwością objął je jedną ręką. Spojrzał na jej twarz, ze zdziwieniem zauważając, że jest piękna. Nawet z twarzą wykrzywioną cierpieniem, z workami pod oczami i śladami zaschniętych łez na zapadniętych policzkach. Poluźnił trochę chwyt, ale nie na tyle by miała sposobność mu przeszkodzić. Wyciągnął w jej stronę dłoń w której spoczywały nożyczki, a ona widząc ten ruch uchyliła się i skurczyła w sobie, byle tylko jej nie dosięgnął. Wiedząc, że tak nic nie wskóra odłożył nożyce na stolik z nocną lampką i patrząc jej w zlęknione oczy znów wyciągnął rękę. Zerkała na niego nieufna, ale już się nie wyrywała. Była spłoszona, ale i zdeterminowana, zupełnie jak młode jednorożce, które spotykał w zakazanym lesie w czasach służby. Piękne, pełne życia, ale i bojaźliwe. Zdobycie ich zaufania z reguły zabierało mnóstwo czasu, którego nie miał, ale tym razem miał nadzieję, że pójdzie odrobinę szybciej. Delikatnie dotknął loka opadającego na jej twarz i pozwolił mu przesmyknąć się między palcami i opaść. Widział wyraźnie, że spłonęła rumieńcem. Dobrze, wreszcie jakaś ludzka reakcja. Powtórzył ten manewr sam nie wiedział dlaczego. Jej twarz płonęła. Przytrzymał końcówkę pasma o sekundę dłużej niż poprzednio, a gdy dziewczyna westchnęła tak się wystraszył, że puścił jej dłonie i odsunął się na wyciągnięcie różdżki. Patrzyła na niego, jakby sama nie rozumiała co się dzieje. Jej wzrok wyrażał nieme oskarżenie. Już miał rzucić w jej stronę, aby nie próbowała na nim żadnych sztuczek, ale w pokoju rozbrzmiał dźwięk burczenia w brzuchu. Jej brzuchu. Spojrzał dokładnie w to miejsce. Jej ciało osłonięte tylko cienką tkaniną podkoszulka w jaki wyposażył ją Krum znów wydało ten denerwujący dźwięk i Blaise poczuł się źle. Ile to razy razem z Malfoy' em byli wysyłani na różne bezsensowne wyprawy i jedyne co mieli do dyspozycji to własne umiejętności. Głód, zimno, uczucie uwięzienia w sytuacji bez wyjścia zarówno fizycznie jak i psychicznie, doskonale je znał i może właśnie dlatego wymaszerował z pokoju Granger by po chwili wrócić z talerzem parującego rosołu i łyżką. Postawił rzeczy na stoliku, spojrzał na dziewczynę, która słabo maskowała chęć rzucenia się do talerza i wyszedł nie mogąc dłużej na nią patrzeć.
Nim zamknął za sobą drzwi usłyszał jak wysiorbuje gorący płyn i przełyka gorączkowo.
Poczuł ulgę na myśl, że dobrze się stało, że właśnie dzisiaj postanowił złamać dane Krumowi słowo, że będzie udawał, że Granger nie istnieje, ale równocześnie tylko sprawdzał, czy nie próbuje uciec. Jak ona miałaby uciec? Osłabiona, wygłodzona, ponad tydzień nieprzytomna? Niewykonalne. Rozkazy to rozkazy. Nikt nie musi wiedzieć, że ją nakarmił i (co uświadomił sobie słysząc jej mlaskanie) że ma zamiar podać jej jeszcze talerz i nawet nie mieć wyrzutów sumienia, że weźmie kasę choć nie wykonał zadania. By nie musieć się z nią stykać przelewitował parujący talerz do pokoju, ale nie odmówił sobie głośnego trzaśnięcia drzwiami. Musi dbać o reputację mordercy i wariata, nie ma lekko.Do kolejnego posiłku dodał jej eliksiru pieprzowego, aby postawił ją na nogi, a gdy po kilku dniach wreszcie wróciły jej rumieńce i przestała dygotać na całym ciele, doszedł do wniosku, że może przystąpić do realizacji planu.
