wtorek, 21 marca 2017

Rozdzał 25

Notka  delikatnie 18+


     Od jej powrotu minął tydzień. Przebywała na obserwacji w Skrzydle Szpitalnym. Jej siły witalne odnawiały się w nadzwyczajnym tempie, magia zdawała się również wracać. Nie opuściła Hogwartu ani razu, prócz jednej tylko wizyty u Ollivandera. Jej różdżka została złamana przez Wiktora Kruma tuż po tym, jak ją uwięził. Nowa oczywiście nie działała tak jak stara, ale powoli przyzwyczajała się do jej właściwości. Powoli też przyzwyczajała się do tego, że nie musi już bać się o swoje życie, spać czujnie niczym pies i budzić co pół godziny. Każdego dnia zastępy gości wparowywały do jej pokoju i zalegały przy jej łóżku do późnych godzin popołudniowych, lub dopóki pielęgniarka nie nakazała ewakuacji. Przychodzili wszyscy, prócz Snape'a . Nie widziała go ani razu od wydarzeń w parku. Zaczynała przyzwyczajać się do samotności i ciągłego poczucia winy. Przez cały czas więzienia wyparła te uczucia na rzecz strachu, ale teraz uderzały w nią z całą mocą. Jej twarz znaczyły ślady łez, głos był jakby zdławiony, a błyszcząca zawsze twarz, miała niezdrowy matowy odcień. Oczywiście Pani Weasley wraz z całą rodziną zrzucała to na karb niedożywienia i życia w trudnych warunkach, ale w jej oczach widziała, że doskonale wie, dlaczego jej zdrowie nie wraca do normy tak szybko jak powinno.
   Ostatniego dnia jej pobytu w szpitalu leżała jak zawsze czekając aż eliksir Słodkiego Snu zacznie działać, gdy usłyszała coś niepokojącego. Chwyciła różdżkę mocniej i napięła ciało gotowa się bronić. W półmroku nie była zdolna dostrzec co lub kto składa jej wizytę, ale dźwięk kroków rozchodzący się w ciemnościach rozpoznałaby wszędzie. Przymknęła oczy i zwolniła oddech, próbując udawać, że śpi. Gdy mężczyzna podszedł bliżej, jej serce waliło tak mocno, że była pewna, że je słyszy. Poczuła jego lodowatą dłoń na swoim policzku i tylko siłą woli zmusiła się, by się w nią nie wtulić. Gdy zabrał  rękę poczuła się tak rozczarowana, że o mało nie jęknęła. Tyle czasu nie czuła jego dotyku na sobie, że z miejsca zrobiło jej się gorąco w podbrzuszu. Delikatnie przesunęła dłoń po prześcieradle i dotknęła jego drugiej dłoni, którą musiał opierać się o łóżko. Przesunęła się dalej i natrafiła na brzeg jego szaty. Usłyszała jego oddech, teraz jakby szybszy i głośniejszy. Nim zrozumiała co się dzieje, usłyszała jego szept, tuż przy uchu.
- Tak bardzo za tobą tęsknie.
 Gorący oddech dotarł do jej policzka i znów poczuła uderzenie gorąca. Jego usta delikatnie musnęły policzek i już go nie było. Ciężar zniknął z powierzchni łóżka, a kroki rozbrzmiewały już w połowie drogi do wyjścia, gdy drzwi znów się otworzyły. Usłyszała tylko zdenerwowany głos Minerwy i ktoś z trzaskiem zamknął drzwi.
- Nie możesz przychodzić tu co noc! Porozmawiaj z nią!
Niestety odpowiedzi Severusa nie dane jej było wysłuchać. Przełknęła głośno ślinę i dotknęła miejsca, które pieścił ustami. Było jej gorąco, serce biło nienaturalnie szybko. Bardziej jednak przejmowała się tym, co usłyszała. Więc nie zmienił się na jotę. Nadal był upartym dupkiem z lochów. Nadal ją kochał i tęsknił, ale stać go było jedynie na odwiedziny, kiedy nie była w stanie się zorientować. Dobrze, że tym razem leki nie zadziałały tak szybko jak zazwyczaj. Z nowymi pokładami nadziei Hermiona zapadła w sen niezdolna dłużej opierać się działaniu eliksiru.
   Jej rekonwalescencja przebiegała w normie, ale to nie przeszkodziło wszystkim chuchać i dmuchać nad nią. Znosiła to dzielnie, gdyż tak bardzo tęskniła za przyjaciółmi, swoją rodziną i ludźmi ze szkoły, że wręcz z radością przyjmowała ich zaniepokojone głosy narzekania iż nadal jest za chuda.
Dyrektor nawet nie chciał słyszeć, że wróci do pracy przed wakacjami, ale ona uparła się, by chociaż częściowo wrócić do obowiązków. Tłumaczyła się czym tylko się dało, ale wszyscy wiedzieli, że powrót do lochów oznacza bycie bliżej Severusa, a tego pragnęła najbardziej. Oczywiście oficjalnie nikt nie pytał co jak i dlaczego, ale plotka głosiła iż sam Teodor Nott porwał ją i więził.
Hermiona wiedziała, że w końcu będzie musiała podać oficjalną, ale i prawdziwą wersję wydarzeń. Nie była na to jeszcze gotowa. Nie była gotowa przed wszystkimi na kim jej zależy przyznać się, że zachowała się jak tchórz i uciekła, bo tak było łatwiej, a Krum był tylko małym elementem tej układanki.
   Większość czasu spędzała w Norze razem z Harrym i Ginny, której brzuszek z każdym dniem wydawał się być większy. Przyjaciele patrzyli na nią z miłością, ale i lekką rezerwą, jakby się spodziewali, że w końcu się załamie na ich oczach. Nic takiego się nie wydarzyło. Przebywała w domu Weasley' ów od dwóch dni i wreszcie zaczynała przypominać istotę ludzką. Krzątała się po kuchni, gdy poczuła czyjąś obecność. Odwróciła się, zachowując coś ze swojej nerwowości w sposobie trzymania nowej różdżki, ale zaraz odetchnęła z ulgą, gdy zobaczyła kto ją odwiedził. Mężczyzna podszedł bliżej i chwycił ją w objęcia mocno i pewnie. Wspięła się na palce, gdyż nie wiedzieć kiedy, zaczął przewyższać ją o ładne kilkanaście centymetrów.
- Tęskniłem jak wariat - wyszeptał do jej ucha.
Niby te same słowa, niby wydźwięk ten sam, a jednak zupełnie co innego. Odsunęła się zmieszana i spojrzała mu w oczy, zaraz jednak wtuliła się znów z zawstydzeniem, że mogła poczuć się niepewnie po takiej deklaracji. Chuck był jej przyjacielem, kumplem i kompanem od wielu wielu tygodni, a to, że kiedyś kochał się w niej zdawało się nie mieć żadnego znaczenia. Tak samo jak fakt, że podczas jej nieobecności wyprzystojniał jak cholera. Przygryzła wargę i znów spojrzała na niego. Lekko przydługie włosy nadawały mu jakiegoś dzikiego pierwotnego wyglądu, oczy śmiejące się  i piękne jak zawsze. Lekko zarośnięta, prosta szczęka. Taaak Chuck Newborn złamie niejedno serce tego lata. Westchnęła i ścisnęła jego dłoń niezdolna jeszcze wypowiedzieć ni słowa. Przeszli do salonu i usiedli obok siebie na kanapie, gdzie przyjaciel znów ją objął. Poczuła łzy pod powiekami. Nawet nie spodziewała się, że aż tak za nim tęskniła. Większość jej myśli poświęcała rodzinie Weasley' ów i Severusowi, ale widocznie Chuck też cały czas tam był. Podświadomie, cały czas miała go w sercu.
Był dobrym, wręcz wspaniałym mężczyzną, a teraz był tu i tulił ją do siebie. Nie sądziła, że jeszcze kiedykolwiek dane jej będzie tego doświadczyć, ale oto właśnie się to dzieje. Pociągnęła nosem, a zaalarmowany tym dźwiękiem blondyn uniósł jej podbródek i spojrzał jej w oczy.
- Coś nie tak Hermiono?
- Tyle...tyle czasu minęło, że zapomniałam już jaki jesteś przystojny - zaśmiała się głupio, w myślach dając sobie w twarz za tak durny tekst. Gdy spojrzała na jego rozanieloną twarz pogratulowała sobie głupoty roku.
- Nie są to chyba najlepsze pierwsze słowa, po miesiącach rozłąki co?
- Mnie się podobały - uśmiechnął się do niej szczerze i zrozumiała, że wie, że nie to miała na myśli.
 - Dobrze być znów wśród przyjaciół.
- Taaak, my też cieszymy się, że wreszcie jesteś z nami. Ginny, nawet w swoim stanie wkurzająca jak nie wiem co, przechodziła samą siebie tym biadoleniem.
- Opowiedz.
    Spędzili cały ranek wspominając co się działo przez ten cały czas, pod koniec opowieści nastrój Hermiony był już prawie dobry, nie mogła jednak zrelaksować się do końca. Wiedziała, że nawet z całym swoim pakietem Charles jest w końcu ślizgonem, a ślizgoni lubią wiedzieć. On nie stanowi wyjątku i w końcu zapyta. Westchnęła zrezygnowana, klepnęła się w uda i udała nagle bardzo zaaferowaną i spóźnioną. Oczywiście nie oszukała go nawet przez sekundę. Zrozumiał jednak, że jeszcze nie jest gotowa, przytulił ją ponownie i wyszedł, obiecując, że pojawi się na uroczystej kolacji następnego dnia. Kobieta przeklinała swoją impulsywność i nerwowość, ale nic nie mogła na to poradzić. Postanowiła zrobić porządek w swoim  dawnym pokoju. Weszła na górę i z rozmachem otworzyła drzwi. Stanęła jednak jak wryta. Ściany pomalowano na brzoskwiniowy kolor, w rogu stało łóżeczko dziecięce i kołyska. Komoda ozdobiona była malutkimi misiami i uśmiechającymi się księżycami, ale okropnego widoku dopełniał wielki, ponad dwumetrowy miś przytulanka, który zajmował pozostałą część pokoju. Zrobiony był jakimś koślawym ściegiem na gigantyczny szydełku, a jedno z uszu było ewidentnie doszyte później i odstawało pod zbyt dużym kątem. Jej łóżka i szafy nie było. Książki i pergaminy zostały zastąpione przewijakiem, talkiem i pudełkami z mlekiem w proszku. Hermiona złapała się za głowę i wybiegła z pokoju wpadając prosto na Harrego. Przytrzymał ją i pogładził po plecach. Spojrzał na nią, by mieć pewność, że dobrze go zrozumie.
- Nie chcieliśmy, żebyś sama to znalazła. Twoje rzeczy są w dawnym pokoju Rona. Przepraszam Hermiono. Powinniśmy cię uprzedzić.
- Daj spokój Harry - otarła łzy z oczu i zeszli razem po schodach.- Pięknie urządziliście pokój dziecka. Jestem tylko bardzo zaskoczona. -  Jej nerwowy chichot przerodził się w łkanie i Potter znów ją przytulił.
- Jeśli chcesz, możemy wrócić ci twój pokój, a dziecięcy urządzimy w pokoju Rona, żaden problem.
- Nie nie, tak jest dobrze. Czekaj, a gdzie będzie spał Ron? - złapała Wybrańca za rękę, żądając odpowiedzi.
- Ron tu nie mieszka -  Harry był tak zakłopotany, że Hermionie prawie minęła złość.
- Jak to nie mieszka? Od kiedy?
- Od kiedy... -  przełknął nerwowo ślinę i spojrzał w bok.
- Od kiedy co Harry Potterze?
- Widzisz?! Wróciłaś, wreszcie brzmisz jak dawna Hermiona!
- Nie zmieniaj tematu!
- On i Luna spodziewają się dziecka trzy miesiące po nas - wypuścił głośno powietrze i nie patrząc jej w oczy nalał herbaty do dwóch filiżanek. Hermiona jednak zignorowała jego gesty, patrzyła tylko nieruchomo w dal.
- Powiesz coś? Proszę...
- Moi dwaj najlepsi przyjaciele na świecie będą ojcami, Chuck stał się mężczyzną, a Hagrid nagle  odnalazł pasję w szydełkowaniu? - Potter parsknął śmiechem, ale zaraz spoważniał i chwycił przyjaciółkę za rękę.
- Nie było cię tak długo...
- I dlatego cały świat stanął na głowie?! - podniosła się i zaczęła krążyć po pokoju, podnosząc losowe przedmioty jak lampa, książka czy choćby filiżanka.
- Nie pamiętam tych rzeczy, tego wszystkiego tu nie było! Czy jest coś co się nie zmieniło?!
- Wszyscy nadal cię kochamy, wariatko -  do pokoju wtoczyła się ciężko dysząc Ginny, podtrzymując brzuszek i uśmiechnęła się zadziornie do przyjaciółki. - Chodź tu.
Tamta posłusznie podeszła do ciężarnej, ale uścisnęła ją sztywno i krótko. Odsunęła się, z trudem hamując płacz.
- Wyjdę się przewietrzyć, dobrze?
- Kiedy tylko będziesz gotowa kochanie. - Hermiona stanęła w drzwiach i obejrzała się, akurat w momencie by być świadkiem jak szczęśliwy pan Potter podchodzi do swojej żony i z czułością kładzie dłoń na jej brzuchu, zapominając, że ona patrzy.