Wezwał Kruma, a gdy ten był w drodze, przygotował dziewczynę na to, co miało nadejść. Jak zawsze wparował do jej pokoju i jak zawsze wzdrygnęła się, gdy go zobaczyła. W jej oczach czaiła się uraza, ale nie nienawiść. Podał jej talerz z kanapkami, ale nie wyszedł od razu tak jak to miał w zwyczaju. Spięła się, gdy nie dotarł do jej uszu dźwięk zamykanych drzwi. Ostrożnie uniosła oczy, ale nie patrzyła na niego, tylko w bok. Doskonale. Może to wcale nie będzie takie trudne.
- Słuchaj Granger...oboje chcemy żeby to się w końcu...rozwiązało... ale będę potrzebował twojej pomocy.
Mam w zanadrzu plan, ale niestety jego powodzenie zależy od tego czy będziesz współpracować.Czy okażesz dobrą wolę. - Dziewczyna zdziwiła się, słysząc jego głos nie ociekający jadem, spokojny, wręcz błagalny.Spojrzała na niego, pozwalając sobie na skinienie.
- Oczywiście nie jestem głupi i zdaję sobie sprawę, że jako członkini Zakonu Feniksa, Gwardii Dumbledore'a i tak dalej, wolałabyś zginąć niż mi pomóc, dlatego od razu wyłożę kawę na ławę. Chcę zniknąć. Uciec, ale nie być uciekinierem do końca życia. Chcę, aby twój kochaś załatwił mi czystą kartę i wolność do końca życia w zamian za twoje życie. Myślisz, że możesz mi to zagwarantować? - Tak jak podejrzewał milczała, więc kontynuował, aby mieć to za sobą nim Krum się zjawi. - Jeśli zdecydujesz się, musisz być stuprocentowo pewna. Nie będzie drugiej szansy, czy kolejnego rozdania. Wszystko albo nic. Bez żadnych sztuczek. Mógłbym cię zabić na milion różnych sposobów, milion razy do tej pory, ale nie zrobiłem tego, bo wierzę, że żywa możesz jeszcze zdziałać coś dobrego. Ale muszę mieć pewność. Dam ci czas na zastanowienie się czy podołasz, ale przede wszystkim na zastanowienie czy Snape kocha cię wystarczająco by przehandlować cię, za moją wolność? - Spojrzał jej prosto w oczy. Była przerażona. Nie wróżyło to dobrze ich misji, ale może po prostu była w szoku.
- Jeszcze jedno. Za jakiś czas zjawi się tu Krum. W jego mniemaniu jesteś martwa,a twoje szczątki właśnie zaczynają gnić. Jeśli życie ci miłe i nie ważne czy zdecydujesz się mi pomóc czy nie, pamiętaj, że nie bez powodu nałożono na mnie karę potrójnego dożywocia w Azkabanie. Masz siedzieć cicho, jakby cię tu w ogóle nie było. Nie żartuje, jeśli ten idiota zorientuje się, że wcale cię nie zagłodziłem na śmierć tak jak mi kazał, to będę bardzo zły. Na znak mojej dobrej woli przyniosłem ci to - rzucił w jej stronę wielką księgę, a gdy ją otworzyła, jej oczy rozjarzyły się blaskiem, który doskonale pamiętał z zajęć. Nie oczekując niczego więcej wyszedł, zostawiając dziewczynę z o wiele większą pustką w głowie, niż zanim przyszedł.