    Wiedziała, że popełnia błąd, ale i tak nie mogła się powstrzymać. Co jakiś czas przystawała by pogawędzić chwilę z uczniami, wszyscy życzyli jej szybkiego powrotu i zapewniali, że tęsknili.
Ona jednak marzyła już tylko o jednym. Znaleźć się w lochach i tworzyć. Cokolwiek, nawet głupi eliksir na kaszel, byle tylko zająć czymś ręce. Zanim jednak dotarła do klasy eliksirów, znów znalazła się oko w oko z Chuckiem. Blondyn spojrzał na nią z troską, a gdy chciała go wyminąć, złapał ją za rękę. Jego dotyk działał na nią dziwnie kojąco, ale nie przydawała temu jakiegoś drugiego dna. Była spragniona ludzkich uczuć i uwagi. Tyle. Popatrzyła na niego z nadzieją, że odgadnie jej myśli i da jej spokój, ale widocznie zbyt długo jej nie było - pomyślała ze smutkiem, gdy próbował ją zatrzymać.
- Chuck puść mnie.
- Poczekaj! Nie rób tego...nie jesteś jeszcze gotowa na tę rozmowę.
- Jaką rozmowę?
- Nie planowałaś iść do Snape'a i błagać go, byście znów byli razem? - spojrzał na nią sceptycznie.
- Nie! - krzyknęła. - To znaczy nie, skądże. Szłam zrobić jakiś eliksir - dodała już spokojniej.
- Ja ci nie wierze, mogłaś bardziej się postarać. Zresztą nie ważne, chcesz się oszukiwać, dla mnie spoko. Nie rób jednak czegoś na co nie jesteś gotowa! Daj mu trochę czasu, pozwól oswoić się z myślą, że znów jesteś obecna w jego życiu. Nie było cię tyle czasu, że ciężko będzie znów wrócić do dawnych stosunków.
- Dzięki -  odparła z przekąsem. - Zauważyłam, że życie toczyło się dalej, beze mnie, ale sądziłam, że akurat ty mi o tym nie przypomnisz.
- Robię to, bo się o ciebie martwię.
- Martw się o siebie, dzięki.
- Hej! Nie odtrącaj mnie dobrze? - znów złapał za jej dłoń. Gryfonka spojrzała na ich splecione dłonie i poczuła gorąco oblewające jej twarz.
- Słuchaj Chuck nie masz jakiejś dziewczyny, z którą powinieneś teraz być, jednej albo kilku? -  Jego twarz diametralnie się zmieniła, spostrzegła zakłopotanie i jakby poczucie winy. Powiedziała to w żartach, ale nie sądziła, że trafiła w sedno.
- Poważnie? Kim ona jest? Znam ją? - Nie mogła nic poradzić, że brzmiała jak jakaś matka, której pisklę chce wydostać się spod opiekuńczych skrzydeł.
- To Carol. Jesteśmy parą od kilku miesięcy. - Po jej minie od razu spostrzegł, że lepiej było na razie skłamać.
- Zane? Ta....! Och Chuck powiedz, że jak mnie nie było, jakaś inna Carol zaczęła się uczyć w Hogwarcie? - Milczał patrząc na nią zszokowany jej wybuchem.
- Tylko nie ona! Przecież to pustak, sam mówiłeś, że jest dziwna...
- Pomogła mi, kiedy...
- Ha! Więc to nagroda pocieszenia? Tak nie można!
- Nie to nie tak! Zbliżyliśmy się, a w miarę jak zacząłem ją poznawać, zrozumiałem, jaka jest wspaniała.  Zakochałem się, szybciej niż byłbym w stanie przyznać. - Spojrzał w jej brązowe oczy, pełne niedowierzania. Gdy tak na niego patrzyła, czuł się jak zdrajca i ogarnęła go złość.
- Przecież to ty mnie nie chciałaś! - krzyknął. - Nie oczekiwałaś chyba, że będę wiecznie czekał, aż przejrzysz na oczy i wybierzesz mnie, zamiast Snape'a! To niedorzeczne Hermiono!
Ona jednak nie miała zamiaru mu odpowiadać. Ruszyła schodami w dół ignorując wołającego ją przyjaciela. Była tak zrozpaczona, że łzy przesłoniły jej widok. Machinalnie otworzyła wrota klasy eliksirów, wparowała na zaplecze i zaczęła przygotowywać stanowisko pracy. Nie zauważała upływającego czasu i nawet gdy pojedyncze głosy rozbrzmiewały, gdy Severus prosił kogoś o odpowiedź, ona pracowała dalej. Po 40 minutach nie była jednak w stanie ignorować jego głębokiego, seksownego głosu, który wdzierał się w jej wkurzone myśli. Podniosła głowę z zamiarem zwrócenia mu uwagi, że przeszkadza jej w pracy, ale stanęła jak wryta twarzą w twarz z Severusem. Mierzył ją spokojnym na pozór spojrzeniem, ale widziała, że ledwo nad sobą panuje. Podszedł bliżej i specjalnie nadając głosowi głębie jaką uwielbiała, zaczął ją pouczać.
- Kiedy nauczyciel prowadzi zajęcia, nie należy mu przeszkadzać. Ty zaś zachowywałaś się, jakby ta pracownia należała tylko do ciebie. Wiem, że nie było cię długo, ale nawet Gryfon jak ty, nie powinien zapominać zasad, które obowiązują nas wszystkich. - Spojrzał na nią przelotnie. Oddychała głęboko, był pewien, że nie usłyszała ani słowa z jego małej mowy. Skupiała się tylko na jego bliskości i głębi głosu. Uwielbiał w niej to, jak zatracała się w takich niecodziennych doznaniach. Kiedyś wyznała mu, że jego głos działa na nią prawie tak dobrze, jak jego penis. Wziął to za żart, ale patrząc na jej zaczerwienione policzki i unoszącą się klatkę piersiową, zaczął zdawać sobie sprawę, że nie żartowała wtedy. Poczuł się równocześnie zły i podniecony. Przeniósł spojrzenie z jej piersi na usta i głośno przełknął ślinę. Dopiero po kilku sekundach dotarło do niego, że się odezwała.
- Przepraszam, Severusie. Powinnam wiedzieć, że będziesz miał teraz zajęcia. Pójdę już. - Próbowała go wyminąć, ale zatrzymał ją, sam nie wiedział czemu. Wreszcie spojrzała mu w twarz. Głodne, pożądliwe, stęsknione spojrzenie czarnych jak smoła oczu przesunęło się po jej twarzy, ustach i spoczęło na piersiach. Zmieszana spojrzała na jego dłoń i znów przełknęła ślinę. Przypomniała sobie scenę w parku i to jak ją zostawił.
- Coś jeszcze? Czy mogę już odejść?
- Nie posprzątasz tu? - za wszelką cenę próbował ją zatrzymać, choć na kilka minut. Nie mógł tego przyznać, ale tęsknota była silniejsza niż złość. I wcale nie miało to nic wspólnego z prądem, który przebiegał po jego skórze od momentu jak jej dotknął.
- Wrócę, gdy wszyscy będą na kolacji, wtedy nie będę ci przeszkadzać. - Mówiła cicho, jakby bała się jego reakcji. Nie podobało mu się to. Pragnął by była swobodna, śmiała i zdecydowana jak zawsze. Nie był fanem tej nowej wycofanej i niepewnej Hermiony. Nie mógłby powiedzieć, że straciła swój seksapil, ale to nie była jego Hermiona, jego kotka i kokietka. Ta dziewczyna już nie wróci. Ona przeżyła koszmar i cudem wróciła do domu, a ty martwisz się, że nie próbuje cię uwieść przy pierwszym spotkaniu. Snape! Ty durniu - skarcił się w myślach. Cofnął się i przepuścił ją, ale  Granger przylgnęła do niego w jakimś rozpaczliwym geście i wtuliła się tak mocno, że nie miał innego wyjścia jak tylko przytulić ją równie mocno i oprzeć brodę na jej karku. Wciągnął jej zapach głęboko w płuca i rozkoszował się nim. Palce mocno wczepiła w skórę na łopatkach, tym samym przylegając do niego biodrami. Usiłował utrzymać równowagę, ale było to coraz trudniejsze. W końcu oparł ją o blat stołu i tulił głaszcząc jej chude plecy. Był pewien, że dziwny skrzekliwy dźwięk to jej płacz, ale nie mógł jeszcze skonfrontować się z jej łzami. Jeszcze nie. Była tu, cała i zdrowa, choć nie do końca. Tak rozpaczliwie go trzymała, jakby był jedyną niezmienną rzeczą w jej życiu. Gdy go olśniło, poczuł pot na plecach. Nie było jej tyle czasu, życie toczyło się dalej. Wszystkie te zmiany na pewno  dały jej w kość i dlatego tak się zachowuje. Przecież dał jej jasno do zrozumienia, że między nimi skończone, a ona i tak tu przyszła i tak go sprowokowała. Chciała czegoś, co znała sprzed porwania. Sprzed jej ucieczki - poprawił się w myślach.
     Puścił ją i odważnie spojrzał w jej oczy. Opuściła twarz i pociągnęła nosem. Stali tak blisko, twarz przy twarzy, biodro przy biodrze. Jej rozchylone w zaproszeniu usta, prawie nie widoczne piegi na lekko zadartym nosku, mądre orzechowe oczy, cała jej twarz tak boleśnie przypominała mu, jak bardzo za nią tęsknił, jak bardzo ją kochał i jak bardzo go zraniła. Potrząsnął głową i otarł jej policzek mokry od łez. Chusteczka, którą jej podał, miała zapobiec ponownemu zetknięciu się jego dłoni z jej policzkami, czuł bowiem, że może więcej nie wytrzymać. Gryfonka nieporadnie otarła oczy i wysiąkała nos, zakłopotana i niepewna.
- Dziękuję - wychrypiała.
- Myślę, że powinnaś już iść. Molly zapewne wysłała  Harrego, by cię szukał.
- Myślisz?
- Zapewne. Ledwo cię odzyskaliśmy.. - podniosła na niego wzrok - to znaczy Weasley' owie cię odzyskali. Nie mogliby pozwolić sobie na kolejne...zaginięcie. - Dodał niepewnie, zbolałym głosem, zachrypłym od emocji i jej bliskości. Próbowała wyplątać się do końca z jego objęć, ale robiła to jakoś bez przekonania, więc nie przesunął się ani o milimetr. Byli kłębkiem nerwów i sami nie wiedzieli dlaczego dopuścili do tak dziwnej sytuacji, ale nie chcieli jeszcze przerywać kontaktu. Tyle tygodni osobno działało na nich lepiej niż jakikolwiek afrodyzjak i nim Snape się spostrzegł, już trzymał lewą dłoń na jej obojczyku i gładził go w tak dobrze znanej pieszczocie prowadzącej już tylko do pocałunku. Hermiona zadarła głowę do góry, by spojrzeć w jego roziskrzone oczy. Oddychał z trudem. Przymknęła oczy w oczekiwaniu. Przytulił rozgrzany policzek do jej policzka, a sekundę później poczuła gorący oddech na swoich ustach. Nadal jednak jej nie dotykał. Lekko przesunęła wargami po jego chropowatym policzku, a gdy mruknął zadowolony, przycisnęła usta do jego warg. Czas się zatrzymał. Oboje wstrzymali oddech, otworzyli oczy i spojrzeli na siebie. Ich złączone w nieporadnym pocałunku usta, były niczym magnes spajający ich w jedno. Równocześnie rozchylili usta i pogłębili pocałunek, zamykając oczy. Gdy ich języki połączyły się z ust Snape'a wbrew jemu samemu wydobył się gardłowy jęk, dzięki któremu pod Hermioną ugięły się kolana. Podtrzymał ją, wsuwając ręce pod jej pośladki i zupełnie jak kiedyś posadził ją na blacie. Zaraz jednak zabrał ręce i delikatnie odsunął od siebie kobietę. Nie chciał by poczuła rosnącego penisa. Był już twardy i gotowy, ale nie musiała o tym wiedzieć. Zaraz jednak jego ciało oszukało go i otarł się o jej biodra, wywołując swoją wielkością jęk rozkoszy. Granger przygryzła jego język i pogładziła swoim kojąco, nie przestając ocierać się biodrami o jego stojącego penisa. Chwyciła twarz ukochanego w dłonie i natarła na jego usta mocniej, wpychając język z całej siły. Równocześnie odjęła jedną rękę od jego twarzy i przeniosła ją na jego pas. Gorączkowo gładziła gruby kształt rysujący się pod szatą, spazmatycznie łapiąc powietrze pomiędzy pocałunkami. Severus doskonale znając jej potrzeby przeniósł usta na szyję, łapczywie ją kąsając i śliniąc. Gdy syknęła dość głośno na początku nie zrozumiał dlaczego, jednak gdy powtórzył gest i znów usłyszał jej zdławiony głos, a jej ręką uniosła się by go powstrzymać, otworzył oczy zaniepokojony. Spojrzał na nią, a następnie na miejsce, które tak zapamiętale pieścił. Wzdłuż jej karku, znikając za kołnierzem szaty, ciągnęła się pozszywana dość płytka rana, która teraz pod wpływem ruchu i jego ust musiała od nowa ją zaboleć. Niestety podziałała jak kubeł zimnej wody i Severus od razu odsunął się starając się nie patrzeć jej w oczy.
- Wybacz - wybełkotał.
- Severusie...- złapała go za przód szaty próbując przyciągnąć do siebie na nowo.
- Muszę... spieszę się na kolację.
- Jest 14 - dodała swoim zrzędliwym tonem.
- Więc na obiad.- Przyciągnęła go do siebie, ale nie na tyle blisko by znów go poczuć.
- Nie rób tego, proszę - wyszeptała.
- Czego? - odpowiedział równie cicho.
- Nie zostawiaj mnie.
- Ty zostawiłaś mnie, pamiętasz?





   Gdy wreszcie pozbierała się i opanowała rozszalałe serce, ruszyła do góry, by dołączyć do kadry przy obiedzie. Minęła siedzącego na początku Severusa, spojrzała ze smutkiem, ale i złością na miejsce zwykle zajmowane przez Wiktora i usiadła o wiele dalej, koło Hagrida. Gajowy, wielce wzruszony chciał ją wypytywać, zbyła go jednak delikatnie i zjedli w milczeniu. Postanowiła wstąpić do swoich komnat i zabrać do Nory coś lekkiego do czytania, po drodze jednak natknęła się na Minerwę McGonagall. Nie potrafiła jej odmówić i już po kilku minutach rozmowy, siedziały nad filiżankami z herbatą w gabinecie Profesorki. Opiekunka Gryffindoru oczywiście była nadopiekuńcza, ale Hermiona ze śmiechem przyznała, że bardzo jej tego brakowało. Gdy jednak rozmowa zeszła na poważne tematy, próbowała się ewakuować.
- Będę już lecieć.
- Powiem ci jeszcze tylko jedno. Daj mi skończyć. -  Usadziła pupilkę z powrotem na krześle, patrząc na nią ostro.- W życiu nie widziałam Severusa w takim stanie. A znam go całe życie. Nie pozwolę skrzywdzić go jeszcze raz. Zapamiętaj moje słowa.
- Nie bardzo rozumiem...
- Wiem, że mnie rozumiesz. Ten chłopak przeszedł w życiu już tyle...wycierpiał więcej niż ktokolwiek kogo znam, ale ty...ty złamałaś jego serce, możliwe że bezpowrotnie. Jeśli go nie kochasz, jeśli nie masz zamiaru być z nim na dobre i na złe, to daj mu spokój.
- Minerwo...dlaczego tak mówisz -  nawet nie wiedziała, że płacze, ale spojrzenie mądrych kocich oczu powiedziało jej, że to akurat argument łagodzący w tym procesie.
- Możesz mówić, że Krum cię porwał, nie twierdze, że nie, ale wiem, że to ty uciekłaś od Severusa. To ty, Gryfonka, zostawiłaś go i wolałaś schować głowę w piasek niż stawić czoła problemom.
- Skąd wiesz?
- Nieistotne. Wiesz co on zrobił? Wynajął ekipę poszukiwaczy. Nie spał, nie jadł, dniem i nocą przetrząsał świat, by tylko cię znaleźć. Nie spoczął w swoich wysiłkach, dopóki Pan Newborn łaskawie nie unaocznił mu...że nie wrócisz. To że się mylił, jest nie ważne - dodała wesoło.- Chcesz wiedzieć, co potem działo się z naszym kochanym Sevem? Zaczął pić. Przestał pojawiać się na wykładach i posiłkach, aż w końcu w ogóle zniknął w tych swoich lochach. Gdy go odwiedziłam wgapiał się w tę fotografię ze ślubu Potterów, powiedział tylko jedno zdanie. Cytuję: Nie wierzę, że ona odeszła, nie moja Hermiona.Koniec cytatu. Rozumiesz już co chcę ci powiedzieć dziecko?
- Twarz Granger była mokra od łez. Nie odezwała się, jej głos ugrzązł w gardle, które paliło niczym ogień.
Na chwiejnych nogach wyszła  z gabinetu i udała się do swoich komnat. Padła na łóżko i płakała nad własną beznadziejnością i głupotą. Zdzierała sobie gardło, niemal żałując, że znów nie jest w niewoli u Kruma. Severus kochał ją, najprawdziwszą miłością, a ona wyrzuciła to uczucie do kosza. Jak jakaś szmata. Nie zasługiwała na jego uczucie, na przebaczenie i na nowy start. Nie zasługiwała na nic. Chciała choć na chwilę zapomnieć, jak ją całował, jak pieścił. Transmutowała lusterko w butelkę bursztynowego trunku i przysiadła na fotelu. Gdy wreszcie była w stanie złapać oddech bez spazmatycznego szlochu, przełknęła łyk alkoholu i roześmiała się cicho. Przynajmniej to mieli wspólne - upijanie się w obliczu końca świata. Rozważała przeproszenie Severusa z całego serca, a potem zniknięcie z powierzchni ziemi, gdy ktoś zapukał do drzwi.
Na progu znalazła Mistrza Eliksirów, który wyglądał jeśli to w ogóle możliwe, jeszcze gorzej niż ona. Popatrzył na nią i dostrzegła w jego oczach cień pożądania, ale i jakby urazy. Skinęła mu głową, zbyt pijana, by się odezwać, bez ryzyka bełkotania bezsensu.
- Zapytałbym cię, czemu urżnęłaś się beze mnie, ale nie ma czasu, zbieraj się. Chwycił ją za ramię i wypchnął za drzwi.
- Co my robimy?
- Trzeba szybko dotrzeć do szpitala, Ginny zaczęła rodzić.
Zbiegali po dwa stopnie na raz, w milczeniu pokonując drogę do bram Hogwartu. Gdy wreszcie przekroczyli magiczną granicę, Severus chwycił jej ciepłą dłoń i przeniósł ich na chodnik przed bramą szpitala. Chwycił Hermionę za ramiona i spojrzał jej w oczy. Przełknął głośno ślinę, a jego twarz ozdobił grymas przypominający uśmiech, o którym myślała, że już nigdy go nie zobaczy. Znów ogarnęła ją chęć pocałowania go i całowania, do końca świata. Musiał zobaczyć to w jej oczach, bo odchrząknął.
- Cokolwiek jest, bądź nie jest między nami, jest teraz nie ważne. Teraz liczy się tylko Ginny, a ja jako ojciec chrzestny zobowiązałem się, dostarczyć cię w jednym kawałku. Postaraj się więc nie histeryzować. - Potarł jej ramiona w pocieszającym geście.
-  A gdy już będzie po wszystkim, to sobie porozmawiamy. Teraz chodź. - dodał już swoim zwykłym zrzędliwym tonem.

















wtorek, 7 marca 2017

Rozdział 24

Proszę podejść do tego rozdziału z dość dużym dystansem, gdyż był pisany w dużych emocjach i nie jestem pewna czy to jest jego ostateczna forma.
Niemniej jednak zapraszam;)




- No to mamy już plan. Tylko pamiętaj, żadnych sztuczek. Będę wiedział, jak zaczniesz kombinować. - Blaise Zabini uśmiechnął się wrednie,a siedząca obok niego dziewczyna skrzywiła się ze wstrętem.
- Sama nie wiem czy to bardziej szalone czy żałosne, że chcesz użyć mnie aby uciec lub umrzeć próbując.
- To genialne. - Przewróciła oczami i skierowała się w stronę łazienki. Jej ciała nie krępowały już więzy. Nie miałoby to już sensu. Kilka godzin i cała sprawa się rozwiąże.
- Jesteś zbyt pewny siebie! - Krzyknęła, a jej głos był lekko zagłuszony przez lejącą się wodę.
- Wiesz, że nie wolno ci mówić takich rzeczy ślizgonowi?!
- Nie wiem, ale cokolwiek uważasz i tak mnie nie skrzywdzisz!
- Nie przeginaj!
- Zabini! Oboje wiemy, że bardziej przydam ci się żywa! - Mężczyzna mógłby przysiąc, że słyszał w jej głosie nutkę rozbawienia. Miał jednak dość tych przekrzykiwań, więc ruszył w stronę łazienki. Bezszelestnie podkradł się i stanął w drzwiach opierając się o futrynę. Spojrzał na  krzątającą się dziewczynę. Myła zęby, pochylona nad umywalką. Miała zamknięte oczy, ale przeczuwał, że doskonale zdawała sobie sprawę, że jest obserwowana.Jej długie, skołtunione włosy, które mimo niezbyt dobrych warunków nie straciły blasku.  Znów ogarnęło go dziwne uczucie tęsknoty. Nigdy nie był zakochany, w zasadzie gardził wszelkimi miłostkami, ale patrząc na gryfonkę poczuł, że mógłby do tego przywyknąć. Tylko oni w przestrzeni domu, który byłby ich własnym, małym królestwem. Leniwe poranki w łóżku, dysputy przy kawie, zakupy na Pokątnej...
Potrząsnął ze złością głową i wycofał się nim miała szansę go zauważyć. Wyszedł nie mówiąc jej ani słowa.