     Wiktor podążał leśną ścieżką w postaci ślicznego chłopaczka. Jeszcze pół kilometra i będzie mógł wrócić do swojego wyglądu. Miał nadzieję, że wreszcie pozbędzie się Zabiniego i spali tę ruderę w której przetrzymywał Hermionę. Hermiona. Na myśl o ukochanej poczuł ucisk w piersi, ale zaraz otrząsnął się. Ta mała dziwka go nie chciała i wolała umrzeć niż być z nim! To jej wina! Zrobiła z niego mordercę, a on tylko chciał stworzyć z nią dom. I jeszcze ta gadka, że niby nie była zdolna do matczynej miłości. Szaleństwo! Byłaby wspaniałą matką dla ich dzieci, a zamiast tego wybrała śmierć.Idiotka. W takich chwilach szczerze jej nienawidził. Myśl o niej wywoływała na przemian falę bólu po stracie i falę niszczycielskich uczuć powodujących, że znów miał ochotę kogoś zabić, albo chociaż coś rozwalić, zrównać z ziemią. Kopnął kamień leżący na jego drodze, a gdy ten ledwo drgnął, zamachnął się drugi raz i o mało nie poleciał na twarz. Zniosło go i musiał zamachnąć się rękami, aby złapać pion. Wydawało mu się, że usłyszał śmiech dziewczyny, a  gdzieś pomiędzy pobliskimi drzewami mignęła mu jej zwiewna postać otoczona mgiełką. Pobiegł w tamtym kierunku, ale zatrzymał się, gdy wystająca gałąź omal nie wybiła mu oka. Potoczył błędnym wzrokiem w około, ale jedyne co zwróciło jego uwagę to krzak, którego drobne gałązki układały się w szyderczy bezzębny uśmiech. Bułgar wrócił na ścieżkę do mieszkania i nie ufając sobie, nie obejrzał się dopóki nie znalazł się po drugiej stronie magicznie chronionych drzwi. Z Zabinim przywitał się niczym ze starym druhem mimo, że szczerze nim gardził. Najął go do tej roboty, bo wiedział, że był bezwzględny, ale i bezbłędny. Wymordował tylu mugoli i czarodziejów, że nie sposób zliczyć. Jeśli ktoś mógłby bez mrugnięcia okiem pozbawić życia ulubienicę Dumbledore' a i kochanicę Snape' a, to tylko Blaise.
    Bez zbędnych ceregieli wręczył mężczyźnie sakwę pełną złotych monet i poprosił o opuszczenie rudery, by mógł puścić ją z dymem.
- Dlaczego akurat podpalenie?
- Nie chcę, aby na tym świecie został jakikolwiek ślad po niej...
- Jesteś świrem wiesz o tym?
- Słuchaj, nie interesują mnie twoje opinie, ważne że zadanie wykonane.
- Dlaczego kazałeś...dlaczego to nie mogła być Avada? Albo chociaż utopienie? Wiesz jak ona cierpiała? Drapała pazurami ściany, aż jej wszystkie poschodziły. Jej rzygi śmierdziały chyba z tydzień dopóki jeszcze żyła. Potem oczywiście też śmierdziało, ale z tym sobie poradziłem. - Posłał mu swój najbardziej obłąkańczy uśmiech.
- Właśnie dlatego uważam, że jesteś właściwym człowiekiem, na właściwym miejscu.
- Czyli wcale jej nie kochałeś? Nie obraź się, ale jakbym ja kogoś kochał, to pozwolił  bym mu być wolnym i szczęśliwym, nawet jeśli oznaczałoby to, że musiałbym wycofać się w cień. - Już gdy kończył mówić, widział, że przegiął. Oczy Bułgara zwęziły się niebezpiecznie, a na twarz wystąpiła purpura.
- Ona była moja! Tylko moja! - Uderzył pięścią w stół i zamachnął się, jakby chciał mu przyłożyć ale w ostatniej chwili zrezygnował i ręka opadła luźno.
- Mam do ciebie tylko jedną małą sprawę. Wiem, że umawialiśmy się na kasę, ale potrzebuję jeszcze maksymalnie kilku dni. Znajomy z Europy , który ma być moim transportem spóźnia się, a nie mogę bez niego zniknąć. Możemy umówić się, że najdalej za tydzień wyniosę się stąd przy okazji zaoszczędzając ci kłopotu i zostawię po sobie tylko pożogę i zgliszcza?