      Gryfonka usiadła do stołu, ale prócz gapienia się na kubek parującej kawy, nie była w stanie nic zrobić. Czuła głód, zresztą czuła go nieprzerwanie od miesięcy, ale wiedziała, że cokolwiek by zjadła zaraz zwróciłaby z nerwów. Martwiła się o całą tę sytuację. Martwiła się o Severusa, nawet martwiła się o Zabiniego. Ciągle jednak nie była pewna jak on się zachowa. Czy da się zabić? Czy, w ostatniej chwili ich przechytrzy i ucieknie? Sama nie wiedziała, czego chciałaby bardziej. Czuła, że był szczery, a jednak to śmierciożerca. Czy jeśli ucieknie, to już nigdy więcej nie zada bólu i cierpienia z którego zrodziła się jego udręka? Czy w ogóle mądrym było układać się z mordercą? Czy miała wybór?
Kilka godzin jakie pozostało do " wielkiego finału "  nie przyniosło odpowiedzi, ale kiedy usłyszała zamykające się drzwi już nie bała się aż tak bardzo. Co ma być to będzie.



       Severus oczywiście nikomu nie powiedział o zaszyfrowanej wiadomości, którą tamtego pamiętnego dnia przyniosła mu sowa. Nie powiedział też, że ma zamiar spełnić warunki postawione przez porywacza. W chwili szczerości ze samym sobą, orzekł że dałby mu wszystko byle tylko pozwolił Hermionie odejść wolno.
Nie przejmował się niczym. Jeśli tylko zobaczy ją całą i zdrową, postąpi tak jak się umówili. Powinien być przerażony wizją Zabiniego na wolności, omamionego poczuciem bezkarności, ale nie był. W zasadzie nie mógłby być szczęśliwszy. Odzyska Hermionę!

      Blaise wszedł do mieszkania i po przestąpieniu progu kuchni od razu skrępował dziewczynę magicznymi łańcuchami. Jeśli była zaskoczona, nie dała tego po sobie poznać. Wstała posłusznie i skierowała się razem z nim w stronę pokoju, który od kilku tygodni nazywała "swoim" . Spojrzała na niego niepewnie. Wydawał się być czymś bardzo poruszony. Nie zadała pytań, bo wiedziała, że odpowiedzi mogą ją przerazić. W końcu jednak mężczyzna potarł gwałtownie spodnie i spojrzał jej w oczy, jak próbował ocenić, czy szczerość coś mu pomoże. Jej niepewny uśmiech musiał go przekonać, bo przemówił i nie wydawał się już być aż tak przejętym.
- Kiedy usłyszałem, że jest robota do wykonania, a przede wszystkim kiedy usłyszałem ile Krum płaci, wręcz zapaliłem się do tego. Wiesz czemu? Bo od dawna marzyłem o takiej okazji. Zniszczyć szlamę Pottera, a do tego jeszcze się wzbogacić? Nie znam śmierciożercy, który nie poszedłby na taki układ. Ale potem zacząłem się zastanawiać...Skoro Krum chce z tobą skończyć, to chyba musi mieć mega ważny powód i tak oto doszedłem do wniosku, że skoro on chce cię zabić, to ja nie. - Uniosła brwi, ale on już był w transie. Nie zauważył jej reakcji. Musiał wyrzucić to z siebie.
- Dlaczego? - Wtrąciła cicho, nie chcąc go spłoszyć.
- Można by stwierdzić, że jedna śmierć w tę lub tamtą. Voldemorta już nie ma, a ja nie chciałbym stać na czele ruchu jego zwolenników. I to jeszcze z łatką tego, który to wszystko zaczął od nowa. Bo niewątpliwie tak właśnie by było. Nie ufam temu Bułgarskiemu śmieciowi, na pewno zaraz wszyscy by się dowiedzieli, że to ja z tobą skończyłem. Wiesz co chcę powiedzieć? - Wyciągnęła rękę, jakby chciała go zatrzymać, nim powie za dużo.
- Poczekaj. Czy on...chce dokończyć jego dzieło? - nawet nie ukrywała przerażenia w głosie.
- Nie, tego nie powiedziałem, ale niewątpliwie tak to może wyglądać. Tym bardziej, że on nie jest przy zdrowych zmysłach. - Dziewczyna zaśmiała się gorzko.
- A kto z nas jest?
- Koleś był gotów zagłodzić cię na śmierć i spalić twoje dogasające życie, a ty go bronisz? Może jednak to nie Snape jest twoim kochasiem?
- Nie obrażaj mnie Zabini -  spojrzała na niego z politowaniem. - Pomyśl o tym tak na poważnie. Kiedy wszystkie męty jakich nie udało się wyłapać usłyszą, że wielka wiem-to-wszystko nie żyje, a jej mordercą jest prawa ręka Czarnego Pana, to wiesz co się stanie? Bunt. Jeden wielki bunt. Jego poplecznicy poczują się bezkarni i znów zapanują mroczne czasy. Krum naprawdę zwariował. - Pokręciła głową, nie dowierzając temu co usłyszała i wywnioskowała. - Nie możesz mnie zabić.
- Nie mogę.
- Mówię poważnie, jeśli cokolwiek z tego co mówiłeś jest prawdą, jeśli naprawdę chcesz zniknąć i umrzeć w spokoju na jakiejś rajskiej wyspie, musisz zrobić wszystko bym bezpiecznie dotarła do Hogwartu.
- Wiem - zgodził się łagodnie.
- Założę się, że Krum już teraz podjudza koleżków, że coś wielkiego wydarzy się na dniach.
- Słyszałem już co nieco.
- Więc to naprawdę się dzieje?
- Pytasz czy Wiktor Krum zwariował bo go nie chciałaś?
- Nie, pytam czy moja śmierć może przyczynić się do powrotu mrocznych czasów.
-Tak, ale moje też było prawdziwe, tylko nie chcesz przyjąć tego do wiadomości -  mrugnął do niej, a ona pokręciła głową rozbawiona. Odwróciła się do okna, nagle zawstydzona, że pozwala sobie na taki luz w towarzystwie śmierciożercy, który o mało jej nie zabił i który praktycznie przyznał, że gdyby to zrobił to wyzwoliłby powstanie Czarnej Magii i Czasów Terroru na nowo.
 - Więc...zrobisz to?
- Czy oddam cię Snape' owi w zamian za życie w dostatku, gdzieś gdzie ludzie nawet nie wiedzą, że coś takiego jak Magia istnieje?
- Tak - odpowiedziała krótko.
- Zrobię to, albo zginę próbując. -  Nieoczekiwanie oczy Hermiony zaszkliły się, a ona sama nerwowo przełknęła ślinę jeszcze bardziej się od niego odsuwając. Wróciła pamięcią do tego wieczora, kiedy prawie przespała się z Wiktorem po kłótni z Severusem. Jej ukochany użył dokładnie tych samych słów. Też obiecał jej coś na czym jej zależało, w banalnie zabawny sposób. Nawet się nie zorientowała, że płacze. Przez cały swój pobyt w więzieniu starała się nie płakać, nie okazać jak bardzo się boi, a teraz kiedy wreszcie pojawiło się światełko w tunelu, tama puściła. Hermiona płakała tak długo, aż dostała czkawki. W końcu podniosła zapuchnięte oczy na jego niewyraźną sylwetkę, a on jednym ruchem różdżki doprowadził ją do porządku.
-  No już już. Przecież nie możesz pokazać się Sevciowi jak kocmołuch. Udało mi się ukraść szałowe jeansy, ale musisz je przymierzyć, bo mogą być za luźne na ten twój kościsty tyłek. - Znów do niej mrugnął i wbrew sobie roześmiała się.



      Skompletował dokumenty potrzebne porywaczowi, ostatni raz sprawdził czy różdżka ukryta w rękawie dobrze leży. Spojrzał na swój mugolski strój i pokręcił głową ze zdumieniem. Wiedział, że będzie chciał dokonać wymiany wśród mugoli, ale nie sądził, że dostanie nawet listę zawierającą niezbędny strój po którym rzekomo będą mieli go poznać w tłumie. Tak jakby bez tego się nie wyróżniał. Chyba, że to był ktoś kto nie zna go osobiście i jest tylko pośrednikiem? Postanowił się nad tym nie rozwodzić. Najważniejsze, że wreszcie zobaczy Hermionę. Koniec z bezsennymi nocami, z bezmyślną wegetacją. Wreszcie odżyje i oboje będą mogli kontynuować sprawy tam gdzie je zostawili.

     Mężczyzna skrył się w cieniu rozłożystych drzew i bacznie obserwował, starając się nie wychylać za bardzo. Gdy ujrzał brązowowłosą kobietę idącą niepewnym krokiem ramię w ramię z czarnoskórym śmierciożercą, jego ściśnięta na różdżce ręka aż zapiekła. Ostatkiem sił powstrzymał się od rzucenia w oboje avadą. Zamiast tego śledził ich. Jechał z nimi metrem, następnie spacerem pokonał wraz z nimi drogę nad staw, a gdy wreszcie jak nigdy nic usiedli na ławce w pobliskim parku, był bliski wybuchu. Rozmawiali półgłosem więc nie był w stanie usłyszeć niczego, ale po sposobie w jaki patrzyli na siebie kątem oka poznał, że ufają sobie i lubią swoje towarzystwo. Poczuł palącą zazdrość i tylko niezdrowa ciekawość powstrzymała go od zdemaskowania ich. - Jak ta głupia dziwka mogła tak ze mnie zakpić? - pomyślał. Minuty mijały i nic ważnego się nie działo. Nikt nie zwracał na niego uwagi, więc wykorzystał ten moment na maksymalne zbliżenie się do celu. Już miał się poddać i zdemaskować swoją obecność, gdy zobaczył coś niezwykłego.
Severus Snape w tweedowej marynarce, kapeluszu i dziwnych oficerskich butach maszerował w stronę zagadanej pary, choć właściwie nie zwracał na nich uwagi. Już miał ich minąć, gdy nagle jakby się ocknął i wymierzył różdżkę w stronę Blaise'a. Krum oglądał tę scenę z bezpiecznej odległości, jednak lata służby nauczyły go, że w obecności Snape'a niczego nie należy brak za pewnik. Ścisnął swoją broń jeszcze mocniej i z bijącym sercem oczekiwał rozwoju wypadków.

Mistrz Eliksirów czuł się jak idiota paradując w dziwnie pachnącym, wątpliwej jakości stroju. Przechadzał się jednak tak, jak zawarte było w instrukcji. Nie zauważył niczego niepokojącego, ale ani Hermiony, ani porywacza też nie widział. Mijał właśnie jakąś kłócącą się parę, gdy jego wzrok jakby się wyostrzył i dotarło do niego, że to Hermiona i Zabini. Sięgnął po różdżkę i przeklął samego siebie, jak mógł zapomnieć o zaklęciu odwracającym uwagę?! Proste i skuteczne. Pogratulował Zabiniemu finezji. Nie zdobył się jeszcze na spojrzenie na ukochaną.Nie dopóki nie będzie bezpieczna, a porywacz daleko stąd. Przez chwilę mierzyli się groźnymi spojrzeniami. Zaraz jednak Blaise uśmiechnął się i wyciągnął rękę. Severus sam nie wiedział dlaczego w ogóle to robi, ale nie chcąc go drażnić przyjął wyciągniętą dłoń i skinął przeciwnikowi. Gryfonka obserwowała wszystko z mocno bijącym sercem, ale bardziej z podniecenia niż przerażenia. Chłonęła widok ukochanego. Patrzyła na jego nierówne rysy, na przydługie włosy i skupione oczy. Cala tęsknota uciekała z jej ciała i umysłu niczym choroba, którą wreszcie zaczęły zwalczać antybiotyki. Poruszyła się niespokojnie, niepewna dlaczego mężczyzna na nią nie patrzy. Spojrzała na Zabiniego, chcąc mu zakomunikować, że może ją puścić i Severus go nie zabije. Że jego plan się powiódł i każdy dostanie to czego chciał. Chciała, by wiedział, że jest mu wdzięczna za nie zabicie jej, ale musi już odejść. Jednak jej towarzysz wydawał się być co najmniej wstrząśnięty, ale nie widokiem Severusa, tylko czymś co znajdowało się na lewo od niego. Nim w ogóle zarejestrowała co to było, rozległ się jego głośny krzyk . Usłyszała padnij i niewiele myśląc dokładnie to zrobiła.
     Gdy otworzyła oczy, pisnęła z przerażenia. U jej stóp, leżał, albo raczej szamotał się związany magicznie Krum. Patrzył na nią z jeszcze większą nienawiścią, ale w kącikach jego oczu czaiło się przede wszystkim szaleństwo. To już nie był Wiktor fajtłapa delikatnie próbujący dorwać się do jej spódnicy. To był Wiktor morderca, który gotów był ją zagłodzić i spalić żywcem. Odsunęła się ze wstrętem nadal nie zdolna do powstania, rozejrzała się w poszukiwaniu Severusa. Dostrzegła go parę metrów dalej, również na ziemi. Właśnie otrzepywał śmieszną marynarkę z brudu. Ich oczy na sekundę się spotkały i dostrzegła w nich całą miłość i troskę, jakiej nie mogła znaleźć w nim podczas ich ostatnich wspólnych tygodni. Tych uczuć nie mogły wyrazić żadne słowa, ani gesty, więc wzruszona Hermiona znów postąpiła impulsywnie i biegiem rzuciła się w stronę ukochanego. Wpadła w jego ramiona i załkała. Tulił ją z całej siły, jakby próbował samemu sobie przetłumaczyć, że naprawdę ich koszmar się skończył i wreszcie będą mogli być razem. Na dobre i na złe. Spojrzeli sobie w oczy i zetknęli się czołami. Nie musieli nic mówić. Na potok słów będzie czas później. Kojąca chwila bliskości została przerwana przez lekko zdenerwowany głos Blaise' a przynaglający ich, do powrotu do interesów.
    Wyjątkowo trzymając się za ręce podeszli niespiesznie do zzieleniałego śmierciożercy i zaskoczeni przypomnieli sobie o obecności Kruma. Hermiona spięła się. Skoro on tu był i widział ją żywą i jak na razie bezpieczną, to Krum ma wszelkie powody by chcieć ich zabić. Wszystkich. Spojrzała na Blaise' a i odkryła, że był więcej niż zrozpaczony. Jeśli to co zrobił wyjdzie na jaw...będzie zgubiony. Przeniosła spojrzenie na ukochanego i już chciała prosić go o wywiązanie się z umowy póki Szalony Wiktor jest na tyle oszołomiony, że jeszcze nie walczy i nie miota klątw, jednak Severus już sięgał do marynarki po dokumenty.
Wyciągnął zwitek papierów w stronę Zabiniego i skinął głową.
- Wiesz co z tym robić.
- Nigdy więcej się nie zobaczymy. Dbaj o moją małą lwicę.
- Jak ją nazwałeś? - Snape momentalnie się zjeżył.
- O co ci chodzi?
- Najpierw ją porwałeś, a teraz nazywasz ją swoją małą lwicą? Jeszcze mogę cię wpakować do więzienia, radzę ci zważaj na słowa. - Jego głos był zimny, ale i  zdradzał zdenerwowanie.
- Nie skrzywdziłem jej nigdy. A przynajmniej nie od skończenia szkoły.
- Nie pieprz. Porwałeś ją, torturowałeś, wygląda gorzej niż źle...
- Hola! Ja nic nie zrobiłem.
- Kłamstwo w twojej sytuacji jest dość ryzykowne.
- Ekhem...Severusie. Zabini naprawdę niczego nie zrobił. To....to Wikor mnie porwał i chciał....zabić.
Siedzący do tej pory cicho Krum wreszcie warknął gardłowo i rzucił się w ich stronę, jednak więzy uniemożliwiły mu cokolwiek prócz żałosnych prób. Patrzył na całą trójkę z nienawiścią, ale Hermiona wiedziała, że już nie powstrzyma lawiny.
- Świetnie to uknułem co, Snape? Porwę twoją małą dziwkę i będę się z nią zabawiał od świtu do nocy. - Momentalnie dwie różdżki znalazły się na jego gardle, jednak nie na tyle mocno, by nie mógł dalej mówić.
-Miałem dobry plan, ale niestety nie przewidziałem jednego. Że szlama będzie wolała umrzeć, niż stworzyć ze mną związek. Nadal nie mogę tego pojąć. Dlaczego Hermiono? -  Spojrzał w stronę zaskoczonej dziewczyny, nagle zawstydzonej, że na niej koncentruje się cała uwaga. W oczach Bułgara dostrzegła cień dawnego kolegi.
- Naprawdę nie rozumiesz?
- Miałabyś wszystko. Pieniądze, sławę, kosztowności, książki. Kupiłbym ci bibliotekę. Wszystko co tylko byś sobie wymarzyła. - Spojrzał na nią z nadzieją, jakby wierząc, że może jeszcze wpłynąć na jej decyzje.
- Wiktorze.. - kucnęła, by zrównać się z nim wzrokiem. Dwoje bodyguardów poruszyło się niespokojnie.
- Wiktorze, to co ty nazywasz miłością, uczuciem, jest niczym więcej jak chorą chęcią posiadania i kontroli. Nie możesz sterować niczyim życiem, wbrew tej osobie. Miłość polega na akceptowaniu wyborów życiowych ukochanej i wspieraniu, choćby nie wiem co. - Spojrzała w górę prosto w czarne oczy Severusa, ale zaraz wróciła do Wiktora. - Wymyśliłeś sobie, że nagniesz mnie do swoich wyobrażeń i wpoisz mi nawyki, ale czy przez te wszystkie tygodnie, próbowałeś ze mną porozmawiać? Skonfrontować to co myślałeś, że o mnie wiesz, z prawdą? A czy patrzyłeś na mnie tak naprawdę? Czy widząc blizny wojenne  na mym ciele nie wzdrygałeś się z obrzydzenia? Wiesz, że chrapię? Jak się wkurzę, to rzucam klątwy nie patrząc na skutki. Nienawidzę sportu, a jedyna dyscyplina w jakiej w ogóle się orientuję, to golf. Gdybyś mnie kochał, akceptowałbyś to wszystko. Cały pakiet. Zalety i wady. Wszystkie te małe denerwujące rzeczy, które sprawiają, że jestem jaka jestem. Ty chciałeś mnie zmienić. To nie jest miłość. To jest miłość - wyciągnęła rękę w górę, a gdy Severus podniósł ją w górę spojrzała mu prosto w oczy. - Jedyna.- Ścisnęła jego rękę i na powrót spojrzała w twarz Bułgara, którego podźwignął do góry Blaise. Ciepło dłoni ukochanego dodało jej odwagi.
- Ponieważ jednak nie traktowałeś mnie źle, może poza oczywistym wykorzystaniem i więzieniem wbrew mej woli, nie będę głosowała za pocałunkiem dementora. Zostaniesz niezwłocznie przetransportowany do Azkabanu, dla swojego i naszego dobra.- Skinęła głową jakby na potwierdzenie swojej decyzji, a potem przeniosła spojrzenie na Zabiniego. Jego uśmiech mógłby rozjaśnić niejedną jaskinię, jednak w oczach dziewczyny zalśniły łzy.
- Pamiętaj nie robię tego dla ciebie.
- Wiem, ale i tak dziękuję.
Spojrzeli znacząco na papiery, które wystawały mu z kieszeni spodni.
- Mam nadzieję, że odnajdziesz spokój.
 Słysząc jak spokojnie i wręcz pieszczotliwie Hermiona zwraca się do czarnoskórego, w Krumie znów zawrzało szaleństwo. Zaczął się rzucać, ale o dziwo wspólnymi siłami Snape i Zabini przytrzymali go.
- Myślisz, że on da ci to wszystko o czym marzysz? Będziesz żałować! Słyszysz?
- Jedyne czego żałuję... - Zatrzymała się, jakby zorientowała się, że powiedziała za dużo. Krum zmrużył powieki i uśmiechnął się obleśnie. Odwrócił się przodem, tak by Severus widział go dobrze i dokładnie usłyszał nim dziewczyna przeszkodzi mu w powiedzeniu prawdy.
- Wiesz co Snape? - odezwał się konfidencjonalnym prawie że przyjacielskim tonem.
- Czego śmieciu?
- Na twoim miejscu nie przyzwyczajałbym się aż tak bardzo - spojrzał na splecione dłonie zakochanych.
- O czym ty mówisz?
- Zamknij się! - krzyknęła Hermiona. Nikt jednak nie zwrócił na nią uwagi i porywacz kontynuował.
- Ona nie została porwana. Myślałeś, że maczałem w tym palce...czekałem cierpliwie na okazję i w końcu się udało. Spory zapas wielosokowego, spacery po dworcu i bach! Zapłakana śliczna gryfonka samotnie stojąca w tłumie podróżujących...
Osłupiały Severus wypuścił jej dłoń i pozwolił jej swobodnie opaść. Popatrzył na nią pustym, zranionym wzrokiem.
- Ty odeszłaś...zostawiłaś mnie.
- Severusie to nie tak! Daj mi to wytłumaczyć, proszę!
- Jak idiota czekałem, łudziłem się...
- Gdybyś tylko dał mi się wytłumaczyć, byłam zraniona...
- Twoja strata Granger - spojrzał prosto w jej oczy i aportował się, a gryfonka opadła na ziemię bez sił.


sobota, 18 lutego 2017

Rozdział 23

Witajcie! Nawet nie wiecie jak bardzo przepełnia mnie duma. 50 000 wyświetleń, z czego 20 w ciągu ostatnich kilku tygodni. Bardzo dziękuję, wiele to dla mnie znaczy.
Jesteście kochani!



     Wszystkie myśli uciekają ci z głowy i skupienie wydaje się być największym z możliwych wysiłków. Stoisz pośrodku pomieszczenia walcząc z nudnościami. Żołądek jest tylko plątaniną skurczy, a torsje jakie wstrząsają twoim ciałem wydają się rozrywać je od środka.
Więcej nie wytrzymasz...

   Hermiona otworzyła oczy i zamrugała kilkakrotnie próbując przyzwyczaić się do oślepiającego światła lampy.Rozejrzała się, ale nie dostrzegła nikogo. Nic też nie słyszała, ale była tak osłabiona, że i tak nie zrobiłoby jej różnicy, gdyby za ścianą odbywał się koncert smyczkowy. Była wygłodniała, słaba, spocona i pozbawiona wszelkiej nadziei. Przypomniała sobie urywki z poprzedniego wieczora, a przynajmniej myślała, że to wszystko wydarzyło się wczoraj. Nie mogła spać dłużej niż kilka godzin. A może mogła?

     Blaise Zabini miał plan. Genialny w jego odczuciu plan. Wystarczy trochę przycisnąć tego starego głupca, a zrobi wszystko by odzyskać swoją małą szlamowatą dziwkę. Nie brał pod uwagę niepowodzenia.
Szybka akcja, a potem życie wieczne na Majorce, albo na Bali, albo w Paryżu. Daleko stąd.
Kopnięciem wyważył drzwi i wskoczył do środka aby nadać wejściu trochę dramatyzmu. To, że nie mógł jej ruszyć nie znaczy, że nie mógł jej troszkę nastraszyć. Podniósł ją z ziemi i rzucił na łóżko. Pisnęła przerażona, ale nie opierała się. Jej skóra była lodowata. Położyła się tyłem do niego i załkała cicho. Odwrócił ją przodem, a gdy spostrzegła co trzyma w lewej ręce krzyknęła i odsunęła się, prawie spadając z łóżka. Złapał za nogę i przyciągnął bliżej unieruchamiając jej ręce. Jej nadgarstki były tak wąskie, że z łatwością objął je jedną ręką. Spojrzał na jej twarz, ze zdziwieniem zauważając, że jest piękna. Nawet z twarzą wykrzywioną cierpieniem, z workami pod oczami i śladami zaschniętych łez na zapadniętych policzkach. Poluźnił trochę chwyt, ale nie na tyle by miała sposobność mu przeszkodzić. Wyciągnął w jej stronę dłoń w której spoczywały nożyczki, a ona widząc ten ruch uchyliła się i skurczyła w sobie, byle tylko jej nie dosięgnął. Wiedząc, że tak nic nie wskóra odłożył nożyce na stolik z nocną lampką i patrząc jej w zlęknione oczy znów wyciągnął rękę. Zerkała na niego nieufna, ale już się nie wyrywała. Była spłoszona, ale i zdeterminowana, zupełnie jak młode jednorożce, które spotykał w zakazanym lesie w czasach służby. Piękne, pełne życia, ale i bojaźliwe. Zdobycie ich zaufania z reguły zabierało mnóstwo czasu, którego nie miał, ale tym razem miał nadzieję, że pójdzie odrobinę szybciej. Delikatnie dotknął loka opadającego na jej twarz i pozwolił mu przesmyknąć się między palcami i opaść. Widział wyraźnie, że spłonęła rumieńcem. Dobrze, wreszcie jakaś ludzka reakcja. Powtórzył ten manewr sam nie wiedział dlaczego. Jej twarz płonęła. Przytrzymał końcówkę pasma o sekundę dłużej niż poprzednio, a gdy dziewczyna westchnęła tak się wystraszył, że puścił jej dłonie i odsunął się na wyciągnięcie różdżki. Patrzyła na niego, jakby sama nie rozumiała co się dzieje. Jej wzrok wyrażał nieme oskarżenie. Już miał rzucić w jej stronę, aby nie próbowała na nim żadnych sztuczek, ale w pokoju rozbrzmiał dźwięk burczenia w brzuchu. Jej brzuchu. Spojrzał dokładnie w to miejsce. Jej ciało osłonięte tylko cienką tkaniną podkoszulka w jaki wyposażył ją Krum znów wydało ten denerwujący dźwięk i Blaise poczuł się źle. Ile to razy razem z Malfoy' em byli wysyłani na różne bezsensowne wyprawy i jedyne co mieli do dyspozycji to własne umiejętności. Głód, zimno, uczucie uwięzienia w sytuacji bez wyjścia zarówno fizycznie jak i psychicznie, doskonale je znał i może właśnie dlatego wymaszerował z pokoju Granger by po chwili wrócić z talerzem parującego rosołu i łyżką. Postawił rzeczy na stoliku, spojrzał na dziewczynę, która słabo maskowała chęć rzucenia się do talerza i wyszedł nie mogąc dłużej na nią patrzeć.
Nim zamknął za sobą drzwi usłyszał jak wysiorbuje gorący płyn i przełyka gorączkowo.
Poczuł ulgę na myśl, że dobrze się stało, że właśnie dzisiaj postanowił złamać dane Krumowi słowo, że będzie udawał, że Granger nie istnieje, ale równocześnie tylko sprawdzał, czy nie próbuje uciec. Jak ona miałaby uciec? Osłabiona, wygłodzona, ponad tydzień nieprzytomna? Niewykonalne. Rozkazy to rozkazy. Nikt nie musi wiedzieć, że ją nakarmił i (co uświadomił sobie słysząc jej mlaskanie) że ma zamiar podać jej jeszcze talerz i nawet nie mieć wyrzutów sumienia, że weźmie kasę choć nie wykonał zadania. By nie musieć się z nią stykać przelewitował parujący talerz do pokoju, ale nie odmówił sobie głośnego trzaśnięcia drzwiami. Musi dbać o reputację mordercy i wariata, nie ma lekko.Do kolejnego posiłku dodał jej eliksiru pieprzowego, aby postawił ją na nogi, a gdy po kilku dniach wreszcie wróciły jej rumieńce i przestała dygotać na całym ciele, doszedł do wniosku, że może przystąpić do realizacji planu.
Wezwał Kruma, a gdy ten był w drodze, przygotował dziewczynę na to, co miało nadejść. Jak zawsze wparował do jej pokoju i jak zawsze wzdrygnęła się, gdy go zobaczyła. W jej oczach czaiła się uraza, ale nie nienawiść. Podał jej talerz z kanapkami, ale nie wyszedł od razu tak jak to miał w zwyczaju. Spięła się, gdy nie dotarł do jej uszu dźwięk zamykanych drzwi. Ostrożnie uniosła oczy, ale nie patrzyła na niego, tylko w bok. Doskonale. Może to wcale nie będzie takie trudne.
- Słuchaj Granger...oboje chcemy żeby to się w końcu...rozwiązało... ale będę potrzebował twojej pomocy.
Mam w zanadrzu plan, ale niestety jego powodzenie zależy od tego czy będziesz współpracować.Czy okażesz dobrą wolę. - Dziewczyna zdziwiła się, słysząc jego głos nie ociekający jadem, spokojny, wręcz błagalny.Spojrzała na niego, pozwalając sobie na skinienie.
- Oczywiście nie jestem głupi i zdaję sobie sprawę, że jako członkini Zakonu Feniksa, Gwardii Dumbledore'a i tak dalej, wolałabyś zginąć niż mi pomóc, dlatego od razu wyłożę kawę na ławę. Chcę zniknąć. Uciec, ale nie być uciekinierem do końca życia. Chcę, aby twój kochaś załatwił mi czystą kartę i wolność do końca życia w zamian za twoje życie. Myślisz, że możesz mi to zagwarantować? - Tak jak podejrzewał milczała, więc kontynuował, aby mieć to za sobą nim Krum się zjawi. - Jeśli zdecydujesz się, musisz być stuprocentowo pewna. Nie będzie drugiej szansy, czy kolejnego rozdania. Wszystko albo nic. Bez żadnych sztuczek. Mógłbym cię zabić na milion różnych sposobów, milion razy do tej pory, ale nie zrobiłem tego, bo wierzę, że żywa możesz jeszcze zdziałać coś dobrego. Ale muszę mieć pewność. Dam ci czas na zastanowienie się czy podołasz, ale przede wszystkim na zastanowienie czy Snape kocha cię wystarczająco by przehandlować cię, za moją wolność? - Spojrzał jej prosto w oczy. Była przerażona. Nie wróżyło to dobrze ich misji, ale może po prostu była w szoku.
- Jeszcze jedno. Za jakiś czas zjawi się tu Krum. W jego mniemaniu jesteś martwa,a twoje szczątki właśnie zaczynają gnić. Jeśli życie ci miłe i nie ważne czy zdecydujesz się mi pomóc czy nie, pamiętaj, że nie bez powodu nałożono na mnie karę potrójnego dożywocia w Azkabanie. Masz siedzieć cicho, jakby cię tu w ogóle nie było. Nie żartuje, jeśli ten idiota zorientuje się, że wcale cię nie zagłodziłem na śmierć tak jak mi kazał, to będę bardzo zły. Na znak mojej dobrej woli przyniosłem ci to - rzucił w jej stronę wielką księgę, a gdy ją otworzyła, jej oczy rozjarzyły się blaskiem, który doskonale pamiętał z zajęć. Nie oczekując niczego więcej wyszedł, zostawiając dziewczynę z o wiele większą pustką w głowie, niż zanim przyszedł.