- Przecież masz pieniądze, za tyle mógłbyś sobie wynająć pokój z dziwką i don perignion i nawet byś nie poczuł.
- Taaak ale jestem sentymentalistą. Spodobało mi się tu.
- Zgódź się. Tobie nie zrobi to różnicy.
- Niech ci będzie. Mam nadzieję, że nie próbujesz mnie wyrolować.
- Jak? Przecież już dałeś mi kasę, a ja nawet jej nie przeliczyłem. To prędzej ja powinienem być podejrzliwy, w końcu zagłodziłeś swoją księżniczkę na śmierć. - Zachichotał sztucznie, aby pokazać rozmówcy, że uważa to za świetny pomysł. Ten jednak patrzył na niego zimnym wzrokiem, jakby jeszcze nie do końca dochodziło do niego, że tak naprawdę to obaj są mordercami i jedyne co ich różni to to że pierwszy ma tego świadomość i się do tego przyznaje, a drugi nie i nie ma zamiaru.



     Severus siedział samotnie na łóżku w sypialni. Poprawił już wszystkie eseje, kartkówki, testy, ale wciąż nie mógł zasnąć. Co prawda ciężko byłoby czuwanie z zamkniętymi oczami nazwać snem, ale jednak na razie nie potrafił zmusić organizmu do takiego prawdziwego odpoczynku. Spoglądał na jedną z fotografii, które niedawno podarował mu Harry Potter. Było to zdjęcie przedstawiające tańczącą parę. Na początku nawet nie poznał, że to oni. Mężczyzna jest obrócony bokiem i tylko jego wydatny zakrzywiony nos wydaje się być na miejscu. Twarz czarodzieja zdobi lekko kpiący uśmiech, a oczy o dziwo, są spokojne. Przedtem mu się to nie zdarzało. Wiecznie w gotowości, cały czas czujny. Nigdy nie sądził, że będzie mu dane doświadczyć tego uczucia całkowitego spokoju i to podczas tak błahej czynności jak taniec. Fotografia nie jest magiczna. Może to i lepiej. Gdyby widział tych dwoje wirujących  w takt wesołej muzyki, a ich gesty i mimika ożywałyby wciąż i wciąż na nowo, za każdym razem pewnie łamałoby mu to serce na nowo. Westchnął i odłożył obrazek na półkę. Ubrał się i skierował na błonie. I tak nie zaśnie, może więc równie dobrze przejść się po błoniach. Jak zawsze w takich chwilach powrócił do minionych dni i przypomniał sobie, że miał zaszczyt tytułować się miłością jej życia. A teraz jej nie było. Mimo, że pogodził się z jej odejściem i w jakimś stopniu przyjął to za pewnik, coś nie dawało mu spokoju. Przypomniał sobie kolejne kłótnie, które zdarzyły im się tak często jak wybuchy dzikiej namiętności i spokojne dni wypełnione merytorycznymi dyskusjami. Wydawała się szczęśliwa. Jeśli coś jej nie pasowało, mówiła o tym otwarcie. Nie było między nimi muru nie do przeskoczenia. Co mogło się zmienić? Co sprawiło, że zrobiła tę jedną rzecz, o której myślał, że jest na nią za słaba? Że kocha go bardziej niż nienawidzi? Była dumna i przebiegła. Przekonał się o tym nie raz. Często pozwalał jej na małe manipulacje, ale w większości przypadków prawda i tak wychodziła na jaw i rekompensowała mu to z nawiązką.
- Dlaczego mnie zostawiłaś? - Szepnął w pogrążone w śnie niebo. Spojrzał w górę. Gwiazdy, a nawet samotny błyszczący księżyc wydawały się być i trwać niezachwianie czy tego chce czy nie, dlaczego więc on czuł, że jak czegoś nie zrobi to oszaleje?