     Wiktor podążał leśną ścieżką w postaci ślicznego chłopaczka. Jeszcze pół kilometra i będzie mógł wrócić do swojego wyglądu. Miał nadzieję, że wreszcie pozbędzie się Zabiniego i spali tę ruderę w której przetrzymywał Hermionę. Hermiona. Na myśl o ukochanej poczuł ucisk w piersi, ale zaraz otrząsnął się. Ta mała dziwka go nie chciała i wolała umrzeć niż być z nim! To jej wina! Zrobiła z niego mordercę, a on tylko chciał stworzyć z nią dom. I jeszcze ta gadka, że niby nie była zdolna do matczynej miłości. Szaleństwo! Byłaby wspaniałą matką dla ich dzieci, a zamiast tego wybrała śmierć.Idiotka. W takich chwilach szczerze jej nienawidził. Myśl o niej wywoływała na przemian falę bólu po stracie i falę niszczycielskich uczuć powodujących, że znów miał ochotę kogoś zabić, albo chociaż coś rozwalić, zrównać z ziemią. Kopnął kamień leżący na jego drodze, a gdy ten ledwo drgnął, zamachnął się drugi raz i o mało nie poleciał na twarz. Zniosło go i musiał zamachnąć się rękami, aby złapać pion. Wydawało mu się, że usłyszał śmiech dziewczyny, a  gdzieś pomiędzy pobliskimi drzewami mignęła mu jej zwiewna postać otoczona mgiełką. Pobiegł w tamtym kierunku, ale zatrzymał się, gdy wystająca gałąź omal nie wybiła mu oka. Potoczył błędnym wzrokiem w około, ale jedyne co zwróciło jego uwagę to krzak, którego drobne gałązki układały się w szyderczy bezzębny uśmiech. Bułgar wrócił na ścieżkę do mieszkania i nie ufając sobie, nie obejrzał się dopóki nie znalazł się po drugiej stronie magicznie chronionych drzwi. Z Zabinim przywitał się niczym ze starym druhem mimo, że szczerze nim gardził. Najął go do tej roboty, bo wiedział, że był bezwzględny, ale i bezbłędny. Wymordował tylu mugoli i czarodziejów, że nie sposób zliczyć. Jeśli ktoś mógłby bez mrugnięcia okiem pozbawić życia ulubienicę Dumbledore' a i kochanicę Snape' a, to tylko Blaise.
    Bez zbędnych ceregieli wręczył mężczyźnie sakwę pełną złotych monet i poprosił o opuszczenie rudery, by mógł puścić ją z dymem.
- Dlaczego akurat podpalenie?
- Nie chcę, aby na tym świecie został jakikolwiek ślad po niej...
- Jesteś świrem wiesz o tym?
- Słuchaj, nie interesują mnie twoje opinie, ważne że zadanie wykonane.
- Dlaczego kazałeś...dlaczego to nie mogła być Avada? Albo chociaż utopienie? Wiesz jak ona cierpiała? Drapała pazurami ściany, aż jej wszystkie poschodziły. Jej rzygi śmierdziały chyba z tydzień dopóki jeszcze żyła. Potem oczywiście też śmierdziało, ale z tym sobie poradziłem. - Posłał mu swój najbardziej obłąkańczy uśmiech.
- Właśnie dlatego uważam, że jesteś właściwym człowiekiem, na właściwym miejscu.
- Czyli wcale jej nie kochałeś? Nie obraź się, ale jakbym ja kogoś kochał, to pozwolił  bym mu być wolnym i szczęśliwym, nawet jeśli oznaczałoby to, że musiałbym wycofać się w cień. - Już gdy kończył mówić, widział, że przegiął. Oczy Bułgara zwęziły się niebezpiecznie, a na twarz wystąpiła purpura.
- Ona była moja! Tylko moja! - Uderzył pięścią w stół i zamachnął się, jakby chciał mu przyłożyć ale w ostatniej chwili zrezygnował i ręka opadła luźno.
- Mam do ciebie tylko jedną małą sprawę. Wiem, że umawialiśmy się na kasę, ale potrzebuję jeszcze maksymalnie kilku dni. Znajomy z Europy , który ma być moim transportem spóźnia się, a nie mogę bez niego zniknąć. Możemy umówić się, że najdalej za tydzień wyniosę się stąd przy okazji zaoszczędzając ci kłopotu i zostawię po sobie tylko pożogę i zgliszcza?
- Przecież masz pieniądze, za tyle mógłbyś sobie wynająć pokój z dziwką i don perignion i nawet byś nie poczuł.
- Taaak ale jestem sentymentalistą. Spodobało mi się tu.
- Zgódź się. Tobie nie zrobi to różnicy.
- Niech ci będzie. Mam nadzieję, że nie próbujesz mnie wyrolować.
- Jak? Przecież już dałeś mi kasę, a ja nawet jej nie przeliczyłem. To prędzej ja powinienem być podejrzliwy, w końcu zagłodziłeś swoją księżniczkę na śmierć. - Zachichotał sztucznie, aby pokazać rozmówcy, że uważa to za świetny pomysł. Ten jednak patrzył na niego zimnym wzrokiem, jakby jeszcze nie do końca dochodziło do niego, że tak naprawdę to obaj są mordercami i jedyne co ich różni to to że pierwszy ma tego świadomość i się do tego przyznaje, a drugi nie i nie ma zamiaru.



     Severus siedział samotnie na łóżku w sypialni. Poprawił już wszystkie eseje, kartkówki, testy, ale wciąż nie mógł zasnąć. Co prawda ciężko byłoby czuwanie z zamkniętymi oczami nazwać snem, ale jednak na razie nie potrafił zmusić organizmu do takiego prawdziwego odpoczynku. Spoglądał na jedną z fotografii, które niedawno podarował mu Harry Potter. Było to zdjęcie przedstawiające tańczącą parę. Na początku nawet nie poznał, że to oni. Mężczyzna jest obrócony bokiem i tylko jego wydatny zakrzywiony nos wydaje się być na miejscu. Twarz czarodzieja zdobi lekko kpiący uśmiech, a oczy o dziwo, są spokojne. Przedtem mu się to nie zdarzało. Wiecznie w gotowości, cały czas czujny. Nigdy nie sądził, że będzie mu dane doświadczyć tego uczucia całkowitego spokoju i to podczas tak błahej czynności jak taniec. Fotografia nie jest magiczna. Może to i lepiej. Gdyby widział tych dwoje wirujących  w takt wesołej muzyki, a ich gesty i mimika ożywałyby wciąż i wciąż na nowo, za każdym razem pewnie łamałoby mu to serce na nowo. Westchnął i odłożył obrazek na półkę. Ubrał się i skierował na błonie. I tak nie zaśnie, może więc równie dobrze przejść się po błoniach. Jak zawsze w takich chwilach powrócił do minionych dni i przypomniał sobie, że miał zaszczyt tytułować się miłością jej życia. A teraz jej nie było. Mimo, że pogodził się z jej odejściem i w jakimś stopniu przyjął to za pewnik, coś nie dawało mu spokoju. Przypomniał sobie kolejne kłótnie, które zdarzyły im się tak często jak wybuchy dzikiej namiętności i spokojne dni wypełnione merytorycznymi dyskusjami. Wydawała się szczęśliwa. Jeśli coś jej nie pasowało, mówiła o tym otwarcie. Nie było między nimi muru nie do przeskoczenia. Co mogło się zmienić? Co sprawiło, że zrobiła tę jedną rzecz, o której myślał, że jest na nią za słaba? Że kocha go bardziej niż nienawidzi? Była dumna i przebiegła. Przekonał się o tym nie raz. Często pozwalał jej na małe manipulacje, ale w większości przypadków prawda i tak wychodziła na jaw i rekompensowała mu to z nawiązką.
- Dlaczego mnie zostawiłaś? - Szepnął w pogrążone w śnie niebo. Spojrzał w górę. Gwiazdy, a nawet samotny błyszczący księżyc wydawały się być i trwać niezachwianie czy tego chce czy nie, dlaczego więc on czuł, że jak czegoś nie zrobi to oszaleje?



     Gryfonka siedziała na parapecie okna. Padał deszcz, ale nie robiło jej to różnicy. Czuła, że zaczyna obumierać. Jeden tylko głos słyszała w głowie. Głos szepczący słowa słodkie i dające ukojenie. Pamiętała jego czułe ręce błądzące po krzywiznach jej ciała, pamiętała usta i pamiętała oczy. Oczy, które zawsze były oznaką jej zguby. Przypomniała sobie pierwszą chwilę, w której dotarło do niej, że bez niego nie ma po co żyć. Zaraz po wyleczeniu z tej cholernej klątwy Kruma, kazali mu leżeć i nic nie robić przez kilka dni. Uparciuch oczywiście nie chciał słuchać i zakradł się do jej komnat, by tylko ją przytulić.I wtedy już wiedziała. Kazała mu wyjść, bo nie mogła znieść tego przytłaczającego uczucia, że oto ona gryfonka zakochała się w ślizgonie i to jeszcze najbardziej ślizgońskim ślizgonie. W najwredniejszym dupku, najgorszym kłamcy i najbrutalniejszym ze śmierciożerców. Zakochała się w nim i choć wiedziała, że od tej pory będzie łamał jej serce raz za razem, pozwoliła mu na to. Poczuła wilgoć na policzkach. Dałaby wszystko, by miał szansę złamać jej serce jeszcze choć raz.
   Zabini wkroczył do pokoju, jak zawsze bez pukania. Już nie udawał, że chce ją skrzywdzić. Wiedziała po co przyszedł i wiedziała, że nie może mu tego dać. Nie za tę cenę. Milczała wpatrując się w okno.
Usiadł blisko niej, ale nie patrzył w jej stronę. W jego ręku znów błyszczały nożyczki. W końcu zeskoczyła z parapetu i usiadła w drugim końcu łóżka. Patrzyła na niego nieufnie.
- Wiesz jaka była ulubiona forma kary preferowana przez Czarnego Pana? - milczała, ale spojrzała na niego więc kontynuował - Kiedy któryś z nas nawalił, brał naszych bliskich i kazał innym śmierciożercom torturować ich na naszych oczach. W ramach przypomnienia, że miłość, jest największą słabością, a sympatią nie możemy darzyć nawet ludzi z jego szeregów. No bo niby jak możesz lubić kogoś, kto obdarł twoją matkę ze skóry, albo żywcem wyrwał bratu wszystkie paznokcie? Był geniuszem. Geniuszem zła, ale zawsze. To pozwalało mu mieć wielką kontrolę, a tego pragnął najbardziej. Niestety nie rozumiał jednej podstawowej różnicy między miłością i nienawiścią. Jeśli kogoś kochasz, dajesz mu wolność, choćby nie wiem co. On tak nie potrafił. Jeśli cokolwiek szło nie tak jak miało, on już wiedział co zrobić. A przecież to nie o to chodzi. Dlatego Potter był gotów umrzeć, dlatego Czarny Pan nie mógł go wykończyć. Potter też doskonale to zrozumiał, pewnie nawet wcześniej. Dlatego Voldemorta już nie ma, a Potter będzie tatusiem.
Musiała przerwać jego wywód, bo czuła, że znów zbiera jej się na płacz.
- Nie zrobię tego. Nie dam ci kępki włosów, nie wyślesz ich z sową i nie pozwolę ci uciec w zamian za moje życie.
- Poprawka. Snape nie pozwoli. Ty na pewno byś się zastanowiła, ale on? Cały czas był gościem Dyrektora i boisz się, że nawet ciebie nie kocha tak mocno, by pozwolić mi zwiać. Skoro więc nie chcesz zaryzykować i przekonać się na ile głębokie jest wasze uczucie, to nie widzę już żadnych alternatyw.
Przez ten cały czas patrzyła na niego jak na wariata. Najpierw z niepokojem, potem już z zaciekawieniem i uwagą. Był szaleńcem, ale w każdym szaleńcu tkwi jakaś cząstka zdrowych zmysłów. Miał rację, we wszystkim, tylko gdzie ich to zaprowadzi? I dlaczego?
- Po co mówisz mi to wszystko?
- Żebyś zrozumiała, że robię to wszystko bardziej dla siebie niż dla ciebie. Jestem mordercą, szaleńcem, degeneratem, cokolwiek. Ale mam matkę, mam wujostwo, kilku z nich nawet jeszcze jest na wolności. Nie chcę, by do końca życia chodzili po świecie jak cienie, zastanawiając się, kiedy przyjdzie ich kolej. Kiedy rozum skażony przez Toma podpowie mi po raz setny
" zabij". Rozumiesz?
- NIE?
- Czarny Pan wpoił mi nienawiść, zresztą nie tylko mi. Malfoy, Nott, wielu innych takich ja tuła się teraz po świecie, próbując zwalczyć to, co on w nas zasiał i wyhodował. Jesteśmy przesiąknięci nienawiścią i czarną magią tak bardzo, że w zasadzie dziwię się, że nad naszymi głowami nie pojawia się mroczny znak przy każdej aportacji. Możemy w każdej chwili kogoś zabić, udowodniliśmy to już nie raz, a ja nie chciałbym aby padło na kogokolwiek kogo kocham. Nie wiem, czy ma to dla ciebie jakiekolwiek znaczenie, ale chce zniknąć i nie zabić już nikogo. Już dość osób zabiłem, ale nie ufam mojemu umysłowi na tyle, by pozostać wśród magicznej społeczności. Nie po tym wszystkim co się stało. - Spojrzał na nią z ukosa, gapiła się z otwartymi ustami. - Jeśli uda mi się wyjechać, nikt nie będzie mnie ścigał, a moja kartoteka w Ministerstwie Magii będzie czysta, to masz moje słowo, że nikt więcej nie będzie cierpiał z mojej ręki.
- Twoje słowo. - Powtórzyła po nim jak echo.
- Tak.
- Zabini, wiesz ile znaczy dla mnie twoje słowo?
- ....
- Właśnie.
- Wiem i dlatego cała ta szopka z darowaniem ci życia, powiadomieniem Snape'a i tak dalej. Po co miałbym wystawiać się Severusowi, który ma co najmniej milion powodów by chcieć mojej śmierci?
- Bo wcale nie chcesz już żyć, ale jesteś zbyt wielkim tchórzem, by samemu ze sobą skończyć? Bo ból istnienia dopadł cię tak mocno, że wolałbyś rzucić się z klifu i spadać w nieskończoność by dać temu kres? Bo koszmary sprawiają, że jedyny urywany sen na jaki możesz sobie pozwolić, to ten po obaleniu litra wódki?
- Łał, ty i Sev naprawdę gadacie o wszystkim co?
- Kiedy kogoś kochasz, nie ma sfery życia, w którą go nie wprowadzasz i myślę, że to właśnie...
- Myślisz, że dlatego on się nie zgodzi?
- Nie, myślę, że się zgodzi, ale to wcale nie będzie oznaczało, że na powrót będziemy razem. Będzie wiedział, że przez niego jeden z najgroźniejszych przestępców naszego świata uniknie kary, a to go zabije. Nie od razu, ale dzień po dniu zacznie mnie nienawidzić, bo zmusiłam go do takiego wyboru i w końcu nie będzie mógł ani na mnie patrzeć, ani ze mną rozmawiać. Dlatego właśnie tego nie zrobię. Bo wiem, że byłby gotów się zgodzić, a na to nie mogę pozwolić.


    Poranna uczta jak zawsze upływała uczniom w atmosferze sennej radości i przekomarzań. Dziś jednak dzieciaki dokazywały wyjątkowo głośno i Snape czuł, że głowa mu zaraz eksploduje. Wmawiał sobie, że wcale nie ma to nic wspólnego z jego wczorajszą wizytą w gospodzie i popijawą do wczesnych godzin porannych. Bogom niech będą dzięki za eliksir na kaca! Smętne żale do kieliszka przerywane były kilkakrotnie przez znajomych czarodziejów, ale żadnemu z nich nie przyznał się, dlaczego znów pije.
Nie mógł jeszcze tego zrobić. Małymi kroczkami postanowił zakończyć ten etap życia i zapomnieć o Hermionie. Minęły prawie 4 miesiące. Za niedługo koniec roku szkolnego. Lato w pełni. Przeżyli razem cudowny rok, pełen miłości, namiętności i wzajemnych złośliwości. Ona jednak go zostawiła. Jej strata. Pomstował na nią w myślach dopóki ktoś się nie ulitował i nie odeskortował go do zamku w jednym kawałku. Wstał nowy dzień, a wraz z nim Severus Snape zrzucił żałobę po utraconej miłości, tym razem naprawdę. Sam miał nadzieję, że to nie tylko czcze gadanie i w końcu będzie mógł normalnie się wyspać i normalnie spojrzeć drugiej osobie w oczy, nie doszukując się w nich litości i że nie będzie już więcej patrzył na wrota Wielkiej Sali z nadzieją oczekując, że zaraz przez nie wejdzie i rzuci mu się na szyję.
 Kończył śniadanie, gdy rozległo się radosne pohukiwanie, a sala wypełniła się stadem latających posłańców.
O dziwo, przed nim również wylądowała paczuszka. Nie miał ochoty na niespodzianki, ale wiedział z doświadczenia, co się dzieje, gdy oleje się magiczną przesyłkę. Odwiązał sznureczki i odwinął papier. Jego oczom ukazał się kupka włosów, które rozpoznał w sekundzie. Cała krew odpłynęła mu z twarzy i poczuł, że zwymiotuje. Zgarnął przesyłkę do przepastnej kieszeni, by nikt przy stole się nie zorientował co to było i ukrył twarz w dłoniach. Oddychał szybko, powstrzymując atak paniki. Już czuł śniadanie w gardle, gdy nowe uczucie zalało go, zupełnie nie chciane. Ulga. Nie odeszła z własnej woli, nie porzuciła go. Coś się przydarzyło, a ona potrzebowała, by ją uratował. Z tym mógł sobie poradzić! W jednej chwili poczuł się trzeźwy i szczęśliwy jak nie czuł się od dawna. Skoro nie chciała się z nim rozstawać, to zrobi wszystko by sprowadzić ją z powrotem i by już nigdy nie zwątpiła w jego uczucie. Nigdy.



Ocknęła się, ale od razu poczuła, że coś jest nie tak. Spała twardo i bezsennie. Zupełnie jakby...
- Zabini ty śmieciu! - Mężczyzna wparował do pokoju z prędkością tornada.
- Co się drzesz wariatko! To, że mugole nie widzą tego miejsca, nie znaczy, że możesz się bezkarnie wydzierać! -  Spojrzał na nią wrogo i wsparł się pod boki.
- Oszukałeś mnie, ty bydlaku! - Z jej oczu wyczytał, że naprawdę poczuła się oszukana i zdradzona i że nie dochodziło do niej, że mógł to zrobić.
- Musiałem.
- Dlaczego? Powiedz mi, dlaczego musiałeś! - zaniosła się płaczem.
- Jestem śmierciożercą zapomniałaś?
- Co to ma do rzeczy?
- Mataczymy, oszukujemy, kłamiemy, zabijamy, tak po prostu jest.
- Powiedziałam ci, że tego nie zrobię, nie dam ci włosów. Sam je sobie wziąłeś. Nie poproszę by zabił cię na moich oczach jeśli o to ci chodzi. Uciec też ci nie pozwolę...
- Nie pozwolę? - Uśmiechnął się krzywo.
- Nie wierze. Nie zrobiłby tego. To na pewno pułapka.
- Granger...on już jest w drodze. Będzie tu najdalej jutro wieczorem. Lepiej się prześpij.





poniedziałek, 30 stycznia 2017

Rozdział 22

       Hermiona otworzyła oczy. Od razu poczuła suchość w ustach i tępy ból w czaszce. Próbowała podnieść się, ale coś jej to uniemożliwiało. Więzy. Była związana. Panika urosła w niej i kobieta chciała krzyknąć, ale z jej ust nie wydobył się żaden dźwięk, prócz cichego jęku wywołanego bólem zdartego gardła. Krzyczała. Sądząc po stanie jej gardła, długo i rozpaczliwie. Przesunęła się na tyle na ile pozwalała jej niewygodna pozycja i próbowała rozejrzeć się po pomieszczeniu, ale niestety panujący tam półmrok skutecznie przeszkadzał jej w tym. Dostrzegła jedynie lampkę nocną jakieś 3 - 4 metry przed nią i łóżko. Skołtuniona pościel przywodziła na myśl miejsce uciech i zabaw. Zadrżała ponownie. Pot perlił się na jej twarzy, a potargane włosy opadały na czoło drażniąc wilgotną skórę. Jej tętno przyspieszyło. Ktokolwiek ją tu zamknął, musiał się w końcu zjawić, a wtedy wszystko się wyjaśni i wróci do domu. Do Severusa...
Wtedy jakby obuchem dostała...
    Nie ma już do kogo wracać, przecież odeszła od Severusa. Zostawiła go, a swoją ucieczkę usprawiedliwiła tylko w kilku słowach na maleńkim skrawku papieru. Jak tchórz. Wszystko do niej wróciło. Ostatnia kłótnia, poczucie niemocy i porażki. Paląca potrzeba zniknięcia. Pakowane w pośpiechu walizki.
Fala łez, która wybuchła w pociągu. Miły chłopak, który chciał ją pocieszyć. Jego ciepłe oczy, rozbrajający, choć troszkę krzywy uśmiech. Hermiona poczuła jak jej serce zamiera. Jest mądrą, trzeźwo myślącą osobą, a dała się tak łatwo podejść. Poczuła palący wstyd. Wypłakała się, otarła łzy i kilkakrotnie podziękowała nieznajomemu za ukojenie nerwów i towarzystwo. Dalsze wydarzenia stanowiły białą plamę. Domyślała się jednak, że to właśnie ten sympatyczny chłopak musi stać za jej obecnym położeniem.
   Dziewczyna pół - siedziała, pół - leżała na podłodze w jej tymczasowym więzieniu i bezgłośnie płakała nad własnym losem. Nad swoją głupotą i naiwnością. Nad obrażeniami, których niewątpliwie doświadczyła
 i pulsującym bólem, który zaczął ogarniać jej ciało. Ale przede wszystkim myślała o Severusie. O tym co właśnie robi, czy myśli o niej?
Żałowała, że zachowała się tak impulsywnie i wbrew sobie. Gdyby tylko posłuchała rozumu, a nie serca!
Porozmawialiby, a ona nie byłaby teraz w niebezpieczeństwie...
Odrętwiała, senna i spragniona próbowała ostatkiem sił zachować trzeźwość umysłu, gdy drzwi co do których nawet nie wiedziała, że istnieją otworzyły się gwałtownie i stanął w nich napastnik. Początkowo mrugała w niedowierzaniu, gdyż sączące się z korytarza światło ją drażniło. Po kilku sekundach wreszcie zrozumiała, że jest zgubiona. Jej porywaczem był Wiktor Krum. Krzyknęła rozpaczliwie, a gdy na jego ustach pojawił się uśmieszek który pamiętała jak przez mgłę, zaczęła odsuwać się nerwowo i trząść. Doskoczył do niej i uniósł jej podbródek tak, że musiała spojrzeć mu w oczy. O dziwo, w tym geście nie było brutalności czy nachalności jakiej się spodziewała. Wręcz przeciwnie, gdyby nie okoliczności, uznałaby jego dotyk nawet za pieszczotliwy. Przymknęła oczy i starała się uspokoić oddech. Cokolwiek chodzi mu po głowie, ona będzie w stanie mu to wyperswadować. Uśmiechnęła się przymilnie i weszła w rolę, którą zdecydowała się przyjąć, by przetrwać. Gdy się odezwała, jej głos był jedną wielką słodyczą.
- Wiktorze? - Spojrzała mu prosto w oczy, mając nadzieję, że jest to spojrzenie uwodzicielskie.
- Cokolwiek chcesz powiedzieć, odpowiedź brzmi nie.
- Dlaczego nawet nie zapytasz?
- Hermiono. Musisz zrozumieć, że robię to dla twojego dobra. - Dziewczyna ugryzła się w język, byle tylko nie wykrzyczeć mu w twarz, gdzie może sobie wsadzić swoje dobre chęci.
- Chyba nie rozumiem? - Uśmiechnął się gładko, jakby podejrzewał, że tak odpowie. Ta dyskusja wyraźnie sprawiało mu radość, a dziewczyna coraz bardziej utwierdzała się w przekonaniu, że ma do czynienia
z szaleńcem.
- Wytłumaczę ci wszystko, ale jeszcze nie teraz. Na razie musisz odpoczywać. Teleportacja cię osłabiła.- Podniósł się i chwycił za klamkę. Hermiona rozpaczliwie rzuciła się do przodu, chcąc go zatrzymać jak najdłużej. Wyciągnąć coś z niego.
- Nie! Nie zostawiaj mnie. Potrzebuje cię. - Jego uśmiech, choć wciąż upiorny i obleśny, powiedział jej,
że trafiła w sedno. Mężczyzna cofnął się nieznacznie i spojrzał na nią badawczo.
- Na razie tylko tak mówisz, ale już niedługo i będziesz naprawdę tak uważać. Powiem ci tylko tyle...Jeżeli wciąż krzywdzącego cię Snape' a  byłaś w stanie pokochać, mnie też pokochasz.



     Kolejna bezsenna noc powoli robiła z niego chodzące zombie, ale nie dbał o to. Uruchomił wszelkie kontakty jakie miał, zarówno te w Ministerstwie jak i te poza nim. Każda sekunda była wypełniona rozpaczliwą tęsknotą, bezsilnością i poczuciem winy.
Niestety zdawał sobie sprawę iż jest na przegranej pozycji. W świecie czarodziejów, kiedy ktoś chce zniknąć, jest to tak proste, że w zasadzie każdemu może się udać. Teleportacja, zmiana wyglądu, czary maskujące, blokujące wykrywanie...
Próbował pocieszać się tym, że Albus zaangażował najlepszy zespół ds. czarodziejskich zaginięć, no i dał mu wolną rękę w poszukiwaniach, jednak tygodnie mijały, a oni nie natrafili nawet na najmniejszy ślad.
Wstał z nieposłanego łóżka i nawet nie patrząc w lustro wyszedł jak zawsze na obchód. Patrolował korytarze błądząc myślami i usiłując sobie przypomnieć jak najwięcej z tamtego wieczora. Niestety, kiedy człowiek się czymś martwi, pewne rzeczy wypierają inne z umysłu i nie pozwalają się skupić na detalach.
Gdy dotarł do łazienki prefektów, usłyszał coś jakby jęk, a zaraz po tym mamrotane w pośpiechu słowa. Nie miał nastroju na odejmowanie punktów, więc odwrócił się by odejść, ale jednak jego dusza służbisty zawróciła go i wparował do pomieszczenia niczym tornado. To co zobaczył prawie zwalił go z nóg.
Chuck w pośpiechu otarł zaczerwienione oczy i odwrócił się tyłem do Profesora. Żałośnie pociągnął nosem
i oddychał głęboko. Wyglądał jak kupka nieszczęść. Snape stracił rezon. Spodziewał się nakryć migdalącą się parę, a nie wpaść na swojego ucznia i do tego konkurenta -  który najwyraźniej jest równie zrozpaczony jak on sam. Nie wiedząc jak się zachować poklepał go delikatnie po plecach i rzucił półgębkiem:
- Weź się w garść, znajdziemy ją.
- A jeśli nie?
- Co to ma znaczyć? - Chuck odwrócił się w jego stronę. Jego zapłakane oczy były smutne, ale również zdeterminowane.
- Dobrze Pan wie, co chcę powiedzieć. - Mężczyzna w sekundzie znalazł się przy blondynie z wyciągniętą różdżką i groźną miną.
- Sugerujesz coś Newborn?
- Myślę, że pora otworzyć oczy Profesorze Snape. Ona nie wróci. Nie dlatego, że ktoś ją porwał czy uwięził, ale dlatego, że za słabo ją Pan kochał.
- Jak śmiesz?! Odwołaj to!
- W głębi duszy, jeśli oczywiście jakąś Pan ma, doskonale zdaje Pan sobie sprawę, że mam rację.
- A ty niby kochałbyś ją bardziej? - Jego głos był szyderczy.
- Kocham ją na tyle mocno, by pozwolić jej być z Panem, mimo że ni cholery Pan na nią nie zasługuje. -  Blondyn wyminął Mistrza Eliksirów i wyszedł z łazienki, zostawiając Severusa w ciszy błękitnych ścian,
 z bolącym sercem i pustką w głowie.

     Severus Snape pierwszy i ostatni raz postanowił zrobić coś wbrew swojej naturze.Z własnej woli poszedł na szczerą rozmowę z Minerwą. Przed nią jedną potrafił się otworzyć choć trochę, a niczego tak nie potrzebował jak jakiejś życzliwej osoby u swojego boku. To znaczy potrzebował Hermiony, ale na to nie miał szans. Gdy wtoczył się do gabinetu koleżanki spojrzała na niego zza okularów i uniosła lekko brew. Nie odezwała się jednak, co przyjął za dobrą kartę.
Usiadł na fotelu na przeciw Profesorki i spojrzał na nią mętnym wzrokiem.
- Chciałeś czegoś Severusie? Alkoholu nie mam, jeśli o to ci chodzi.
- Ty też uważasz, że ona ode mnie odeszła. Sama?
- Słucham?
- Nie każ mi się powtarzać, sądzę, że wiesz o co pytam.
Cisza, która nastąpiła po jego wypowiedzi wbijała się w jego serce niczym raniące boleśnie szpileczki. Zabrakło mu tchu. Uniósł oczy, a gdy napotkał spojrzenie mądrych kocich oczu, poczuł się zdradzony i oszukany.
- Dlaczego nic nie powiedziałaś?
- A chciałeś słuchać?
- Zorganizowałem akcje poszukiwawczą, rozwieszałem plakaty, rozpytywałem mugoli, biegałem wte i z powrotem a ty cały czas trwałaś u mojego boku...nie wierząc, że to cokolwiek da? - Jego głos jeszcze nigdy nie brzmiał tak rozpaczliwie. Był rozbity nie tylko stratą ukochanej, ale i zdradą przyjaciółki.
- Miałam nadzieję, że w którymś momencie ona wróci. Zrozumie, że jej miejsce jest przy tobie i wróci.
Wszystko zostało ci odebrane, nie mogłam, zabrać ci jeszcze nadziei.
- Świetnie! Stokrotne dzięki za nic Minerwo!
Nie zatrzymywała go, bo i tak nie miałaby nic na swoje usprawiedliwienie. Wiedziała, że dziewczyna nie została porwana, ale wiedziała też, że Severus kocha ją bardziej niż jest w stanie wyrazić i liczyła, że ona w końcu też to zrozumie i da mu kolejną szansę. Dni jednak mijały, a ona się nie pokazała. Wszyscy powoli zaczynali szeptać po kątach o zaprzestaniu poszukiwań i jedynymi osobami, które wciąż i wciąż myślały tylko o Hermionie byli Weasley'owie, Potterowie, Snape i na jego nieszczęście młody Newborn.
Początkowo pomysł z porwaniem wydawał się być idealnym usprawiedliwieniem zniknięcia nauczycielki. Zmobilizowali się i szukali jej w różnych zakątkach, ale w końcu dzień za dniem, każdy z ekipy poszukiwaczy dochodził do smutnej prawdy : Hermiona wyjechała i być może już nigdy jej nie zobaczą.
Choć był to bardzo abstrakcyjny scenariusz, został przyjęty za pewnik i w szóstym tygodniu zaprzestano poszukiwań. Ulotki zniknęły z dworców i centrum handlowych, straże nie patrolowały już Zakazanego Lasu oraz wioski Hogsmeade.
A co robił Severus? Pił. Pił całymi dniami, od kiedy odkrył, że wszyscy mieli go za nieudacznika, który nie był w stanie zatrzymać przy sobie miłości swojego życia i pił, do momentu, aż zrozumiał, że to prawda.
Kiedy wreszcie to nastąpiło, otrząsnął się z amoku i opuścił lochy. Pojawiając się na uczcie śniadaniowej wywołał takie poruszenie wśród uczniów, że część z nich od razu pobiegła do pielęgniarki po środki na ból brzucha.
Jak gdyby nigdy nic usiadł na swoim zwyczajowym miejscu za stołem, zaraz jednak został gestem przywołany przez Dyrektora Hogwartu. Niechętnie podszedł do siedzącego starca i spojrzał mu prosto w oczy.
- Czego?
- Severusie! Nikt nie cieszy się bardziej z twojego widoku niż ja, ale może trzeba było najpierw wziąć prysznic?
- Nie narzekaj.
- Absolutnie! Mam rozumieć, że mogę odwołać zastępstwa na ten tydzień?
- Tak, pora wreszcie pokazać tym smarkaczom, że niczego nie potrafią. - Uśmiechnął się wrednie, ale jak zauważył starzec, uśmiech ten nawet na sekundę nie dosięgnął jego oczu. Wręcz przeciwnie, wydawały się one martwe i bez wyrazu. Zupełnie jakby coś umarło i poszło w niepamięć. Dumbledore pomyślał z żalem, że Severus musiał zamknąć na zawsze swoje serce i będzie teraz gorszy i bardziej bezlitosny niż kiedykolwiek. Stracił coś cennego, ale to oni wszyscy odczują jego ból. Każdego dnia będzie się samobiczował, udając, że wszystko jest w porządku i że zapomniał już o Hermionie. Pokręcił tylko głową i odprawił młodszego mężczyznę.