     Gryfonka siedziała na parapecie okna. Padał deszcz, ale nie robiło jej to różnicy. Czuła, że zaczyna obumierać. Jeden tylko głos słyszała w głowie. Głos szepczący słowa słodkie i dające ukojenie. Pamiętała jego czułe ręce błądzące po krzywiznach jej ciała, pamiętała usta i pamiętała oczy. Oczy, które zawsze były oznaką jej zguby. Przypomniała sobie pierwszą chwilę, w której dotarło do niej, że bez niego nie ma po co żyć. Zaraz po wyleczeniu z tej cholernej klątwy Kruma, kazali mu leżeć i nic nie robić przez kilka dni. Uparciuch oczywiście nie chciał słuchać i zakradł się do jej komnat, by tylko ją przytulić.I wtedy już wiedziała. Kazała mu wyjść, bo nie mogła znieść tego przytłaczającego uczucia, że oto ona gryfonka zakochała się w ślizgonie i to jeszcze najbardziej ślizgońskim ślizgonie. W najwredniejszym dupku, najgorszym kłamcy i najbrutalniejszym ze śmierciożerców. Zakochała się w nim i choć wiedziała, że od tej pory będzie łamał jej serce raz za razem, pozwoliła mu na to. Poczuła wilgoć na policzkach. Dałaby wszystko, by miał szansę złamać jej serce jeszcze choć raz.
   Zabini wkroczył do pokoju, jak zawsze bez pukania. Już nie udawał, że chce ją skrzywdzić. Wiedziała po co przyszedł i wiedziała, że nie może mu tego dać. Nie za tę cenę. Milczała wpatrując się w okno.
Usiadł blisko niej, ale nie patrzył w jej stronę. W jego ręku znów błyszczały nożyczki. W końcu zeskoczyła z parapetu i usiadła w drugim końcu łóżka. Patrzyła na niego nieufnie.
- Wiesz jaka była ulubiona forma kary preferowana przez Czarnego Pana? - milczała, ale spojrzała na niego więc kontynuował - Kiedy któryś z nas nawalił, brał naszych bliskich i kazał innym śmierciożercom torturować ich na naszych oczach. W ramach przypomnienia, że miłość, jest największą słabością, a sympatią nie możemy darzyć nawet ludzi z jego szeregów. No bo niby jak możesz lubić kogoś, kto obdarł twoją matkę ze skóry, albo żywcem wyrwał bratu wszystkie paznokcie? Był geniuszem. Geniuszem zła, ale zawsze. To pozwalało mu mieć wielką kontrolę, a tego pragnął najbardziej. Niestety nie rozumiał jednej podstawowej różnicy między miłością i nienawiścią. Jeśli kogoś kochasz, dajesz mu wolność, choćby nie wiem co. On tak nie potrafił. Jeśli cokolwiek szło nie tak jak miało, on już wiedział co zrobić. A przecież to nie o to chodzi. Dlatego Potter był gotów umrzeć, dlatego Czarny Pan nie mógł go wykończyć. Potter też doskonale to zrozumiał, pewnie nawet wcześniej. Dlatego Voldemorta już nie ma, a Potter będzie tatusiem.
Musiała przerwać jego wywód, bo czuła, że znów zbiera jej się na płacz.
- Nie zrobię tego. Nie dam ci kępki włosów, nie wyślesz ich z sową i nie pozwolę ci uciec w zamian za moje życie.
- Poprawka. Snape nie pozwoli. Ty na pewno byś się zastanowiła, ale on? Cały czas był gościem Dyrektora i boisz się, że nawet ciebie nie kocha tak mocno, by pozwolić mi zwiać. Skoro więc nie chcesz zaryzykować i przekonać się na ile głębokie jest wasze uczucie, to nie widzę już żadnych alternatyw.
Przez ten cały czas patrzyła na niego jak na wariata. Najpierw z niepokojem, potem już z zaciekawieniem i uwagą. Był szaleńcem, ale w każdym szaleńcu tkwi jakaś cząstka zdrowych zmysłów. Miał rację, we wszystkim, tylko gdzie ich to zaprowadzi? I dlaczego?