     Wiktor Krum nie należał do najbystrzejszych czarodziejów, ale jego plan zdawał się działać idealnie.
Więził Hermionę już kilka tygodni. Podczas wycieczek do magicznego świata co jakiś czas natykał się na ulotki, zdjęcia i grupy poszukiwawcze, ale w duchu śmiał się z nich. Nie mogli jej znaleźć, bo ukrył ją w całkowicie mugolskiej lokalizacji. Owszem tutaj też od czasu do czasu widywał sowy i słyszał ciche kliknięcia świstoklików, ale nic nie wiązało się z jego ukochaną. Ot, życie biegło dalej.
Karmił ją, dawał świeże ubrania, ale przede wszystkim kładł jej do głowy tyle głupot i kłamstw ile była w stanie znieść. Miała potężny umysł, ale on również podszkolił się w oklumencji. Umiał naginać prawdę i kamuflować swoje małe oszustwa napełniając jej głowę sfabrykowanymi wspomnieniami ich wspólnej przeszłości. Szło mu całkiem nieźle, jak sam określał, bo z tygodnia na tydzień stawała się coraz bardziej potulna. Już nie wzdrygała się przed jego dotykiem, nie odmawiała posiłków i dostęp do jej myśli był coraz łatwiejszy. Jej opór słabł i oboje to wiedzieli. Nie przeszkadzało jej to wyzywać go i krzyczeć w niebo głosy, ale tym się nie przejmował. Jeszcze trochę i będzie krzyczała z rozkoszy, nie z poczucia krzywdy. Aby dać jej poczucie jako - takiej swobody rozkuwał ją raz dziennie, aby mogła zażyć kąpieli i się odświeżyć, oczywiście nałożył na nią takie zaklęcia, że choćby chciała, nie mogłaby uciec. Jej los był już przesądzony.
   Wstał wcześnie rano, wyszedł do piekarni po świeże pieczywo oraz wędlinę. Pogwizdywał cicho, by dać upust podnieceniu jakie ogarnęło go od rana. Dziś przekona się czy Hermiona jest gotowa przenieść ich związek na wyższy stopień.
     Wszystko zaplanował. Romantyczna kolacja, świece, prezent. Kobiety lubią takie rzeczy, a nie wątpił, że Hermiona nie stanowi wyjątku. Niestety najgorzej manipulowało się nią wieczorem, gdyż była już w pełni obudzona i świadoma wszystkiego co się dzieje, więc musiał najpierw złamać ją trochę. Odpiął łańcuchy i prawie udało mu się uchylić przed kopniakiem jaki mu zaaplikowała. Udał, że wcale nie bolało i podźwignął ją do pozycji stojącej. Spojrzała na niego wyzywająco, ale zignorował to. Pociągnął ją w stronę kuchni i usadził na krześle. Jeśli była zaskoczona, nie dała tego po sobie poznać. Różdżką uruchomił gramofon stojący na komodzie i przelewitował talerze pełne parującego makaronu stawiając jeden przed nią, a drugi na serwetce przy jego krześle. Usiadł na przeciw dziewczyny i spojrzał na nią wyczekująco. Wyglądała pięknie z rozczochranymi włosami i tym wyzywającym spojrzeniem, ale miał niejasne przeczucie, że coś jest nie tak.
- Coś nie tak kochanie? - Silił się na pieszczotliwy ton, mając nadzieję, że skutecznie zamaskował irytację.
- Hm jeszcze pytasz? Pomyślmy.Więzisz mnie jak psa. Karmisz mnie z miski jak psa. Mam swój własny łańcuch -  jak pies! - Wyliczała na palcach kolejne przewiny, patrząc mu prosto w oczy.
- Już nie długo to się zmieni. Obiecuje. Może nawet dzisiaj, jeśli...
- Wiktorze! Bądź przez chwilę poważny. Choćbyś nie wiem ile majstrował w mojej głowie i aplikował jakieś bzdurne wspomnienia, to  nic się nie zmieni. Zawsze byłeś tylko kolegą, nikim więcej! - Patrzyła jak jego źrenice zmieniają się w słupki, gdy dochodzi do niego, co właśnie powiedziała. Uśmiechnęła się szeroko i spojrzała na niego z wyższością.
- Naprawdę sądziłeś, że tak łatwo złamałbyś moje bariery obronne? Jestem słaba w penetracji umysłu, owszem, ale bronić go uczyłam się od najlepszego. - Krum zacisnął pięści, podniósł się z krzesła gotowy do ataku, ale zaraz oprzytomniał, że dziewczyna nie ma różdżki i nie może zrobić mu krzywdy.
- Nie kpij ze mnie!
- Nie kpię! To tylko twoja zasługa. - Oparła policzki na rękach, kładąc łokcie na stole w znudzonym geście - Kto jak kto, ale mój tak zwany ukochany powinien wiedzieć, że nie znoszę spaghetti, a na pomidory jestem uczulona. Nie sądzisz? - Spojrzała na niego uwodzicielsko i zaśmiała się cicho.
- To niczego nie zmienia. Nadal uważam, że jesteśmy dla siebie stworzeni.
- Kto? Ja i ty? - Pokazała na niego, a następnie na siebie palcem udając zaskoczenie.
- Nie pogrywaj ze mną Hermiono - warknął.
- Wiktorze. Więzisz mnie tu...ile? Ponad miesiąc to na pewno. W ciągu tego czasu skakałeś nade mną jak nad pisklęciem. Gdybyś chciał mi zrobić krzywdę, już dawno byś to zrobił. Ale nie, ty myślisz, że możesz zamienić mój mózg w papkę, a potem zapewne zmienić mi wygląd i wywieść gdzieś daleko i żyć długo i szczęśliwie? Jaki to miałoby sens? To nie byłabym ja, rozumiesz?! Nie pokocham cię! Czy z magią, czy bez magii, moje serce już zawsze będzie należało do Severusa. Nie zmienisz tego, choćbyś nie wiem jak chciał.
-Wypuść mnie -  dodała łagodnie.
- Wiesz, że nie mogę tego zrobić...
- Dlaczego?
- Zaraz wrócisz do tego kretyna z lochów, pewnie urodzisz mu bachora, a on i tak cię zostawi.
- Skąd pomysł, że w ogóle chciałabym mieć dziecko? -  Spojrzała na niego dziwnie zaintrygowana.
- A jak mogłabyś nie chcieć?
- Normalnie?
- O czym ty mówisz? - Wydawał się być autentycznie spanikowany. Jakby nagle oznajmiła mu, że magia nie istnieje, a oni wszyscy są pacjentami w psychiatryku.
- Nie wiem jakie masz o mnie zdanie, czy raczej wyobrażenie, ale nigdy nie ciągnęło mnie do macierzyństwa. Nie planowałam dzieci kończąc szkołę, nie planuje ich również teraz, a jak już tak szczerze rozmawiamy, nie chcę być matką. Nigdy. - Starała się cały czas patrzeć mu w oczy, aby dotarło do niego, że mówi poważnie.
- Hermiono! Jak możesz tak mówić? Przecież dzieci są wspaniałe.
- Nie twierdzę, że nie. Dzieci są cudem, ale nie każdy jest zdolny do podjęcia się tak wielkiej odpowiedzialności. Dziecko to praca na pełen etat przez długi czas. Nie sądzę, bym mogła zrezygnować z siebie na rzecz jakiejś innej istoty nie oczekując niczego w zamian. Skłamałabym, mówiąc, że bez wahania podjęłabym się czegoś takiego.
- Myślę, że jak dobrze to przemyślisz, to dojdziemy do jakiegoś porozumienia w tej sprawie. - Spojrzał na nią z nadzieją i pochylił się, by chwycić jej dłonie w swoje, ale dziewczyna zgięła się w pół i zaczęła chichotać.
- Słuchaj Wiktorze. Nikt, naprawdę nikt nie jest w stanie przekonać mnie do zmiany zdania w jakiejkolwiek sprawie. Severusowi - tylko przypomnę - miłości mojego życia, raz udało się nakłonić mnie do pewnych ustępstw, ale sprawa była tak błaha, że odpuściłam dla świętego spokoju, a ty myślisz, że przekonasz mnie do zrobienia sobie dziecka? Wybacz wulgaryzm, ale nawet taki porąbaniec jak ty musi widzieć w tym absurd. Prawda? Powiedz, że widzisz, że to idiotyczne?
- Dlaczego tak się zachowujesz?
- Tak to znaczy jak? Nie zgodnie z twoim planem? Wiktor, jestem już zmęczona. Powiem to po raz ostatni. Nie mam zamiaru się z tobą wiązać, nie dam ci dziecka, nie pokocham cię, więc albo będziesz mnie tutaj więził, aż umrę ze starości, albo mnie wypuść, bo to już nie jest zabawne.
- Dlaczego nie możesz pojąć, że cię kocham? Chcę byś była szczęśliwa. Ze mną.
- I nie widzisz problemu w tym, że te dwa stwierdzenia się wykluczają? - patrzył na nią nic nie rozumiejąc. -  Miłości nie wywołasz zaklęciem, nie pokocham cię nawet jakbyś wlał we mnie flakon Amortencji. Jestem zakochana w Snape'ie i czy jesteśmy razem, czy nie, moje uczucia są stałe.
Dlatego zaklinam cię, wypuść mnie, bo niczego nie wskórasz.
- Dobrze zatem. - Dziewczyna odetchnęła z ulgą, ciesząc się w duchu, że wreszcie będzie wolna. Zaraz jednak jej mina zrzedła, gdy mężczyzna podniósł się i na nowo zakuł ją w kajdanki.
- Nie rób tego Wiktorze! Proszę cię! Zachowaj się rozsądnie! To niczego nie zmieni. Nie ma dla nas przyszłości. - Szarpała się, próbując powstrzymać go od wepchnięcia jej do pokoju, w którym spędziła ostatnie tygodnie, ale był za silny. Wylądowała twardo na podłodze, a łzy bezsilności przesłoniły jej widok.
- Skoro nie ma dla nas przyszłości, to dla ciebie też nie.
Usłyszała tylko rzucone na odchodne słowa, a  następnie pokój pogrążył się w ciemności. Została sama.
Płakała, biła pięściami w ścianę, ale jej porywacz więcej się nie pojawił.
   Gdy się obudziła, musiało być wczesne popołudnie. Słońce leniwie sączyło się przez zasłonięte kotary, ale dziewczyna czuła, że jest jej strasznie zimno. Nie miała czucia w dłoniach ani stopach. Noc na zimnej posadzce bardzo ją osłabiła, a dodatkowo przecież nic nie jadła. Trudno, będzie musiała poradzić sobie z uszczuplonymi zapasami energii. Rozcierała sobie barki i łydki energicznymi ruchami, by choć trochę się rozgrzać, a gdy wreszcie była w stanie się podnieść, usłyszała jakieś ruchy od strony korytarza. Przyłożyła ucho najbliżej jak się dało, byle tylko nie dotykać ściany, ale nie rozróżniała słów. Słyszała tylko jeden głos, więc najprawdopodobniej Krum korzystał z komórki. Gdyby tak udało jej się ją ukraść, zadzwonić do któregokolwiek z mugolskich przyjaciół...
    Czekała, aż pojawi się z  kanapkami jak zawsze, jednak nie zjawił się. Prócz porannej rozmowy, przez cały dzień nie usłyszała już niczego innego. Dom był pusty. Wiktor nie zjawił się również następnego dnia. Powoli zaczynało jej być nie dobrze z głodu, woda znikała w zastraszającym tempie. Panika zalewała jej ciało falami, zwłaszcza pod wieczór, gdy robiło się zimno. Trzeciego dnia, gdy była już tak słaba, ze tylko leżała na ziemi, poczuła jak coś ciągnie ją do pionu i przytrzymuje by nie upadła. Z wysiłkiem otworzyła oczy, a jej wyobraźnia podsunęła jej widok Severusa. Uśmiechał się kpiąco, przez co był bardzo realistyczny. Rzuciła się w jego objęcia, jednak dotyk, który poczuła, był obcy, nie znajomy. Otworzyła szerzej oczy, a twarz, która na nią spojrzała, przyprawiła ją o gęsią skórkę. Wszystko zlewało się w jedną całość. Zamknęła oczy, nie mogąc uwierzyć, że to dzieje się na prawdę. Mężczyzna trzymał ją w żelaznym uścisku i uśmiechał się obleśnie. Spojrzała w jego przekrwione oczy, zmierzyła go wydawać by się mogło zimnym spojrzeniem, ale zarechotał na całe gardło, więc musiała wyglądać bardziej żałośnie niż myślała. Pociągnął ją w stronę kuchni, ale nie zatrzymał się. Był brutalny i nic nie robił sobie z jej krzyków. W końcu zatrzymał się, a gdy zachwiała się niebezpiecznie, wcale nie złapał jej by nie upadła. Pozwolił jej ciału opaść na podłogę i potłuc się boleśnie. Załkała żałośnie i ze spuszczoną głową patrzyła na wzorek na płytkach. Trzęsła się z zimna i ze strachu.
    Być przetrzymywaną przez Wiktora Kruma -  ciapowatego niby śmierciożercę z niezbyt rozwiniętym umysłem to jedno, ale być zdaną na łaskę Blaise'a Zabiniego generała w szeregach Voldemorta, o wyjątkowo nieciekawej reputacji, to już poważniejsza sprawa. Wierzyła, że Wiktor w końcu pójdzie po rozum do głowy, albo chociaż popełni błąd i wtedy ona to wykorzysta. Z Zabinim natomiast, mogło być naprawdę niebezpiecznie. Był żądną krwi bestią i nie miała szans go przechytrzyć. Była zgubiona.



poniedziałek, 16 stycznia 2017

Rozdział 21

Malizna wiem...



Polecam włączyć sobie Eda Sheerana - Kiss Me.



   Kołysali się lekko w takt muzyki. Jego ramiona oplatały ją ciasno, ale gdyby to od niego zależało, wziąłby ją na ręce i najchętniej aportował gdzieś daleko. Niestety nie mógł jeszcze tego zrobić. Na razie pozostało mu jedynie patrzenie w jej piękne oczy i wyobrażanie sobie wspólnej przyszłości, która właśnie została zapieczętowana.
   Ślub był  spokojną, romantyczną ceremonią niczym z bajki. Goście dopisali, przyjaciele życzyli im samych cudownych chwil, a oni jedyne co mogli zrobić, to dziękować i obiecywać, że dokładnie tak będzie.
Połączyła ich miłość najczystsza z możliwych, łatwa i przyjemna, ale równocześnie rozgrzewająca i dająca nadzieję. Nie mogli doczekać się wspólnego życia, potomstwa, a nawet tych wszystkich kłótni, które ich czekały. W końcu każda kłótnia oznacza też późniejszą zgodę, a zgoda oznacza...

 Wielka Sala wyglądała jeszcze bardziej magicznie niż zazwyczaj, a bal jaki został urządzony na cześć państwa młodych był wspominany jeszcze przez długie miesiące jako najlepsza impreza w Hogwarcie.
Wtulone pary wirowały na lśniącym parkiecie.Przeważały radosne kolory, złoto, brąz, gdzieniegdzie granat, jednak największą furorę zrobiła para cała w czerni.

Obrócił ją po raz kolejny i spojrzał jej w oczy. W oczy, które były mądre, piękne, pełne ciepła i dobroci.
Ponieważ uśmiechała się kpiąco, poczuł się zobligowany do zirytowania jej. Mocno pociągnął jej dłoń sprawiając, że zachwiała się niebezpiecznie, ale zaraz przygarnął ją do siebie i położył dłoń na jej plecach, tuż nad linią pośladków.
- Możesz przestać szczerzyć się jak idiotka? - warknął.
- Nie moja wina. Jakbyś mógł się zobaczyć. Wyglądasz na tak szczęśliwego, jak chyba jeszcze nigdy - parsknęła, patrząc na niego z uśmiechem.
- Nie. Wydaje ci się. Ja nie bywam szczęśliwy.
- Oj bywasz i to dzięki mnie. - Nim zdążył zaprotestować pochyliła się i pocałowała go delikatnie. Wiedziała jednak, że jakiekolwiek czułości w miejscu publicznym nie wchodzą w grę, więc ułożyła głowę na jego piersi i pozwoliła bez słowa się prowadzić. Wyczuła delikatne uderzenia jego serca, a miarowy oddech powiedział jej, że wcale nie był zły czy zirytowany. Może nawet kiedyś przyzna jej rację?
Po skończonym tańcu niechętnie dołączyli do grupki byłych gryfonów. Oboje wdali się w rozmowy ze znajomymi, ale co jakiś czas zerkali na siebie kontrolnie. W pewnym momencie Severus zorientował się, że stracił Hermionę z oczu. Niespokojnie zaczął przeszukiwać Wielką Salę w poszukiwaniu swojej kasztanowłosej partnerki, a gdy ją spostrzegł, krew się w nim zagotowała. Poczuł zazdrość tak mocną, że aż się jej przestraszył. Kobieta wirowała w szybkim tańcu, co chwilę obracana. Wyglądała wspaniale. Jej czarna suknia z ciasnym gorsetem, którego sznurowanie zajęło mu wieki idealnie komponowała się z azurytowym naszyjnikiem, który przyciągał wzrok prawie tak samo silnie, jak głęboki dekolt sukni. Gdyby nie to, że wiedział jak ona pragnie się wystroić i olśnić wszystkich, w życiu nie pozwoliłby jej tak się ubrać. Choć nie przyznał nikomu, wcale nie zapytała go o zdanie, nawet nie przyszło jej to o głowy. Prychnął niecierpliwie, gdy wreszcie udało mu się dostrzec, kto jest jej partnerem. Cholerny Chuck. Ślinił się do niej już od przeszło roku, a ona wciąż udawała, że tego nie widzi. Żałosne. Gdyby nie bał się jej reakcji, potraktowałby młodego jakimś paskudnym zaklęciem. Niestety nie mógł sobie na to pozwolić, bo jego partnerka i Newborn się " przyjaźnili ". Sam nie wiedział dlaczego, ani co ona w nim widziała, ale jak miał być szczery, co widziała w nim samym też nie wiedział, więc postanowił po prostu ignorować fakt, że raz na jakiś czas musi znosić towarzystwo młodego ślizgona poza zajęciami.
- Jak się bawisz? - Jego rozmyślania przerwał Potter. Podał mu kieliszek szampana, który Mistrz Eliksirów niechętnie przyjął.
- Tylko ty mogłeś mieć tyle tupetu, aby zażyczyć sobie przyjęcia weselnego w Wielkiej Sali.
- Wcale nie, to był pomysł Minerwy i Ginny. Ja najchętniej skończyłbym już tę farsę i poszedł pocieszyć się z nocy poślubnej.
- No to przynajmniej w tym jednym się zgadzamy. - Stuknął się z nim kieliszkiem i spojrzał na niego z uznaniem. - Idę wyrwać ją z rąk tego złamasa, bo jeszcze się zakocha. - Potter chwycił go za ramię i spojrzał na niego poważnie.
- Daj spokój, przecież oni tylko tańczą.
- Naprawdę? Czy wy wszyscy nie widzicie, że on jest w niej zakochany i chce ją dla siebie?
- To tylko niegroźne zauroczenie. Przecież ona kocha tylko ciebie.
- Co wcale nie znaczy, że nie może się to zmienić.
- Odpuść Severusie. Nie rób scen.
- Zmuś mnie.
Wiedział, że Potter nie zaprotestuje, dlatego nawet się za nim nie obejrzał. Za dobrze zdążył go poznać przez miniony rok. Nie przyjaźnili się, ale wzajemne tolerowanie przerodziło się w coś w rodzaju porozumienia.
No i nie raz, kiedy Hermiona doprowadzała go do szału, pozwalał mu się wygadać i nie dopuszczał do jej natychmiastowej śmierci.
Ruszył przez zatłoczony parkiet, po drodze oddając opróżniony kieliszek jednemu z kelnerów.
Gdy znalazł się w niedużej odległości od tańczącej pary, zatrzymał się jak skamieniały.Rozmawiali o czymś ożywieni, policzek przy policzku. Spojrzał na jej twarz. Roziskrzone oczy, zarumienione policzki. Uśmiech od którego można było dostać zawału. Jej drobne dłonie idealnie komponowały się z jego zręcznymi, a sposób w jaki je trzymała świadczył o tym, że ufała blondynowi jak nikomu innemu. Wyglądali na takich szczęśliwych. Pasowali do siebie, nie tylko fizycznie. Po prostu ładnie razem wyglądali. Ze złości zacisnął dłonie w pięści, a jego ciało wypełniło palące uczucie zazdrości. Odszedł, nim mieli szansę by go zauważyć.Potrzebował ochłonąć.
Maszerował jednym z korytarzy, jego peleryna powiewała,a zacięty wyraz twarzy zaczynał ustępować grymasowi upokorzenia. Jego dłonie drżały z bezsilności. Przystanął i osunął się po ścianie, ukrywając twarz w dłoniach. Oddychał szybko, a ucisk w piersi rósł z każdą sekundą.
Od zawsze wiedział, że na nią nie zasługuje i że wiele pracy będzie kosztowało ich wspólne życie. Mimo to zgodził się spróbować, bo nie mógł sobie tego odmówić. Czyżby okazało się, że jednak jest na to za słaby?
Bywały dni, kiedy tylko dzięki jej obecności miał ochotę w ogóle opuścić lochy i zrobić coś.Ale bywały też dni, kiedy był bardzo bliski wystawienia jej za drzwi i usunięcia ze swojego życia jakichkolwiek oznak ich związku. Na szczęście ona miała w sobie ten ogień, który kiedy trzeba było zwalczał jego własny temperament, a kiedy indziej trawił go całą swoją mocą. Była jego wybawieniem, ale była też jego przekleństwem.Była niebem na ziemi i wrzodem na tyłku. Była wszystkim tym czego pragnął i czego bał się pragnąć.Pokochała go, nie oczekując tego samego w zamian i sam nie wiedział co by zrobił i jak by żył, gdyby do tego nie doszło.
Usłyszał kroki w oddali, więc zastygł w bezruchu i nasłuchiwał. Po chwili z mroku wyłoniła się tak dobrze znana mu sylwetka. Kobieta podeszła do niego bez słowa i spojrzała mu w oczy.
Dotknęła dłonią jego pokiereszowanego policzka, który miał się już nigdy nie zagoić. Jej oczy były zaniepokojone, ale i pełne miłości.
- Dlaczego wyszedłeś? Właśnie miałam do ciebie dołączyć. A może ty dołączysz do mnie?- Delikatnie przejechała dłonią po jego szczęce, szyi, piersi i zatrzymała dłoń na klamrze paska. Severus odwrócił wzrok, ale i tak zauważyła jego zniecierpliwione spojrzenie.
- Nie mam ochoty. Możesz wrócić na przyjęcie, na pewno będzie miał kto cię zabawiać.
- W czym rzecz? -  Zaplotła ręce i przestąpiła z nogi na nogę, przez co jej piersi jeszcze bardziej sprawiały wrażenie jakby miały wyskoczyć z materiału. Nie miała biustonosza, więc jakby się uparł, mógłby spojrzeć na jej sutki. Nie chciał tego jednak robić, nie mógł się na to zdobyć.
- Skąd wiedziałaś gdzie mnie szukać?
- Harry.
- Czy on już zawsze będzie się wtrącał w nasze sprawy?- Spojrzał na nią oskarżycielsko.
- To zależy, jak długo będziemy mieli jeszcze nasze sprawy.- Patrzyła na niego twardym wzrokiem, ale mógł się założyć, że w środku aż się w niej gotowało.
- Co chcesz przez to powiedzieć?
- Chcę przez to powiedzieć, że mam dosyć twojego dziecinnego zachowania Severusie. Nie możesz uciekać za każdym razem! Jak coś ci nie pasuje, to przyjdź do mnie i mi o tym powiedz, a nie uciekaj jak jakiś nastolatek!
- Powiedziałbym, ale byłaś zajęta. Nie chciałem wam przeszkadzać.
- Nie bądź śmieszny. Granie ofiary jest poniżej nawet twojego poziomu.
- Tak?
- Cofam to. To jest dokładnie twój poziom.
- Pochlebiasz mi.
- Nie bądź bezczelny. - Nie mógł się powstrzymać, musiał jej odpyskować. Zapaliła go i nic już nie mogło powstrzymać tej kłótni.
- Dlaczego? Przecież to lubisz. - Uśmiechnął się, ale jego oczy pozostały zimne.
- Nie. Ja to toleruje, ale chyba przestanę.
- I co wtedy zrobisz? Mówiłem ci, nie możesz mnie ulepszyć. Nie zmienisz mnie w cukierkowego chłoptasia, który podporządkowuje się każdemu twojemu słowu i traktuje je jak cytaty z świętej księgi. - Jej oczy zwęziły się niebezpiecznie, przekrzywiła głowę lekko w prawą stronę.
- Czy ty zawsze byłeś takim kutasem, czy to tylko jak się pełnia zbliża?
- Grzeczne dziewczynki nie używają takiego języka -  w jego oczach pojawił się błysk, który powitała z ulgą.
-Grzeczne dziewczynki w ogóle nie używają języka, a o ile wiem, ja robię z niego całkiem niezły użytek.
Nieprawdaż? - Oblizała wargi zmysłowo i powoli, koncentrując swój wzrok na jego ustach.
- Dlaczego za każdym razem kiedy kłótnia wisi w powietrzu, próbujesz odciągnąć moją uwagę?
- Widzisz jak ty mnie dobrze znasz? -  prychnęła.
Niewiele myśląc popchnął ją na ścianę i przycisnął swoim ciałem tak, by nie zostało między nimi zbyt wiele zbędnej przestrzeni. Chwycił jej dłonie swoją jedną i ścisnął je mocno. Syknęła z bólu.
- Dlaczego? - potrząsnął jej głową. W końcu zerwała kontakt wzrokowy.
- Bo inaczej nie potrafię? Jak mam zatrzymać cię przy sobie, skoro ty nawet nie próbujesz?!- Dalszą część wypowiedzi zdusił szloch. Próbowała mu się wyszarpnąć, ale jak zawsze był za silny.
- Jeśli nie chcę o czymś rozmawiać, to widocznie mam powód, dlaczego nie potrafisz tego zrozumieć?!
- Gdybym wiedziała, że nie będziesz...- złapała się za usta jakby powiedziała za dużo i spojrzała na mężczyznę z niepokojem.
- Widzisz? Nie minął nawet rok, a ty już jesteś rozczarowana. Skąd ja wiedziałem, że tak będzie. - Puścił ją gwałtownie i odsunął się na znaczną odległość. Jego spojrzenie wyrażało tylko słabo maskowany ból i pogardę.
- Wiesz co powiedział mi dzisiaj Chuck?
- Dlaczego niby miałoby mnie to obchodzić? - Wypuściła głośno powietrze i spojrzała na niego załzawionymi oczami.
- Powiedział, że nie może wyjść z podziwu dla ciebie. Powiedział, że nigdy nie widział w twoich oczach tego, co widzi kiedy patrzysz na mnie i że ze mną jest tak samo. Powiedział, że mamy ogromne szczęście, że odnaleźliśmy w sobie bratnie dusze i że trzyma kciuki za nasze szczęście. Powiedział, że zawsze będzie moim przyjacielem, bo nigdy w życiu nie mogłabym pokochać nikogo innego niż ciebie i musiałby być idiotą aby tego nie zauważyć.
- A więc miałem rację! Smarkacz się w tobie durzy! - Popatrzyła na niego z kwaśną miną.
- Serio, tylko tyle wywnioskowałeś? - pociągnęła nosem i objęła się ramionami, nie mogąc powstrzymać ich drżenia.
- Nie obchodzi mnie co on uważa, dlaczego w ogóle o tym rozmawialiście?
- Bo jesteśmy przyjaciółmi, a przyjaciele dzielą się ważnymi sprawami. - Prychnął i znów się od niej odwrócił z zamiarem odejścia. Złapała go za ramię w ostatniej chwili. Ten rozpaczliwy gest wreszcie zwrócił jego uwagę.
- Czego ty chcesz dziewczyno? Pozwoliłem ci wejść w moje życie z buciorami. Wprowadziłaś się do moich komnat, mimo że oponowałem. Przekabaciłaś mojego kota na swoją stronę. Zmusiłaś do regularnych spotkań z twoimi przyjaciółmi. Zrujnowałaś moją opinię gbura i odludka. Co mam jeszcze zrobić, by cię w końcu usatysfakcjonować?
- Czy ty naprawdę sądzisz, że to jak jest teraz mi nie wystarcza? - przyciągnęła go bliżej i zmusiła by pochylił się w jej stronę.- Jesteś wszystkim czego pragnę. Nic więcej się nie liczy, ale nie mogę kochać cię i żyć z myślą, że nie sądzisz o mnie tego samego. Jeśli nie jesteś w stanie rozmawiać ze mną szczerze na każdy temat i rozwiązywać problemów na bieżąco...to nie ma dla nas przyszłości. - Przytknęła czoło do jego czoła i zamknęła oczy.
- Nie rób nam tego Sev.
Głośno pociągnęła nosem i odeszła. Nie próbował jej zatrzymać. Oboje potrzebowali teraz chwili wytchnienia, na ułożenie myśli.

Czekał na nią w lochach, ale się nie pojawiła. W zasadzie jej się nie dziwił. Po raz kolejny zachował się jak...no cóż jak on. Usiadł w fotelu i pozwolił Wolfgangowi ułożyć się na kolanach. Spojrzał w jego rozumne bursztynowe oczy i westchnął zrezygnowany. Kiedyś wybierał się do Hermiony, aby ja zdobyć, uwieść, teraz musi ponownie przekonać ją, że mają szansę.
Gdy wyruszył do jej komnat, nie był pewien co powie, ale coś powiedzieć musi.
Droga minęła mu za szybko. Lekko spanikował, ale wziął się w garść i zapukał. Odpowiedziała mu cisza.
Zrezygnowany wrócił do lochów. On wykonał ruch. Jeśli jeszcze nie była gotowa na rozmowę, to on to uszanuje.
Następnego dnia, wszyscy byli raczej w dobrych nastrojach, choć było widać, że kadrę szkolną męczy kac. Jak zawsze Severus zajął miejsce za stołem i w spokoju skupił się na swoim talerzu. Udawał, że wszystko w porządku, ale dopóki Minerwa nie chwyciła go za ramię, nawet nie zdawał sobie sprawy, że mamrocze pod nosem, a jego dłonie drżą jak w delirium.
- Severusie.
Spojrzał na nią, ale jakby jej nie widział.
- Hermiona wyjechała.
- Co? -  podniósł się z krzesła i spojrzał na nią wrogo.
- Zostawiła list dla ciebie. Nic więcej nie wiem.
- Chyba sobie żartuje. Ja jej dam uciekać. Gdzie ona jest?
Profesorka zrobiła nieporadną minę i wzruszyła ramionami. Wyciągnęła w jego stronę pergamin i odeszła.


Severusie!

Wiem, że popełniłam błąd, zwodząc cię.
Przemyślałam wszystko. Nie uda nam się.
Przepraszam. Zapomnij o mnie.


Hermiona


Zmiął kartkę i wrzucił w ogień. Zaraz jednak tego pożałował, bo zniszczył ostatnią rzecz, jaka pozostała mu po ukochanej. Poparzył sobie palce, ale udało mu się odratować nie do końca zwęglony kawałek pergaminu. Spojrzał na równiutkie literki tworzące jego imię. Pogładził je palcem. Nagle jego serce stanęło.
Niczym wilk zerwał się do biegu i zaczął przetrząsać szufladę w gabinecie. Gdy wreszcie znalazł już lekko pożółkły papier uniósł go w zwycięskim geście. Ruszył z powrotem w stronę kominka i nałożył na siebie jeden z listów, które do siebie pisywali i ten który dla niego zostawiła. Nie miał wątpliwości, że oba listy pisała w wielkich emocjach i mogły się one różnić, ale przecież to Hermiona. Nie mogła napisać dwóch listów tak odmiennymi charakterami pisma. Pierwszy list był staranny, litery zaokrąglone. W tym drugim miało się wrażenie, ze spogląda się na bardzo dobrą kopię. Prawie tak, jakby ktoś chciał aby pomyślał, że to list od Hermiony. Jakby ktoś chciał, aby z niej zrezygnował.
Wybiegł z lochów, ledwo łapiąc oddech. Załomotał w drzwi pokoju Minerwy,  a ponieważ miał dostęp do jej komnat wdarł się tam, nie zważając, że mogłoby jej nie być. Na szczęście była. Rzucił jej oba zwitki w twarz i patrzył wyczekująco, kiedy czytała oba listy. W końcu nie wytrzymał i wyrwał jej kartkę z ręki.
- To nie ona to napisała. Mam złe przeczucia.
- Severusie, wiem, ze jesteś zrozpaczony, ale musisz znaleźć sposób, aby pogodzić się z jej odejściem. Rozpamiętywanie w niczym ci nie pomoże.
- Nie rozumiesz? Ona nie napisała tego listu! Spójrz na "Severus" - wskazał miejsce na kartce. - Litery S i U mają inny kształt. Jakby pisane w pośpiechu.
- Severusie, te słowa wyglądają identycznie, a przecież każdy czasem zmienia charakter pisma, zwłaszcza w dużych emocjach.
- Nie. Nie ona. Nie wyjechałaby ot tak, nie zostawiłaby mnie z marnymi dwoma zdaniami.
- Skąd ta pewność? - Minerwa spojrzała na niego sceptycznie.
- Jest Gryfonką -  walczy do końca.
- Chodźmy do Albusa.