- Po co mówisz mi to wszystko?
- Żebyś zrozumiała, że robię to wszystko bardziej dla siebie niż dla ciebie. Jestem mordercą, szaleńcem, degeneratem, cokolwiek. Ale mam matkę, mam wujostwo, kilku z nich nawet jeszcze jest na wolności. Nie chcę, by do końca życia chodzili po świecie jak cienie, zastanawiając się, kiedy przyjdzie ich kolej. Kiedy rozum skażony przez Toma podpowie mi po raz setny
" zabij". Rozumiesz?
- NIE?
- Czarny Pan wpoił mi nienawiść, zresztą nie tylko mi. Malfoy, Nott, wielu innych takich ja tuła się teraz po świecie, próbując zwalczyć to, co on w nas zasiał i wyhodował. Jesteśmy przesiąknięci nienawiścią i czarną magią tak bardzo, że w zasadzie dziwię się, że nad naszymi głowami nie pojawia się mroczny znak przy każdej aportacji. Możemy w każdej chwili kogoś zabić, udowodniliśmy to już nie raz, a ja nie chciałbym aby padło na kogokolwiek kogo kocham. Nie wiem, czy ma to dla ciebie jakiekolwiek znaczenie, ale chce zniknąć i nie zabić już nikogo. Już dość osób zabiłem, ale nie ufam mojemu umysłowi na tyle, by pozostać wśród magicznej społeczności. Nie po tym wszystkim co się stało. - Spojrzał na nią z ukosa, gapiła się z otwartymi ustami. - Jeśli uda mi się wyjechać, nikt nie będzie mnie ścigał, a moja kartoteka w Ministerstwie Magii będzie czysta, to masz moje słowo, że nikt więcej nie będzie cierpiał z mojej ręki.
- Twoje słowo. - Powtórzyła po nim jak echo.
- Tak.
- Zabini, wiesz ile znaczy dla mnie twoje słowo?
- ....
- Właśnie.
- Wiem i dlatego cała ta szopka z darowaniem ci życia, powiadomieniem Snape'a i tak dalej. Po co miałbym wystawiać się Severusowi, który ma co najmniej milion powodów by chcieć mojej śmierci?
- Bo wcale nie chcesz już żyć, ale jesteś zbyt wielkim tchórzem, by samemu ze sobą skończyć? Bo ból istnienia dopadł cię tak mocno, że wolałbyś rzucić się z klifu i spadać w nieskończoność by dać temu kres? Bo koszmary sprawiają, że jedyny urywany sen na jaki możesz sobie pozwolić, to ten po obaleniu litra wódki?
- Łał, ty i Sev naprawdę gadacie o wszystkim co?
- Kiedy kogoś kochasz, nie ma sfery życia, w którą go nie wprowadzasz i myślę, że to właśnie...
- Myślisz, że dlatego on się nie zgodzi?
- Nie, myślę, że się zgodzi, ale to wcale nie będzie oznaczało, że na powrót będziemy razem. Będzie wiedział, że przez niego jeden z najgroźniejszych przestępców naszego świata uniknie kary, a to go zabije. Nie od razu, ale dzień po dniu zacznie mnie nienawidzić, bo zmusiłam go do takiego wyboru i w końcu nie będzie mógł ani na mnie patrzeć, ani ze mną rozmawiać. Dlatego właśnie tego nie zrobię. Bo wiem, że byłby gotów się zgodzić, a na to nie mogę pozwolić.


    Poranna uczta jak zawsze upływała uczniom w atmosferze sennej radości i przekomarzań. Dziś jednak dzieciaki dokazywały wyjątkowo głośno i Snape czuł, że głowa mu zaraz eksploduje. Wmawiał sobie, że wcale nie ma to nic wspólnego z jego wczorajszą wizytą w gospodzie i popijawą do wczesnych godzin porannych. Bogom niech będą dzięki za eliksir na kaca! Smętne żale do kieliszka przerywane były kilkakrotnie przez znajomych czarodziejów, ale żadnemu z nich nie przyznał się, dlaczego znów pije.
Nie mógł jeszcze tego zrobić. Małymi kroczkami postanowił zakończyć ten etap życia i zapomnieć o Hermionie. Minęły prawie 4 miesiące. Za niedługo koniec roku szkolnego. Lato w pełni. Przeżyli razem cudowny rok, pełen miłości, namiętności i wzajemnych złośliwości. Ona jednak go zostawiła. Jej strata. Pomstował na nią w myślach dopóki ktoś się nie ulitował i nie odeskortował go do zamku w jednym kawałku. Wstał nowy dzień, a wraz z nim Severus Snape zrzucił żałobę po utraconej miłości, tym razem naprawdę. Sam miał nadzieję, że to nie tylko czcze gadanie i w końcu będzie mógł normalnie się wyspać i normalnie spojrzeć drugiej osobie w oczy, nie doszukując się w nich litości i że nie będzie już więcej patrzył na wrota Wielkiej Sali z nadzieją oczekując, że zaraz przez nie wejdzie i rzuci mu się na szyję.
 Kończył śniadanie, gdy rozległo się radosne pohukiwanie, a sala wypełniła się stadem latających posłańców.
O dziwo, przed nim również wylądowała paczuszka. Nie miał ochoty na niespodzianki, ale wiedział z doświadczenia, co się dzieje, gdy oleje się magiczną przesyłkę. Odwiązał sznureczki i odwinął papier. Jego oczom ukazał się kupka włosów, które rozpoznał w sekundzie. Cała krew odpłynęła mu z twarzy i poczuł, że zwymiotuje. Zgarnął przesyłkę do przepastnej kieszeni, by nikt przy stole się nie zorientował co to było i ukrył twarz w dłoniach. Oddychał szybko, powstrzymując atak paniki. Już czuł śniadanie w gardle, gdy nowe uczucie zalało go, zupełnie nie chciane. Ulga. Nie odeszła z własnej woli, nie porzuciła go. Coś się przydarzyło, a ona potrzebowała, by ją uratował. Z tym mógł sobie poradzić! W jednej chwili poczuł się trzeźwy i szczęśliwy jak nie czuł się od dawna. Skoro nie chciała się z nim rozstawać, to zrobi wszystko by sprowadzić ją z powrotem i by już nigdy nie zwątpiła w jego uczucie. Nigdy.



Ocknęła się, ale od razu poczuła, że coś jest nie tak. Spała twardo i bezsennie. Zupełnie jakby...
- Zabini ty śmieciu! - Mężczyzna wparował do pokoju z prędkością tornada.
- Co się drzesz wariatko! To, że mugole nie widzą tego miejsca, nie znaczy, że możesz się bezkarnie wydzierać! -  Spojrzał na nią wrogo i wsparł się pod boki.
- Oszukałeś mnie, ty bydlaku! - Z jej oczu wyczytał, że naprawdę poczuła się oszukana i zdradzona i że nie dochodziło do niej, że mógł to zrobić.
- Musiałem.
- Dlaczego? Powiedz mi, dlaczego musiałeś! - zaniosła się płaczem.
- Jestem śmierciożercą zapomniałaś?
- Co to ma do rzeczy?
- Mataczymy, oszukujemy, kłamiemy, zabijamy, tak po prostu jest.
- Powiedziałam ci, że tego nie zrobię, nie dam ci włosów. Sam je sobie wziąłeś. Nie poproszę by zabił cię na moich oczach jeśli o to ci chodzi. Uciec też ci nie pozwolę...
- Nie pozwolę? - Uśmiechnął się krzywo.
- Nie wierze. Nie zrobiłby tego. To na pewno pułapka.
- Granger...on już jest w drodze. Będzie tu najdalej jutro wieczorem. Lepiej się prześpij.